Reklama

Reklama

Kibice nie chcą pomóc Wiśle?

Nadszedł jeden z tych dni. Wisła - Tottenham i Lech Poznań - Austria Wiedeń to absolutnie decydujące starcia. Nie tylko o awansie do fazy grupowej Pucharu UEFA, ale też o miejscu polskiej piłki klubowej w europejskiej hierarchii.

Gorącą relację z meczu WISŁY znajdziesz TUTAJ!

Te przysłowiowe 90 minut (może ich być 120, a do tego karne) zdecyduje o wielu sprawach. Przede wszystkim o tym, na co stać chłopaków Macieja Skorży.

Na razie dowiedli, że są fajną załogą, która od czasu do czasu dokopie nawet Barcelonie. Ogólnie jednak jest tylko mistrzem swojego podwórka, poza które wyciąganie nosa jest wielce ryzykowne. Tottenham jest mocną kapelą, w której solowe partie odgrywają reprezentanci Anglii, Chorwacji, Brazylii i Meksyku. W obecnej formie zespół Juande Ramosa jest jak najbardziej w zasięgu mistrzów Polski.

Reklama

Kilku wiślaków ma sporo do udowodnienia. Paweł Brożek powinien pokazać Leo Beenhakkerowi, że ten słusznie robi, opierając na nim taktykę przed starciem z Czechami. Z kolei brat Pawła - Piotr powinien dowieść Holendrowi, że w jego wypadku się totalnie pomylił. W każdym zagraniu "Pietka" powinien dobitnie mówić: - Widzisz Leo, ja też jestem "International level", a nie wziąłeś mnie nawet na "waiting list".

Fakty są takie, że wobec posuchy wśród ofensywnie grających, a jednocześnie - nieźle w tyłach - bocznych obrońcach, silny, dobry technicznie, a zwłaszcza szybki Piotr Brożek mógłby pomóc wyleczyć przewlekłą chorobę kadry: niemoc ataku pozycyjnego.

Rafał Boguski został oszczędzony w meczu z Arką Gdynia (wszedł dopiero na II połowę). Pora zatem, żeby wykazał, iż w starciu z zagranicznym rywalem potrafi być równie groźny jak na krajowych boiskach. Z kolei bramkarz wiślaków Mariusz Pawełek będzie miał okazję zaprezentować, że może być podporą, a nie słabym punktem zespołu i już nikt nigdy nie określi go mianem "energetyczny".

Wisła jako społeczność, nie tylko klub, przegrała już jedną batalię z Tottenhamem: o wypełnione po brzegi trybuny. W Londynie na White Hart Lane przyszło 37 tys. ludzi, był prawie komplet. W Krakowie, do wczoraj sprzedano niespełna 10 tys. biletów, z czego jedną dziesiątą nabyli Anglicy. Co znaczy mocne i głośne wsparcie PEŁNYCH trybun, pokazały mecze z Beitarem Jerozolima, czy Barceloną. W Krakowie szybko o tym zapomnieli. Klub strzelił sobie w kolano, bo zgodził się na nienormalną porę meczu (godz. 15:40 w powszedni dzień), a żeby jeszcze było mało, odstraszył cenami biletów (120 zł i 150 zł), choć przecież i tak dobrze zarobi na prawach transmisji telewizyjnej (od Anglików lepiej płacą tylko Niemcy).

Kibice też się nie popisali. - Niektórzy wolą zimne piwo i ciepły fotel przed telewizorem, zamiast przyjść na stadion i podopingować. W głowach się niektórym poprzewracało. Przykre, ale prawdziwe - ocenia Piotr Wawro, założyciel Stowarzyszenia Kibiców Wisły Kraków. - Dla prawdziwego kibica ani nienormalna pora meczu, ani wysokie ceny biletów nie powinny być przeszkodą w niesieniu pomocy drużynie w awansie.

Z Krakowa do Poznania jest dosyć daleko. Również pod względem organizacji widowiska sportowego. Na dużo mniej atrakcyjnego przeciwnika - Austrię Wiedeń na stadion Lecha już do poniedziałku sprzedano wszystkie 24 tys. biletów. Fani "Kolejorza" mieli nie tylko atrakcyjniejszą porę meczu (18:15), ale przede wszystkim cenę: 50 i 70 zł.

Lech, który w Polsce może dokopać każdemu na każdym terenie, w rewanżu z Austrią nie będzie miał łatwo. Warunki europejskiej piłki są o wiele twardsze niż w ekstraklasie. Franciszek Smuda wyeliminował już jednak nie takie firmy jak Austria. Dlatego należy oczekiwać, że tym razem jego orkiestra zagra również wysokie "C".

Gorącą relację z meczu LECHA znajdziesz TUTAJ!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama