Lewandowscy nie podbiją USA? "Z całym szacunkiem, ale gdzie im do Beckhamów"
- W USA słuch po Robercie Lewandowskim może zaginąć. Szczególnie, jeśli wynik Chicago Fire będzie nie taki, jak sobie kibice wyobrażają. To nie jest mocny klub, więc sukcesów nie gwarantuje, a Amerykanie najbardziej nie lubią przeciętniaków - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Redwan, specjalista ds. marketingu sportowego

Piotr Jawor: Czy ewentualna przeprowadzka Roberta Lewandowskiego do Stanów Zjednoczonych rozbuduje jego globalną markę?
Tomasz Redwan: - Ten transfer na pewno należałoby traktować głównie w kategoriach biznesowych, trudno znaleźć mi tu jakieś wątki marketingowe. To już nie lata 60., gdy można było przylecieć do Chicago i spełnić american dream.
Ale w Stanach Zjednoczonych cały czas jest duża Polonia.
- W takich przypadkach zawsze zadaję sobie pytania pomocnicze, np. do kogo taki marketingowy ruch miałby być skierowany? Do młodych nie, do osób w średnim wieku też raczej nie, bo Robert Lewandowski ma już 38 lat, do tego implementacja futbolu do USA nie zakończyła się pełnym sukcesem. Liga amerykańska rośnie, ale nie w takim tempie, jak się spodziewano. Wpompowano w to sporo pieniędzy, ale efekty są, jakie są.
Zresztą nawet prezydent Donald Trump woli sobie zrobić w Białym Domu galę UFC niż wybrać się na mecz otwarcia mistrzostw świata. Takie otoczenie to nie jest mocna pozycja startowa dla zawodnika, który najlepsze lata ma już za sobą. Chicago Fire też nie jest zbyt mocnym klubem, więc sukcesów nie gwarantuje. To nie jest drużyna, która jest w stanie dźwignąć się tylko na plecach Lewandowskiego.
Chicago Fire też nie jest zbyt mocnym klubem, więc sukcesów nie gwarantuje. To nie jest drużyna, która jest w stanie dźwignąć się tylko na plecach Lewandowskiego
Czyli marka Roberta Lewandowskiego marketingowo znaczy już coraz mniej?
- Dla niego dziś najlepszym ruchem marketingowym jest grać jak najdłużej w reprezentacji i tu się kibicom pokazywać. Tutaj jest najlepszy i najbardziej popularny, a w USA może dla zwykłego kibica przepaść.
Mistrzostwa świata też nie działają na korzyść Lewandowskiego, bo w nich występują herosi, a jego tam nie ma. Przecież ktoś może zmienić narrację na taką w stylu: "w Europie go nie chcieli, na Bliskim Wschodzie też nie, więc wylądował w Chicago Fire".
Czy Lewandowscy w USA mogą być jak Beckhamowie?
Wyobraźnię rozpala transfer Davida Beckhama do MLS, który porwał tłumy.
- On w USA dostał spore pieniądze, bo w klubie wiedzieli, że znaczna część zwróci się ze sprzedaży koszulek. W przypadku Lewandowskiego to się raczej nie zdarzy. Amerykanie działają inaczej niż Europejczycy. Mają swoje schematy i techniki marketingowe, których my nie rozumiemy.
Czyli raczej nie ma się co spodziewać, by Lewandowscy stali się drugimi Beckhamami?
- Chciałbym, żeby kiedyś ktoś tak o nich powiedział, ale - z całym szacunkiem - gdzie Lewandowskiemu do Beckhama czy do państwa Beckhamów? Oni mają inną popularność, wpisali się w ten amerykański świat, siedzą tam od dłuższego czasu i zbudowali potęgę. Przebili się przez wszystkie trudności i zarobili już ponad miliard dolarów. Ich pozycja jest nie do podważenia.
Jeszcze 10 lat temu dało się zbudować taką pozycję dzięki piłce nożnej, ale dziś już nie. Teraz Lewandowski powinien skupić się, by z tego słonecznika wybierać pestki reprezentacyjne i podtrzymywać swoją markę tam, gdzie jest znany i popularny. Musi teraz wszystko z tej swojej popularności wycisnąć i zdają sobie z tego sprawę także reklamodawcy.
Tymczasem za oceanem słuch może o nim zaginąć. Szczególnie, jeśli wynik Chicago Fire będzie nie taki, jak sobie kibice wyobrażają. Amerykanie najbardziej nie lubią bowiem przeciętniaków.
Rozmawiał Piotr Jawor












