Kim jest "Rico"? Najstarszy piłkarz świata gra w Polsce

Lada dzień stuknie mu osiemdziesiątka, a wciąż ugania się za piłką. Ryszard Kacysz - prawdopodobnie najstarszy piłkarz świata - nie zamierza jednak wieszać butów na kołku!


Grał w kilkunastu klubach, biega po boisku od 70 lat. Teraz czasem zapali papierosa, wypije piwo, rzuci dowcipem. Kiedyś obronił karnego po strzale Zdzisława Kapki. Na każdy temat ma gotową anegdotkę. Prawdziwek. Niczego nie udaje. Bramkarz Ryszard Kacysz.

Panowie z siwiejącymi włosami lub zaokrąglonymi brzuszkami pojawiają się w niższych ligach niemal tak samo często jak młode dziewczyny na dyskotekach. Nie jest obecnie żadnym wydarzeniem fakt, że po boisku biegają mężczyźni koło pięćdziesiątki. Ale ewenementem jest "Rico" - najstarszy zarejestrowany piłkarz w Polsce, a być może także na świecie.

Urodził się w 1936 roku, ale przekonuje, że... jest starszy, że ma już 80 lat. - Umie pan liczyć? To nie takie trudne. Idzie mi już osiemdziesiątka. Takiej matematyki się nauczyłem - uśmiecha się pan Ryszard.

Co roku, gdy świętuje urodziny, zmienia numer na koszulce. - Sam sobie dopisuję - chwali się "Rico". Teraz z dumą prezentuje "80", ale - jak przyznaje - sam nie wie, który numer będzie ostatni. - W klubie mamy 93. Może się uda? - zastanawia się głośno nasz rozmówca.

Kacysz na co dzień występuje w C-klasowym Gromie Kraków. Ta złożona z samych amatorów drużyna, spotyka się głównie podczas meczów. Jak znalazł się w niej "Rico"?

- Kręcił się koło klubu. Był jakby gospodarzem obiektu. Przychodziliśmy na treningi, a on pytał, czy może z nami pokopać. I w pewnym momencie dołączył do drużyny - opowiada Interii Marcin Korepta, kapitan Gromu.

- Poznałem go rok temu - wspomina w rozmowie z Interią Ryszard Niemiec, prezes Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. - Jakie uczucia we mnie wzbudził? Takie jak w ekssportowcu. Gdy mieliśmy 35 lat, to już ziewaliśmy, a on jest ponad dwa razy starszy i jeszcze się sportem nie znudził! Wciąż ma motywację, werwę, a przecież walczy sam ze sobą. Trzeba pamiętać, że Grom nie jest najmocniejszy w klasie C. Czapki z głów przed panem Ryszardem, bo co tydzień przechodzi weryfikację moralną. W dodatku występuje z zawodnikami, którzy rocznikowo są dla niego trampkarzami.

- Uhonorowaliśmy go odznaczeniem "Zasłużony dla Małopolskiej Piłki", a teraz staramy się, by ktoś jeszcze o nim usłyszał. Czekamy na informację z PZPN, bo chcemy go zgłosić do związkowego odznaczenia - dodaje Niemiec.

Pierwszy do wszystkiego

By umówić się na wywiad z Ryszardem Kacyszem, dzwonię do trenera Korepty. - Najlepiej spotkać się w dniu meczu. Wtedy jest cała drużyna, a po spotkaniu rodzinna atmosfera - mówi kapitan Gromu. - A pan Ryszard na pewno będzie? - dopytuję. - Pewnie! Będzie pierwszy, on tu niemal mieszka - przekonuje trener.

Niedziela, godz. 15. Przyjeżdżam pod boisko Gromu. Rzeczywiście, jako pierwszy pojawia się Ryszard Kacysz. Naciąga siatki w bramkach, sprawdza czy linie są równo wymalowane i kręci się wokół obiektu. No i się rozgrzewa, bo liczy na to, że zagra, choć od jakiegoś czasu jest głównie bramkarzem rezerwowym.

Podjeżdżają rywale Gromu - Wisła II Rząska. Wysiadają z samochodów i rozmawiają:

- Tu gra ten stary bramkarz?

- Tak, słyszałem o tym. Ile on ma lat?

- 80.

- Ta, jasne... Maksymalnie 70.

- To popatrz, tam stoi!

- E, musi być młodszy!

Hartuj się, bo będziesz jak wata!

Bo "Rico" właśnie tak dobrze wygląda. Niepozorny "dziadek", ale jak zakłada strój bramkarza, zmienia się nie do poznania. Ubywa mu lat - jest szybki, zwinny, skoczny, a sprawności mógłby mu pozazdrościć niejeden trzydziestolatek.

Skąd więc taka forma u niemal 80-letniego mężczyzny? - Ten tylko docenia życie, kto choć trochę poznał biedę. Od małości trzeba się uczyć szacunku do jedzenia. Koło śmietników leżą bułki posmarowane masłem. Wyrzucone! Dlaczego? Bo mama daje dziecku same smakołyki, ono wybrzydza, a później chłop rośnie jak dąb, ale w środku wata. Trzeba się hartować - mówi z mocą pan Ryszard.

- Za okupacji chodziłem w drewniakach na wychowanie do kapucynów. Z blaszaną miską, żeby dali jakąś zupinę. Zresztą Niemcy na mnie polowali. W młodości byłem blondynem i mówili, że to aryjska rasa. A jaką kadrę teraz mają? - myśli na głos 80-letni bramkarz.

Kacysz grał w kilkunastu klubach i niemal całe życie związał z Krakowem. Krótko mieszkał i grał w Bielsku-Białej, a w trakcie służby wojskowej - w Warszawie. - Pamiętam piąte przez dziesiąte. Najpierw grałem w meczach, które organizował ksiądz. Pierwszy zagraliśmy przeciwko Tęczy Kraków. Kilka wygraliśmy, a z Dębnickiego ktoś chciał, żebym do nich przeszedł. I tak to się zaczęło - mówi pan Ryszard i przypomina nazwiska piłkarzy, z którymi występował ponad 50 lat temu!

To, że może grać w piłkę do tej pory, zawdzięcza surowemu wychowaniu i temu, że omijały go poważne kontuzje. Zawsze pracował fizycznie, a po ciężkich zmianach znajdował czas na treningi. Jak mówi, to go "zahartowało". Raz jednak przydarzył mu się poważny uraz.

- To było jeszcze za kawalera - opowiada. - Zostałem sfaulowany w polu karnym. Ten, co mnie "dziubnął", przeskoczył nade mną, a pomocnik wbiegał niby na dobitkę. Podnoszę głowę, a ten jak mnie nie wytnie! Mówię kolegom: "Nic nie widzę!" i zaczynam wymiotować... Ktoś zadzwonił po karetkę. Zabrali mnie do szpitala. Na stole operacyjnym czułem, jak mi brew golili, a później zszywali. Widziałem tylko tę szpitalną lampę... Mama przyszła do szpitala i powiedziała tylko: "Znajdź sobie kobietę, niech się ona z tobą męczy". Słowa matki Kacysz wziął sobie mocno do serca.

"Panie, ja przez piłkę żonę poznałem!"

Choć nieustannie przekonuje, że piłka to tylko hobby, a 90 minut na boisku pozwala mu zapomnieć o ważniejszych sprawach, to jest ona całym jego życiem. - Panie, ja przez piłkę żonę poznałem! - mówi "Rico" i opowiada kolejną historię.

- Grał z nami taki Kazek, który miał siostrę. Przyszła z nim kiedyś na mecz. Od razu ją zauważyłem, podszedłem i mówię: "Jutro przy Koronie, o godz. 10". A ona: "A skąd wiesz, że przyjdę?". Ja: "Wydaje mi się, że przyjdziesz". No i przyszła...

Państwo Kacyszowie odchowali troje dzieci - dwóch synów i córkę. Synowie chcieli pójść w ślady ojca i też kopali piłkę. - Grali, ale byłem trochę przeciwny. Mówiłem im zawsze, że najpierw nauka, potem piłka. I na szczęście wybrali to pierwsze - wspomina Ryszard Kacysz.

O ojca martwi się córka. Czasem mówi mu: "Tata, skończ już z tą piłką, po co ci to?". Ale Kacysz pozostaje nieugięty i robi swoje. W klubie opowiadają, że kiedyś córka zadzwoniła, bo wyczytała w internecie, że ojciec został zmieniony w przerwie. Pomyślała, że coś się stało, bo bramkarzy zbyt często się nie zmienia. Ale w Gromie "Rico" często wchodzi z ławki albo schodzi z boiska w przerwie.

Trener Korepta: - Kiedyś graliśmy w ogromnym deszczu i błocie. Sędziowie nie chcieli nam dopuścić boiska do gry, ale drużyna przeciwna uparła się, by grać, bo nie chcieli dwa razy jeździć. "Rico" stanął w bramce, rzucił się ze dwa razy, w te kałuże i błoto... Ubrania nasiąkały wodą, po takich interwencjach ważył chyba o 20 kg więcej. Bronił do końca pierwszej połowy. Schodzący z boiska "Rico" aż się trząsł, miał sine usta, bo warunki były naprawdę ciężkie. Zdjęliśmy go, bo trochę się o niego baliśmy. Charakter jednak ma, bo sam nie chciał się poddać.

Kiedyś podczas treningu chłopaki się nie oszczędzali. Ćwiczyli rzuty wolne i kopali naprawdę mocno. Bronił oczywiście "Rico", który po jednym ze strzałów dostał w klatkę piersiową. Przewrócił się, wydusił z siebie tylko: "Mocno żeś kropnął" i grał dalej. Choć koledzy z drużyny zamarli, on się uparł. I taki właśnie jest - nieustępliwy. I nigdy się nie poddaje.

"Rico" - bramkarz kieszonkowy

- Trzeba mieć ambicję i zadzior do gry. Tak jak w pracy, choć w robocie jak pan coś zmarnuje, to zabiorą premię. A tu nie. I niektórzy nie potrafią tego zrozumieć. Tak jak nasi ligowcy. Mają kontrakt i im się należy - diagnozuje Kacysz.

- Nigdy nie dałem sobie w kaszę dmuchać. Do wszystkiego doszedłem zadziornością. A przy okazji zdrowie dopisywało - uśmiecha się pan Ryszard. - Kariery wielkiej nie zrobiłem, bo jestem wycinek, bramkarz kieszonkowy. Są wyżsi i lepsi ode mnie - twardo stąpa po ziemi "Rico".

Najwyżej grał w III lidze, w barwach Orła Piaski Wielkie. Zresztą na bramkarskiej bluzie ma przyszytego orzełka, którego z dumą prezentuje. Tuż nad nim przyszył też podobiznę Matki Boskiej Częstochowskiej. I - jak mówi Kacysz - "to ona mnie chroni".

- Grałem z nim w piłkę! To członek drużyny z 1975 roku, która wywalczyła awans do III ligi. To była mocna liga, bo występowały w niej wówczas Cracovia, Hutnik czy Garbarnia. Rysiek miał 39 lat i już wtedy był najstarszy w drużynie. Nie miał dobrych warunków fizycznych, ale był bardzo sprawny - wspomina Józef Wajda z Orła Piaski Wielkie.

- Kiedyś obronił rzut karny po strzale Zdzisława Kapki! - przypomina Ryszard Niemiec.

Kacysz ciągle jest blisko Orła. Często przychodzi oglądać mecze tej drużyny i powspominać stare czasy. - Kiedyś w czasie meczu z Proszowianką bardzo padało i na piątym metrze przed bramką były ogromne kałuże. No, ale graliśmy. W jednej z akcji Rysiek uderzył głową w słupek. Chcieliśmy wzywać pogotowie, ale on tylko obmył głowę w tej kałuży i powiedział, że chce grać dalej. Taki jest! - opowiada Wajda. - Fajny chłopak. Wesoły, pogodny, rzuca dowcipami i z wiekiem nie zmienia się jego charakter. Wciąż jest taki sam - dodaje.

Kacysz nigdy nie prowadził bardzo sportowego trybu życia. Podczas naszego spotkania rozmawiamy, a "Rico" nagle wyciąga papierosa.

- Pali pan? - pytam.

- Tak, ale to nic nie szkodzi - odpowiada "Rico". - A jak trzeba, to nawet jeszcze piwo czy kieliszek wypiję...

Zdarzało się, jak to w niższych ligach, że grał na kacu. Choć teraz już nie wyobraża sobie takiej sytuacji - zawsze przed meczem jest "zwarty i gotowy". Powtarza, że "nie sztuką jest wypić, a umieć przełamać kaca".

- To było, gdy grałem w Łączności - zaczyna kolejną anegdotę. - Wracałem z prywatki. Godz. 11, a z nieba... patelnia. Graliśmy z moim byłym klubem - Dębnickim. Trener, gdy mnie tylko zobaczył, od razu włożył mi głowę pod prysznic. No to gramy! Idzie jedna z pierwszych akcji, widzę, że piłka leci, przesunąłem się w lewo, a ona koło prawego ucha. Mój błąd, ale potem zaczęło się moje wariactwo w bramce i wygraliśmy 2-1.

Transfer w klasie C

Teraz "Rico" jest na emeryturze i ma dużo czasu, by poświęcać się piłce. Ale nie tylko - w wolnych chwilach zagra w szachy, w karty czy w totolotka. Jest szczęśliwy, bo robi to, co kocha. - Żyje piłką. Opowiada o jakichś meczach oldbojów, bo przecież gra nie tylko u nas. Mówi, że będzie robił transfery. Wyobraża pan sobie?! Facet ma 80 lat i będzie robił transfery w C klasie. Niesamowite - nie może nadziwić się trener Marcin Korepta.

- "Rico" to dobry kolega. Znamy się już od dawna. Mógłby być nie tylko moim ojcem, ale nawet dziadkiem. Ma jednak luźne podejście do ludzi, jesteśmy na ty - dodaje kapitan Gromu. - Gdy miałem poważną kontuzję dzwonił do mnie, pytał, jak się czuję. To w porządku facet.

A koledzy z drużyny przekonują, że pan Ryszard jest pełnoprawnym członkiem zespołu. - Raz pojechaliśmy na jakiś wyjazd i w szeregach przeciwników słychać było: "Patrzcie, jaki dziadek broni. Przejedziemy się po nich". Wygrali chyba siedmioma bramkami, ale mogło być ich 17. To, co robił "Rico" na bramce, w głowie się nie mieści - wspomina jeden z nich.

- Jednego tylko żałuję. Że nie uczyłem się dalej. Nauka to potęga! A piłka? To takie oderwanie od życia - podkreśla Kacysz. - Człowiek uczy się cały czas i wciąż popełnia błędy. Tak jesteśmy stworzeni - dodaje. Spotkanie z nim to nie tylko niecodzienna rozmowa, humor,  ale też wiele cennych życiowych rad.

Wieść o tym, że w Gromie broni "Rico", szybko rozeszła się w lokalnym środowisku. Na ul. Chmielną w Krakowie przyjeżdżają gapie, często z aparatem czy kamerą, by zobaczyć, czy dobra forma 80-latka to faktycznie prawda. Zresztą nawet sami piłkarze drużyn przeciwnych nagrywają uśmiechniętego bramkarza.

Ryszard Kacysz stał się taką maskotką zespołu. Choć przyznaje, że trochę ta rola mu nie pasuje, to doskonale się w niej odnajduje. Mimo 80 lat na karku, "Rico" jest cały czas uśmiechnięty, sypie dowcipami jak z rękawa, żartuje, robi kolegom psikusy. I choć sam tego nie mówi, chyba w tym tkwi sekret jego długowieczności.

Specjalnie dla Interii:

Maciej Żurawski, były reprezentant Polski, który wciąż gra w piłkę w trzecioligowym Porońcu Poronin: - Nie słyszałem o takim przypadku. Ten pan musi być fenomenem, bo przecież w tym wieku to niespotykane! W niższych ligach zdarzają się piłkarze, nawet po czterdziestce. Są to jednak tylko akcenty, bo generalnie zawodnik może prezentować jakiś tam poziom do 40. roku życia. Później jest naprawdę ciężko, przede wszystkim pod względem fizycznym.

- Ale że mu się chce? Szacunek. Skoro zdrowie na to pozwala, to czemu nie? W piłce ważny jest mięsień sercowy, który często nie wytrzymuje. Bramkarz ma jednak trochę inaczej, bo na tej pozycji nie musi się tak dużo ruszać. Strzały z dystansu? Trzeba uważać, bo naprawdę mocne uderzenie może zrobić krzywdę.

- Czy mam kibicować temu panu, czy odradzać mu taki wysiłek? Skoro daje radę, to dobrze, niech jeszcze broni. Musi jednak wiedzieć, czuć, kiedy powiedzieć stop. Ale skoro mówi się, że sport to zdrowie w każdym wieku, więc niech jeszcze pogra w piłkę - mówi z uśmiechem Maciej Żurawski.

Łukasz Szpyrka

W profesjonalnej piłce gra się trochę krócej, ale osiągnięcia tych piłkarzy też są imponujące! Sprawdź, kto jest najstarszy!

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje