Reklama

Reklama

Koronawirus w piłce. Czy niższe ligi dokończą sezon?

Chciałby niemal każdy, ale niewielu na to stać. Nie ma pieniędzy na badania, nie ma szans na kwarantannę, na zwolnienie z pracy liczyć mogą tylko nieliczni. Wygląda na to, że dokończenie rozgrywek w ligach amatorskich może być niewykonalne.

Polskie ligi zawodowe (czyli Ekstraklasa oraz I i II liga) do gry mają wrócić na przełomie maja i czerwca. W Ekstraklasie zawodnicy przejdą 14-dniową izolację sportową, później przewidziano testy na koronawirusa, a w planach dotyczących meczów są nawet elektroniczne gwizdki dla sędziów.

Dla amatorskich klubów brzmi to jak opowieść science-fiction. Niektórym trzecioligowcom - o drużynach z niższych lig nie wspominając - brakuje pieniędzy na wodę, a zebranie na treningu wszystkich zawodników jest okazją do świętowania, ponieważ wielu z nich ma obowiązki zawodowe.

Reklama

A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo dogranie sezonu oznaczałoby rozgrywanie meczów nie tylko w weekendy, ale również w środy.

- Chcielibyśmy dograć ligę, ale u nas sytuacja byłaby bardziej skomplikowana niż w Ekstraklasie, choćby z tego powodu, że w III lidze zawodnicy mają jakąś dodatkową pracę, więc ciężko byłoby, żeby co środę pracodawca ich zwalniał. Szczególnie że region, w którym rozgrywamy mecze, jest dość rozległy i czasem trzeba jechać z noclegiem, więc to są trzy dni wyjęte z życia. Nie za bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić - przyznaje Artur Trębacz, prezes trzecioligowego Hutnika Kraków.

Mirosław Hajdo, trener trzecioligowego Motoru Lublin: - W naszej lidze może 2-3 kluby są przygotowane do grania co trzy dni. W pozostałych chłopaki na ogół pracują i to w różnych branżach. Kończą pracę o godz. 15, a piłka nożna jest dla nich dodatkiem. Ciężko pewnie będzie pracodawcom ich zwalniać, bo firmy też będą próbowały się odbić od dna. Jeśli będą musieli, to w większości pewnie wybiorą stałą pracę.

Problem z terminami rozgrywania meczów to jedno, a drugim jest ciągłe zagrożenie na styczność z koronawirusem. W niższych ligach nie ma szans na przeprowadzenie kwarantanny, a z racji obowiązków zawodowych zawodnicy przebywają w różnych środowiskach. Jedni pracują w biurach, inni w sklepach, są wśród nich również robotnicy fizyczni. Słowem - wielu z nich narażonych jest na ciągły kontakt z koronawirusem.

Dlatego przeprowadzenie testu nawet 2-3 dni przed meczem nie gwarantowałoby braku zarażenia. Nie wspominając o tym, kto miałby za te testy zapłacić.

- Do niedawna nie mogliśmy wychodzić z domu, więc teraz musimy być cierpliwi. Życie i zdrowie ludzkie jest najważniejsze. Rywale pracują w różnych miejscach i grając z nimi narażamy całą drużynę i może dojść do sytuacji, że nie skończymy ligi. My nie mamy takich możliwości jak zawodnicy Ekstraklasy, by odizolować się na czas rozgrywek - podkreśla Hajdo.

Trębacz: - Sytuacja u nas byłaby bardziej skomplikowana niż w Ekstraklasie. Nie za bardzo jestem w stanie sobie to wszystko wyobrazić.

Na razie trzecioligowe kluby częściej nie zastanawiają się, jak dograć sezon, tylko jak w ogóle przetrwać. Piłkarze na ogół godzą się na obniżki, ale często zarabiają już tak niewiele, że nie da się im obciąć połowy pensji, jak miało to miejsce w większości klubów Ekstraklasy.

Kluby próbują również szukać pomocy u kibiców. Ten z mniejszą liczbą fanów mają ograniczone pole działania, ale np. Hutnik sprzedawał miejsca na tzw. wirtualnym stadionie, uruchomił też sklep internetowy, w trudnych czasach pomocną dłoń wyciągnął też Polski Związek Piłki Nożnej.

Do tego renegocjowano kontrakty z zawodnikami, trenerami i pozostałymi członkami klubu. 

- Podchodziliśmy do tego indywidualnie. Rozmawialiśmy z piłkarzami i każdy sam deklarował, ile jest w stanie pomóc budżetowi klubu. To były cięcia rzędu 15 - 25 proc., nie takie jak w Ekstraklasie. Ale tam jeden zawodnik zarabia pewnie więcej niż cała nasza drużyna - przyznaje Trębacz.

Decyzja w sprawie gry w niższych ligach ma zapaść do 11 maja.

Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama