Reklama

Reklama

Joanna Wróblewska: Takie mecze się wygrywa, nie tylko gra

Już 26 maja w Puławach odbędzie się finał kobiecego Pucharu Polski, w którym Czarni Sosnowiec zmierzą się ze Śląskiem Wrocław. Drużyna ze stolicy Dolnego Śląska będzie musiała radzić sobie bez swojej liderki Joanny Wróblewskiej, która doznała kontuzji w półfinale. Reprezentantka Polski w rozmowie z Interią przekonuje jednak, że jej koleżanki łatwo skóry nie sprzedadzą.

Przede wszystkim muszę zapytać, jak zdrowie? Co z Twoją nogą?

Tak jak poinformował klub, doszło do złamania kości strzałkowej z przemieszczeniem. Jestem po RTG, które niestety potwierdziło tę diagnozę. Konsultujemy to też z innym lekarzem w kwestii dalszego leczenia. Obecnie mam but ortopedyczny i dwie "koleżanki" przy sobie. Moja nieobecność na boisku potrwa prawdopodobnie od 4 do 6 tygodni.

Doznałaś kontuzji w meczu półfinału Pucharu Polski z TME SMS Łódź, ale na chwilę wróciłaś jeszcze na boisko. Mogłaś nawet zdobyć bramkę. Jak to możliwe, że zagrałaś ze złamaną kością?

Reklama

To był przypływ emocji, adrenaliny. Po kontakcie z Klaudią Jedlińską, moim niefortunnym faulu, kiedy chciałam wejść przed nią, kolanem trafiła mnie w bok łydki i od razu mi sparaliżowało nogę, była bardzo zdrętwiała. Po pierwszej konsultacji z fizjoterapeutą uznaliśmy, że to mocne zbicie łydki i mięśnia piszczelowego i muszę je "rozbiegać". Postanowiłam wrócić na boisko, żeby zobaczyć, jak będę się czuła. Po kilku minutach wiedziałam, że jest bardzo ciężko. Starałam się kontynuować grę, myślałam, że dam radę. Miałam nawet bramkową sytuację, przyjęłam na prawą nogę, ale kiedy miałam postawić na niej ciężar ciała, ból był zbyt mocny. Trener zdecydował się więc na zmianę w 45. minucie. Cały czas mimo to myśleliśmy, że to jakieś mocne zbicie i nie przyszło nam do głowy, że to złamana kość strzałkowa. Na każde pytanie, co ze mną, odpowiedziałam, że na pewno wrócę na finał. Niestety na następny dzień po wizycie u lekarza okazało się na USG, że kość jest złamana. Na pewno w tym zadziałała adrenalina. Biegając do tyłu, miałam duży problem, a do przodu starałam się chociaż jakąś presję stwarzać, bo przeniosłam się do ataku i chciałam przeszkadzać rywalkom, choć tak naprawdę dziewczyny przez te ostatnie minuty tak naprawdę grały w "10". Tutaj na pewno nie można mówić o winie trenera czy fizjoterapeuty, bo mogłam podjąć decyzję, by zejść z boiska, ale starałam się pomóc drużynie. Nie mam do nikogo pretensji, nikt nie podejrzewał, że w takim kontakcie mogę złamać kość z przemieszczeniem.

Wróćmy do kwestii czysto sportowych. Wasz awans był niespodzianką?

Dużo osób pewnie będzie negować moją opinię, ale uważam, że choć drużyna z Łodzi stwarzała sobie więcej klarownych sytuacji, były słupki i poprzeczki, a bohaterką meczu była Ania Bocian, która broniła w bardzo ciężkiej sytuacji, jednak to my strzeliłyśmy bramkę, dającą nam awans do finału. Takie mecze się wygrywa, nie tylko gra! 

Ty masz już za sobą jeden finał Pucharu Polski. W 2014 roku, w barwach AZS-u Wrocław przegrałaś 2:3 z Medykiem Konin. Pamiętasz to spotkanie?

Jak można nie pamiętać jednego, jedynego finału? Zagrałem pełne 90 minut, miałam nawet asystę w pierwszej połowie. Prowadziłyśmy 2:0, wszystko było pod kontrolą, do momentu, kiedy Sofia Gonzalez nie opuściła boiska z powodu kontuzji. Od tamtej chwili nasza gra się posypała. Najpierw Medyk zdobył bramkę kontaktową, potem wyrównał. Myślałyśmy, że jeszcze dociągniemy do dogrywki, ale niestety zespół z Konina oddal decydujący cios i to one się cieszyły. Byłam wtedy bardzo młoda, okazja gry w finale to była świetna lekcja i teraz dla młodych zawodniczek z naszej drużyny na pewno będzie podobnie. I jestem pewna, że moje koleżanki łatwo skóry nie sprzedadzą.

Czytaj także: Zrobili krok w stronę Bundesligi

Tym razem zostaje Ci wspierać zespół z boku. Trudno wejść w rolę kibica?

Minął tydzień od momentu, w którym dowiedziałam się, że kość jest złamana i tak naprawdę nie jestem jeszcze pogodzona z tym, że nie zagram. Mentalnie pracuję, żeby się z tym pogodzić. Chciałam wyjść na boisku w tym finale i walczyć o trofeum, które w 2014 przeszło mi koło nosa. Dla sportowca to nie jest łatwa sytuacja, na pewno każdy to rozumie. Dziewczyny mają jednak ode mnie ogromne wsparcie, tak samo zresztą jak i ja od nich, bo mogę liczyć na ich pomoc. Jadę z nimi na finał, będę z nimi całym sercem.

Jakie są morale w szatni Śląska? Drużyna musi zagrać bez swojej liderki.

Tych liderek, od początku sezonu, kilku brakuje. Czy Gosi Kordy, czy Wiktorii Kiszkis, czy Pauliny Pompy, czy Darii Nowak. Lista kontuzjowanych jest u nas długa. To na pewno będzie bez nas inny mecz, ale nasz zespół jest na tyle mocny mentalnie, że jeden puzzel nie rozwala nam całej układanki. I bez liderek dziewczyny też są w stanie powalczyć i stawić czoła najlepszym w Polsce.

Jak Ty widzisz to finałowe spotkanie?

My możemy, Czarne muszą. Anna Szymańska jest w finale 15. raz, w Śląsku niektóre dziewczyny mają po 15 lat, więc kiedy ona pierwszy raz grała o to trofeum, nasze zawodniczki dopiero przychodziły na świat. Wydaje mi się, że mimo wszystko ten mecz będzie rządził się swoimi prawami. I nie będzie miał znaczenia, czy gramy z mistrzem Polski, bo wszystko jest możliwe. Zobaczmy na Eintracht Frankfurt, który był w lidze w środku tabeli, a wygrał Ligę Europy.

Na koniec chciałbym zapytać o studia, bo wiem, że zbliżasz się do końca. Masz już termin obrony pracy magisterskiej?

Nie mam jeszcze terminu, teraz wszystko mi się komplikuje i nawarstwia. Mam czas do 16 września, żeby zaliczyć wszystkie przedmioty i się obronić, tak że muszę zakończyć ostatni semestr i wtedy dopiero obrona wskoczy do mojego kalendarza.

Reklama

Reklama

Reklama