Reklama

Reklama

Lech Poznań - "antyreklama" czy legenda?!

Trener Ruchu Chorzów, Waldemar Fornalik nazwał spotkanie Lecha z Juventusem "antyreklamą futbolu". W środę i w czwartek połowa meczów Ligi Europejskiej toczyła się w ekstremalnych warunkach.

Fornalik, człowiek piłki, jakby zupełnie nie czuł, że w środę w Poznaniu narodziła się legenda, o której kibice dyskutować będą przez lata.

Szef sportu w grupie Polsat, Marian Kmita przypomina: "A ileż razy w historii polskie drużyny klubowe walczyły w pucharach w arktycznych warunkach!". I od razu sypie przykładami - w marcu 1968 roku Górnik z Manchesterem United i w marcu 1971 z Manchesterem City. Z kolei Ruch w marcu 1975 z St. Etienne (tak, tak panie Waldku, klub w którym pan pracuje), czy w listopadzie tegoż roku Śląsk z Liverpoolem. Pamiętamy również niesłychane okoliczności meczów Legii w Lidze Mistrzów w sezonie 1995/96 - ze Spartakiem, czy Panathinaikosem. "Antyreklamę" piłki - wedle Waldemara Fornalika - na antenach TV4 i Polsatu Futbol oglądało 3 miliony Polaków. Lech kosztem wielkiego Juventusu awansował do 1/16 finału Ligi Europejskiej, a warunki gry dla obu drużyn były takie same! Na Bułgarskiej przeżyliśmy niesłychany mecz, w którym wszyscy piłkarze "Kolejorza" zasłużyli na pochwały, a kilku zagrało fantastycznie.

Reklama

W moim przekonaniu bohaterem spotkania z Juve był Serb, Ivan Djurdjević. Ten zawodnik - grający w Lechu czwarty sezon - pracował w środku pola, niczym mrówka. Przecinał piłki, pokazywał się do gry, podawał. Na dziesięć akcji, dziewięć miał udanych. Jeszcze niedawno po sezonie 2010/2011 zamierzał zakończyć karierę. Teraz myśli, aby jeszcze trochę pograć. Nie dziwię się po takim występie, ba, po takiej pucharowej przygodzie! Za Djurdjeviciem przemawia również wszechstronność - może występować zarówno jako defensywny pomocnik, środkowy obrońca, lewy obrońca. Właściciel Lecha, Jacek Rutkowski też jest pod wrażeniem Djurdjevicia i zakłada, że po karierze pozostanie w klubie w roli szkoleniowca.

W moim rankingu Ivan - w skali 1-10 - zasłużył na "dychę". Na noty bliskie ideału - dziewiątki, grali następujący zawodnicy: Sławomir Peszko, Bośniak Semir Stilić oraz Kolumbijczyk Manuel Arboleda. Na osiem - Krzysztof Kotorowski (choć trzeba przyznać, że fortuna była po jego stronie, oj była...) i Serb Dimtrije Injac. Grzegorz Wojtkowiak, Bartosz Bosacki, Białorusin Siergiej Kriwiec i Rosjanin z łotewskim paszportem, Artjoms Rudnevs zasłużyli na noty siedem. Najsłabszym ogniwem Lecha był lewy obrońca, Luis Henriquez. W moim przekonaniu grał na szóstkę, gdyż w drugiej połowie kilka razy został ograny przez dynamicznego Serba Milana Krasicia. Na obronę Henriqueza dodam, że Krasić nie takich obrońców potrafi "kręcić". I warto też zauważyć, że Panamczyk w szeregach Lecha w ostatnich trzech miesiącach był mocnym punktem, zdecydowanie wygrywając rywalizację o miejsce w składzie z Sewerynem Gancarczykiem.

Co do Rudnevsa, to warto zwrócić uwagę, że chłopak kupiony z Węgier za 650 tysięcy euro, dziś jest wart co najmniej 3 miliony. Rudnevs to przykład uważnej obserwacji ze strony "Kolejorza". 22-letni reprezentant Łotwy w oka mgnieniu stał się najlepszym napastnikiem w Polsce - dla Lecha strzelił już 13 bramek we wszystkich rozgrywkach (7 w Ekstraklasie, 4 w LE i 2 gole w Pucharze Polski). Z kolei Joel Tshibamba to przykład, iż "komitet transferowy" też zawodzi - daje się przekonać trenerowi, który panikuje. Kilka dni temu napastnik z Konga uległ wypadkowi samochodowemu, podróżując do Holandii w trakcie sezonu. Jednak w krytyce jego osoby bardziej chodzi o aspekt czysto sportowy - Tshibamba jest surowy technicznie, a w grze zupełnie nieułożony. Co ciekawe trener napastników Lecha, Andrzej Juskowiak mówił o tym głośno przed podpisaniem umowy. Mimo wszystko do transferu doszło... Do przyjścia Artura Wichniarka nawet nie ma co się odnosić, bo z obu stron to było totalne nieporozumienie. Choć "Wichniar" cegiełkę do pucharowego startu Lecah dołożył, strzelając bramkę z Interem Baku.

Wracając jeszcze do zawodników, którzy w rywalizacji z Juve weszli z ławki rezerwowych - Marcina Kikuta, Mateusza Możdżenia i Marcina Kamińskiego. Każdy z nich potrafił podjąć walkę. Kikut żyje marzeniem o finałach EURO 2012, a Możdżeń i Kamiński - podobnie jak wystawiany wcześniej Kamil Drygas - to nastolatkowie. Bezpośrednie zaplecze pierwszej drużyny, Młoda Ekstraklasa powinna kreować takich piłkarzy. W Lechu tak się dzieje!

Dla "Kolejorza" spotkanie z Juventusem było 29. meczem w sezonie (15. w lidze, 11. w europejskiej rywalizacji, 2. w Pucharze Polski plus Superpuchar). Jak na polski klub to obciążenie nadzwyczajne. Dość powiedzieć, że przy Bułgarskiej Juventus grał dopiero 23. spotkanie w sezonie (12. w lidze, 9. w europejskiej rywalizacji).

Dyskutuj o artykule z Romanem Kołtoniem!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje