Reklama

Reklama

Jerzy Dudek dla Interii: Z pierwszego zgrupowania wyjechałem w dresie reprezentacji

- Pamiętam, że kiedy trener Antoni Piechniczek pierwszy raz powołał mnie do reprezentacji Polski w 1996 roku wyjeżdżałem ze zgrupowania w Wiśle ubrany w reprezentacyjny dres i ściągnąłem go dopiero później. Tak się składało, że byłem "świeżym żonkosiem" a żony Mirelli po ślubie nawet nie widziałem. Zadzwoniłem więc z nieśmiałością do trenera Piechniczka, zdawałem sobie sprawę, że młody chłopaczek jeszcze nie zagrał a już prosi o coś selekcjonera. Trener mi odpowiedział: "Słuchaj, nie ma problemu. Masz jeden pełny dzień, ale wieczorkiem żebyś już był na zgrupowaniu".

Jerzy Dudek trafił w wielki świat kiedy grał w Sokole Tychy. Tam zauważył do Antoni Piechniczek i jako pierwszy selekcjoner powołał do reprezentacji Polski.

Paweł Czado, Interia: Rozmawiamy po uroczystości nadania doktoratu honoris causa Antoniemu Piechniczkowi na katowickiej AWF. Jak pan ocenia taki gest?

Jerzy Dudek: - To tylko świadczy jak wielką postacią jest trener Piechniczek. Dobrze, że o tym rozmawiamy, bo kiedy przyjeżdżałem na tę uroczystość czułem dumę, że dostałem zaproszenie. Myślę sobie, że uhonorowanie doktoratem honoris causa trenera Piechniczka to fantastyczna sprawa, pokazuje jaką jest osobowością. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z trenerem. To było 25 lat temu. Byłem wtedy bramkarzem Sokoła Tychy i dostałem powołanie na pierwszy mecz Antoniego Piechniczka jako selekcjonera reprezentacji Polski w latach 90. To było towarzyskie spotkanie z Rosją w Moskwie. Myślałem, że chłopaki w szatni robią sobie ze mnie żarty, nie wierzyłem. Potem trener Sokoła "Bobo" Kaczmarek przyniósł mi faks z tą informacją, w który... również nie wierzyłem (uśmiech). Trener przekonał mnie jednak, że to prawda. Oprócz meczu w Moskwie, pojechałem też na zgrupowanie do Wisły. Oba wydarzenia zapadły mi w pamięć. To były moje pierwsze wyjazdy, pierwsze loty samolotem, obcowanie z wielkimi gwiazdami no i z trenerem, który był legendą. Nie mogłem uwierzyć... 

Reklama

Wiem, że trener Piechniczek oglądał mnie w Tychach, widział jak gram, zanim podjął decyzję o powołaniu. Rozmawialiśmy potem. Dostałem powołanie i znalazłem się w kadrze pośród dwóch bramkarzy, którzy bardzo mocno wówczas ze sobą rywalizowali: Maćkiem Szczęsnym i Andrzejem Woźniakiem. "Słuchaj, przyjeżdżasz tu [o naukę. Żebyś nie bawił się w jakieś konflikty, to są takie charaktery" - usłyszałem. Pamiętam, że byłem wtedy bardzo ambitny, ćwiczyłem przed i po treningu, w ogóle nie zważałem czy ktoś mnie obserwuje czy nie, robiłem to dla siebie. Pamiętam, że wyjeżdżałem ze zgrupowania w Wiśle w reprezentacyjnym dresie i ściągnąłem go dopiero później.

Aż tak?

- Aż tak. Mam ten dres na pamiątkę do dziś. Pamiętam jeszcze jedną historię z tego czasu. Byłem świeżo po tournée reprezentacji U-23 po Brazylii i Argentynie. Tak się składało, że byłem "świeżym żonkosiem" a żony Mirelli po ślubie nie widziałem. Zadzwoniłem więc z nieśmiałością do trenera Piechniczka, zdawałem sobie sprawę, że młody chłopaczek jeszcze nie zagrał a już prosi o coś selekcjonera. Trener mi powiedział: "Słuchaj, nie ma problemu. Masz jeden pełny dzień, ale wieczorkiem żebyś już był na zgrupowaniu". No i właśnie z tego zgrupowania jechałem w reprezentacyjnym dresie na obóz Sokoła Tychy w Trzciance (uśmiech).

Wszystkie skróty Ligi Mistrzów online w Interia Sport - ZOBACZ!

Antoni Piechniczek żałował, że wyjeżdżam

Stamtąd ruszałem w wielki świat. Pamiętam, że trener Piechniczek miał do mnie wielki żal, że wyjeżdżam do Holandii [do Feyenoordu Rotterdam, przyp. aut.], akurat wtedy gdy tak trudno było odbudować polską piłkę nożną, przechodziliśmy wtedy kryzys. W pierwszym sezonie usiadłem w Holandii na ławce rezerwowych i trener miał jakby potwierdzenie, że to była zła decyzja, ale ja powiedziałem sobie, że zrobię wszystko by go nie zawieść, żeby pokazać, że nie popełnił błędu chcąc na mnie stawiać... [ostatecznie Jerzy Dudek pierwszy mecz w reprezentacji Polski rozegrał w 1998 roku, w towarzyskiej grze z Izraelem, już podczas kadencji Janusza Wójcika, przyp. aut.]

Porozmawiajmy o obecnej reprezentacji. Trener Piechniczek mówi, że zwycięski mecz z Albanią zrobił na nim wrażenie, że był najważniejszy podczas kadencji obecnego selekcjonera. A jakie wywarł wrażenie na panu?

- Każdy trener ma taki ważny mecz. Dla trenera Piechniczka było to spotkanie z NRD przed mistrzostwami świata w Hiszpanii. Wtedy i teraz to był najważniejszy mecz w grupie, dotyczył bezpośredniej rywalizacji w drużyną, która może nam ten awans odebrać. To był typowy mecz walki, wiadomo było, że żywiołowo reagujące trybuny będą napędzać do agresywnej gry a my musimy się temu przeciwstawić, utrzymywać piłkę w decydujących momentach, nie dawać się wybijać z rytmu. Scenariusz ułożył się nam idealnie. Wielkiej piłki tam nie było, bo wiadomo, że w takich meczach wielkiej piłki nie ma. 

Jerzy Dudek: Guti grał w golfa jak świr

Trener Paulo Sousa skupiał się wcześniej na wykorzystywaniu potencjału ofensywnego tego zespołu, bardziej skupiał się żeby jeszcze bardziej wykorzystać potencjał Lewandowskiego i ofensywnych zawodników wokół niego. Dziś wszyscy mówią o Lewandowskim, Zielińskim, Piątku, Miliku, Świderskim, Buksie czy Kozłowskim, o tym, że nasz potężny potencjał ofensywny nie był wykorzystywany. Ale w meczu z Albanią pokazaliśmy, że jeżeli potrzeba potrafimy - kosztem ofensywy - zabezpieczyć tyły i to się udało. 

Ostatnio rozmawiałem z Mariuszem Czerkawskim, pytałem co u niego słychać a on mówi, że świetnie się czuje, dużo chodzi, bo... gra w golfa, między innymi z panem. Ten golf rzeczywiście taki wciągający?

- Tak. Mam różne obowiązki, poświęcam wiele czasu rodzinie, ale w wolnym czasie rzeczywiście namiętnie gram w golfa To naprawdę świetna gra. Ma wpływ na zdrowie, w jednej rundzie trzeba przejść około 12 kilometrów. Pod Krakowem mamy pole ze świetnymi warunkami.

Jeśli jest czas i pogoda to jest pan w stanie grać w golfa kilka razy w tygodniu?

- Przynajmniej trzy razy w tygodniu spędzam w ten sposób czas na wolnym powietrzu. Człowiek bardzo się wciąga w rywalizację, w mistrzostwa, oczywiście na poziomie amatorskim. Ta rywalizacja mnie nakręciła, po powrocie do Polski zacząłem grać namiętnie. Grałem już w Hiszpanii, z Gutim, który grał już jak świr, można powiedzieć (uśmiech). W każdy poniedziałek wychodził na pole a ja na tym korzystałem... Golf nas pochłonął.

Rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje