Reklama

Reklama

Joanna Dzios czyli piękniejsze oblicze Lecha Poznań

O swoich początkach pracy w poznańskim Lechu, ponad trzyletniej współpracy z trenerem Franciszkiem Smudą, a także trochę o życiu prywatnym w rozmowie z INTERIA.PL opowiada Joanna Dzios, rzecznik prasowy klubu z Bułgarskiej.

INTERIA.PL Jak rozpoczęła się Pani przygoda z Lechem Poznań?

Joanna Dzios: - Zaczęło się 3 lata temu, dokładnie w 2006 roku. Najpierw trafiłam na Bułgarską, by odbyć staż. Po jakimś czasie jednak tak szczęśliwie się wszystko ułożyło, że mogłam kontynuować swoją przygodę z klubem. I powierzono mi funkcję rzecznika prasowego.

- Długo zastanawiała się Pani czy podjąć pracę w Lechu?

- Nie miałam chwili zawahania. Muszę przyznać, że wszystko potoczyło się bardzo szybko i płynnie. Mój staż w klubie zakończył się szybciej niż przypuszczałam, już w trakcie stażu tutaj, z przyczyn losowych, byłam pełniącą obowiązki rzecznika prasowego, a jakiś czas później już rzecznikiem prasowym.

Reklama

- Czy rozpoczynając pracę w KKS Lech Poznań wiedziała Pani cokolwiek o futbolu?

- W każdej dziedzinie jeśli podejmujesz się pracy, to musisz mieć choćby minimalny poziom wiedzy na dany temat. Trudno mi w tej chwili ocenić poziom mojej wiedzy z 2006 roku, ale na pewno mogę powiedzieć, że w ciągu tych trzech lat wiele się nauczyłam. Nie jest jednak tak, że piłka nożna była dla mnie wówczas "czarną magią".

- Trener Franciszek Smuda zażartował kiedyś, że to Joanna Dzios ustala taktykę gry piłkarzy Lecha. Ile w tym co mówił popularny "Franz" jest prawdą? I jak się Pani pracowało przez ostatnie lata z bardzo kontrowersyjnym i charyzmatycznym szkoleniowcem?

- Ja sobie tych słów trenera zupełnie nie przypominam. Jest to jednak wypowiedź absolutnie w stylu trenera Franciszka Smudy. Zapewniam, że z taktyką gry Lecha Poznań nie mam i nigdy nie miałam nic wspólnego (śmiech). Franciszek Smuda to osoba niezwykle charyzmatyczna, to bardzo wyrazista postać. Lubię pracować z takimi ludźmi. Przyznam, że ja również mam bardzo konkretny charakter. Nie lubię owijania w bawełnę, więc z trenerem Smudą potrafiłam się dogadać.

- Czy trener Smuda traktował Panią bardziej z góry, autorytarnie, czy bardziej po przyjacielsku?

- Wydaje mi się, że w pracy byliśmy partnerami. Mam szacunek do tego co osiągnął trener Smuda, ale nie jestem jednym z zawodników w szatni. Mam w klubie określone zadania do wykonania i czasami to ja musiałam egzekwować od trenera pojawienie się na konferencji prasowej czy udzielenie wywiadu, co nie zawsze spotykało się z uśmiechem na jego twarzy.

- Jakim człowiekiem "Franz" był prywatnie? Uściślając to pytanie, czy zmieniał się po tym, jak wyłączane były kamery telewizyjne i przestawały błyskać flesze aparatów fotograficznych?

- Nie poznałam trenera prywatnie. Podejrzewam, że w domu jest znacznie spokojniejszy. Mogę tylko powiedzieć, jaki był trener poza konferencjami prasowymi czy innymi oficjalnymi spotkaniami z mediami. W moim odczuciu w ogóle się nie zmieniał. Z okresu pracy w Lechu Poznań dziennikarze pamiętają trenera jako osobę porywczą, ale też konkretną. Niczego specjalnie nie ukrywał, nikogo nie unikał. Ja też go tak zapamiętałam.

- Zakończmy już wątek trenerski. Przejdźmy teraz do zawodników, jak się Pani pracuje z piłkarzami Lecha Poznań?

- Bardzo dobrze mi się z nimi współpracuje. Moja praca polega na ułatwianiu kontaktu zawodników z przedstawicielami mediów i odwrotnie. Myślę, że na tym polu nie ma żadnych nieporozumień. Zawodnicy rozumieją potrzeby mediów, więc zwykle bez problemu godzą się na wywiad czy uczestnictwo w jakimś programie. Problemem czasami może być znalezienie odpowiedniego terminu, ale i z tym sobie radzimy. Myślę, ze wzajemna współpraca jest taka, jaka powinna być.

- Czy pamięta może Pani jakiś zabawne chwile, wydarzenia w swojej pracy?

- Takie sytuacje się zdarzają. To zupełnie normalne biorąc pod uwagę tak dużą grupę ludzi, jaka pracuje w Lechu Poznań. Powiem jednak szczerze, że na ten moment nie potrafię sobie przypomnieć żadnej konkretnej sytuacji.

- Jak się Pani pracuje w otoczeniu właściwie samych facetów?

- Piłkarze są moimi kolegami z pracy, osobami z którymi na co dzień współpracuję. Moja praca polega na tym, by pośredniczyć pomiędzy mediami, a klubem i zawodnikami. Często jest tak, że nie jestem do końca mile widziana, gdy trzeba zawodników namówić na telewizyjny wywiad, czy występ w jakimś programie. Zawodnicy wiedzą, że to należy do ich obowiązków, ale wiem, że każdy z nich wolałby spędzić wolne popołudnie z rodziną czy przyjaciółmi.

- A czy miała Pani kiedykolwiek chwile zwątpienia w swojej pracy? Czy były może jakieś wahania, w których chciała Pani rzucić swoją pracę?

- Nie przypominam sobie takiego momentu. Na szczęście w pracy rzecznika prasowego niemal każdy dzień stawia nowe wyzwania, więc naprawdę trudno się nudzić. Ja lubię jak się dużo dzieje, bardzo lubię też pracować z ludźmi. Zawsze staram się wyznaczać sobie nowe wyzwania, cele do zrealizowania. Zresztą mój zawód z miesiąca na miesiąc stawia mi nowe zadania. A ja dzięki temu cały czas mogę się rozwijać. Robię to co mnie pasjonuje i jestem z tego powodu szczęśliwa. Martwiłabym się, gdybym nie wiedziała, co zrobić ze swoim codziennym dniem pracy. Na szczęście taka sytuacja jeszcze mi się nie przytrafiła (śmiech).

- Pracuje Pani z wieloma przedstawicielami mediów. Czego Pani u dziennikarzy najbardziej nie lubi? Proszę o bardzo szczerą odpowiedź.

- Najbardziej nie lubię u dziennikarzy, ale nie tylko, bo ta uwaga dotyczy również szeroko pojętych sympatyków Lecha, gdy nie mogą zrozumieć, że zawodnik także jest zwykłym człowiekiem. Ma tak jak wszyscy swoje życie prywatne, które stara się chronić. I nie zawsze musi być do dyspozycji dziennikarzy czy też kibiców. Nie zawsze także musi się zgadzać na wszelkie inicjatywy. Może mieć inne plany czy słabszy dzień, bo taki przytrafia się każdemu z nas. Z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że media i kibice mają również swoje prawa. Znalezienie złotego środka nie zawsze jest rzeczą łatwą.

- Jaką osobą prywatnie jest Joanna Dzios?

- To jest trudne pytanie. O to należy zapytać kogoś, kto ma ze mną do czynienia na co dzień. Jeśli ja miałabym siebie ocenić... to wydaje mi się, że ja wcale nie mam łatwego charakteru. Cierpliwości wciąż się uczę i chyba mimo tej nauki wciąż mi jej brakuje. Jestem trochę w "gorącej wodzie kąpana" (śmiech).

- Czy były takie spotkania Lecha, gdy po meczu Pani płakała, albo była po prostu szczęśliwa?

- No jasne, że były takie spotkania. To nie jest przecież tak, że ja tylko gdzieś sobie obok stoję i czekam spokojnie jak się mecz skończy. Mam w sobie sporo kibicowskich emocji. Kręcę się zwykle w okolicach trybuny prasowej i razem z dziennikarzami przeżywam wszystko, co się dzieje na boisku.

Przy tym pytaniu od razu przypominają mi się mecze z Austrią Wiedeń, finał Remes Pucharu Polski, czy chociażby ostatni mecz Ligi Europy z Club Brugge. Myślę, że każde z tych spotkań kosztowało nas wszystkich co najmniej kilka miesięcy życia. W takim sensie, że zbliżało bardzo do zawału serca, a więc emocje z pewnością się udzielają. Łzy też się pojawiały.

- Czego Pani życzyć na kolejne miesiące?

- Myślę, że nam wszystkim należy życzyć tego, żeby Lech piął się w górę tabeli, bo wtedy dziennikarzom będzie przyjemniej o nas pisać i kibicom przychodzić na mecze. Mnie z kolei będzie znacznie przyjemniej witać Państwa na pomeczowych konferencjach prasowych, po spotkaniach, w których będziemy inkasować komplet punktów.

W Poznaniu rozmawiał Łukasz Klin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL