Koszmar ojca Wojciecha Szczęsnego. Miller ruszył na pomoc, pachniało tragedią
Pięknie rozpoczął się styczeń dla wszystkich kibiców FC Barcelona. "Blaugrana" sięgnęła po drugi z rzędu Superpuchar Hiszpanii, pokonując w finale Real Madryt. Oficjalnie trofeum wywalczył tym samym Wojciech Szczęsny, który pełni funkcję rezerwowego bramkarza. 35-latek poszedł śladami ojca. Maciej, bo o nim mowa, także był świetnym golkiperem. W przeszłości niewiele brakowało jednak, by jeden z jego udanych meczów zakończył się tragedią. Z pomocą ruszył Leszek Miller, ówczesny minister spraw wewnętrznych.

Maciej Szczęsny co prawda nie zrobił takiej spektakularnej kariery międzynarodowej jak jego syn, ale w kraju nad Wisłą cieszył się ogromnym szacunkiem. Sportowiec urodzony w Warszawie aż pięciokrotnie sięgał po mistrzostwo Polski. Dodatkowo dorzucił trzy puchary oraz jeden superpuchar. Dobre wspomnienia 60-latek ma przede wszystkim z gry w Legii, która z nim w składzie była wręcz nie do zatrzymania.
Przygoda golkipera z "Wojskowymi" w końcu jednak dobiegła końca ze względu na pogarszające się relacje z zarządem. "Wolano mnie trzymać przy Łazienkowskiej, niż puścić np. do Manchesteru United. Dziś jakikolwiek polski klub otrzymując propozycję sprzedaży zawodnika do tak silnego zespołu, zrobiłby to. Bo to otwiera oczy wszystkim w Europie na ten właśnie klub" - wyznał po latach z żalem na łamach Przeglądu Sportowego Onet.
Ostatecznie doszło do transferu, ale nie za granicę. Po Macieja Szczęsnego sięgnął znienawidzony w stolicy Widzew. Ruch ten rozwścieczył kibiców, dla których tata Wojciecha z ulubieńca stał się nagle wrogiem. Z nową sytuacją pogodzić nie potrafili się zwłaszcza najbardziej zagorzali fanatycy. Nikt jednak nie spodziewał się, że sytuacja w 1997 roku aż tak wymknie się spod kontroli. W Warszawie doszło wtedy do decydującego o tytule spotkania z Łodzianami.
"Wojskowi" już powoli zaczynali świętowanie, ponieważ prowadzili aż 2:0, lecz Widzew dokonał sensacyjnej remontady. Potyczka skończyła się triumfem przyjezdnych 3:2. Radość z okazji ważnego zwycięstwa u Macieja Szczęsnego została niestety szybko przerwana. Powód? Groźby ze strony kiboli. Ci zapowiedzieli spalenie mieszkania piłkarza. Na domiar złego w posiadłości przebywała ówczesna partnerka golkipera. Bramkarz otrzymał wtedy dość niespodziewaną pomoc od… Leszka Millera. Obaj panowie sprawę załatwili przez telefon. Jak wyglądały kulisy? Opowiedział o nich na łamach "sport.pl" sam bohater naszego tekstu.
"Siadłem sobie w ustronnym miejscu w szatni i zadzwoniłem do prezesa Pawelca, tłumacząc, że z jednej strony chcę pojechać do Łodzi z chłopakami świętować, a z drugiej strony bardzo bym nie chciał, żeby mi bandyci spalili chatę, a w chacie kobietę. Na to Pawelec mówi: 'A to wyjątkowo dobrze trafiłeś, bo ja jestem tu w takim towarzystwie, które może dużo pomóc. To może ja oddam telefon i powiesz, Maćku, jeszcze raz to, co masz do powiedzenia?'. No i oddał telefon, a ja usłyszałem: 'Miller, dzień dobry, słucham panie Maćku'" - rozpoczął.
Kibole ruszyli na dom Macieja Szczęsnego. Gdy zobaczyli ten widok szybko się wycofali
Co warto zaznaczyć, znany polityk pełnił wówczas funkcję ministra spraw wewnętrznych, więc mógł naprawdę sporo. "Jak mu zreferowałem wszystko, to powiedział 'Pan spokojnie jedzie do Łodzi i się bawi, gratuluję. A o mieszkanie i kobietę może pan być spokojny, tylko mam prośbę, żeby pan ją uprzedził, że się ludzie przyjdą zameldować, więc żeby się nie bała otworzyć. I żeby wiedziała, że to ona ma zdecydować, kiedy mają odjechać: czy rano, czy za dobę, czy za tydzień'. Miller obiecał, że będzie pilnowane i chuligani szybko zostaną zniechęceni. Słowa dotrzymał" - dodał Maciej Szczęsny.
Kibole rzeczywiście pojawili się pod posiadłością bramkarza. Szybko zostali jednak spłoszeni. "Przyjechali trzej panowie trzema tajnymi autami, ale tak ustawionymi, że jak grupki przychodziły, to widziały, jak z aut wychodzą postawni ludzie i się ze sobą komunikują. Chłopcy z szalikami po półtorej doby odpuścili" - zakończył ten wątek Maciej Szczęsny. Temat gróźb zniknął tym samym raz na zawsze.












