Reklama

Reklama

Jacek Gmoch dla Interii: Grecy w polskiej piłce? Money, money

- Piłkarze z Grecji coraz częściej przyjeżdżają do Polski, bo tam kryzys trwa cały czas. W dalszym ciągu uważam, że w piłce nie powinno być pośredników. Oni bez żadnego ryzyka i zaangażowania zarabiają kolosalne pieniądze. W świecie agentów są różne tajemnice. Tworzą zamkniętą grupę niczym masoni, z takiej grupy nie jest łatwo odejść - mówi w rozmowie z Interią były selekcjoner reprezentacji Polski i m.in. greckich klubów Jacek Gmoch.

W polskiej Ekstraklasie przybywa zawodników z Grecji. W tym roku na naszych boiskach pojawili się wypożyczeni z AEK Ateny do Górnika Zabrze: Georgios Giakoumakis oraz Stavros Vasilantonopoulos.

Piłkarze z Grecji dostępni dla naszej kieszeni

- Kryzys grecki z 2008 roku i koronawirus w dalszym ciągu nie pozwalają Grecji wyjść na prostą pod względem ekonomicznym. W związku z tym tamtejsi piłkarze są dostępni dla naszej kieszeni coraz bardziej, bo są tańsi. Odwraca się teraz proporcja, bo dawniej to my jeździliśmy do Grecji. Za moich czasów był taki moment, że w lidze greckiej było sześciu trenerów z Polski, była też cała plejada zawodników z naszego kraju, która zdobyła tam uznanie.

Reklama

- Najlepszym przykładem był Krzysztof Warzycha, dobrym m.in Kazimierz Kmiecik. Naprawiłem wtedy swój błąd z mistrzostw świata w Argentynie w 1978 roku, kiedy to nie zabrałem Kmiecika na mundial, potem dałem mu jednak szansę na grę w Larisie. Razem zdobyliśmy najpierw wicemistrzostwo, a potem mistrzostwo Grecji. Kmiecik zdobył wtedy w Grecji duże uznanie. Pierwszym trenerem z Polski w Grecji był Antoni Brzeżańczyk, który prowadził Iraklis Saloniki, pierwszym piłkarzem Henryk Wawrowski - wspomina Jacek Gmoch.

Grupy agentów są jak masoni

Były trener m.in. Panathinaikosu Ateny i Larisy po raz kolejny podkreśla, że nie ma dobrego zdania o piłkarskich agentach, zwłaszcza pośrednikach.

- Wiem jak działają piłkarscy agenci, dlatego mam o nich takie, a nie inne zdanie. Na szczęście jest progres, bo w porę zorientowała się w tym wszystkim UEFA i zostały wprowadzone licencje, nadzór stał się bardziej skuteczny. Teraz nad menedżerami jest większa kontrola, przychodzą do zawodu coraz lepsi agenci.

- Moja krytyka dotyczy nawet nie ich, a tych wszystkich pośredników, którzy zarabiają kolosalne pieniądze nie inwestując i nie ryzykując za wiele. To w dalszym ciągu się dzieje, ale w coraz mniejszym stopniu. Dobrze byłoby, aby także w tej grupie zawodowej, zarabiającej ogromne pieniądze na transferach, była odpowiednia selekcja - mówi nam Jacek Gmoch.

Według Jacka Gmocha piłkarski świat jest podzielony na stajnię dwóch managerów Pinhasa Zahaviego i Jorge Mendesa.

- Oni zyski z wszystkich transferów dzielą mniej więcej po równo. Mają całe tabuny swoich ludzi. Jeśli jakiś trener przez nich protegowany podpisuje kontrakt w klubie, to potem musi także wykonać odpowiednią robotę polegającą na ściągnięciu do zespołu kilku piłkarzy tegoż właśnie agenta. Do klubu idzie także cała grupa trenerska i wszyscy razem wzięci tworzą zamkniętą grupę niczym masoni.

- Tam też istnieją różnego rodzaju tajemnice i za łatwo z takiej grupy nie można odejść. Uważam w dalszym ciągu, że pośrednictwo powinno być jeśli nie zlikwidowane, to bardzo mocno ograniczone, zwłaszcza w sporcie młodzieżowym. Zasady takiej współpracy powinny być bardzo restrykcyjne - zdradza Jacek Gmoch.

Kołakowski chce znaczyć coraz więcej

W maju Arkę Gdynia przejął Michał Kołakowski, syn znanego menedżera Jarosława Kołakowskiego, prowadzącego kariery wielu piłkarzy m.in. Kamila Glika. Jacek Gmoch uważa, że doświadczony menedżer powinien sobie poradzić w niejako nowej roli.

- Jarosław Kołakowski jest już wiele lat na rynku, więc na pewno zna się na swojej pracy, choć nie znam za bardzo jego działań. W czasach, gdy pracowałem w Panathinaikosie Ateny, kilka razy mieliśmy kontakt, dzwonił do mnie w sprawie transferów. Wygląda na to, teraz chce być już w futbolu coraz bardziej decyzyjną osobą, zobaczymy jakie przyniesie to efekty - mówi nam Gmoch.

Boniek to moje dziecko

Jacek Gmoch odniósł się także do pracy Zbigniewa Bońka na stanowisku prezesa Polskiego Związku piłki Nożnej.

- Boniek to, że tak powiem, jest mój pomysł i moje dziecko. Człowiek świetnie wykształcony, natomiast szkoda, że nie zna lepiej języka angielskiego. Myślę jednak, że się jeszcze nauczy, chociaż jak człowiek uczy się późno, to już nie jest to samo. Dawniej u poprzednich prezesów z językami obcymi było znacznie gorzej, wtedy kontakt ze światem był nie za żelazną, a żelbetonową granicą - żartuje Jacek Gmoch.

To była optymalna decyzja

W maju Polski Związek Piki Nożnej przedłużył kontrakt z selekcjonerem Jerzym Brzęczkiem do końca 2021 roku. Jacek Gmoch w rozmowie z Interią ocenia, że to dobry ruch szefostwa piłkarskiej centrali.

- Zgadzam się z tym, że jakiekolwiek zawirowania i poszukiwania innego trenera w sytuacji, jaką mamy, byłoby bezsensowne. To jest optymalna decyzja na ten moment. Zobaczymy, co będzie dalej, bo jesteśmy w nowej rzeczywistości. Prezes Boniek musiał to wszystko skalkulować i podjąć decyzję, uważam, że jest absolutnie słuszna. Gdyby była inna, to zaraz zaczęłyby się dywagacje, podstawianie trenerów i proponowanie ich prezesowi przez agentów.

- Na razie wystarczy nam chyba tego zamętu dookoła. Z drugiej strony musimy pamiętać, że nie musimy z Brzęczkiem od razu zdobywać mistrzostwa świata, on przecież nie musi być selekcjonerem na długie lata - zauważa Jacek Gmoch.

Konflikt nie wygasł

Jacek Gmoch w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku współpracował w reprezentacji Polski z Kazimierzem Górskim. Od tamtego czasu narastał konflikt między nim, a asystentem legendarnego trenera Andrzejem Strejlauem. Do dziś nie udało się go zażegnać. Jak dziś 81-letni były szkoleniowiec patrzy na tę sprawę?

- No comments, to są małe sprawy. W tamtym czasie do pracy z reprezentacją, gdy tworzyliśmy ją wspólnie z Kazimierzem Górskim, dochodzili różni ludzie. Jak już wóz zaczął jechać w dobrym kierunku, to nie brakowało tych, którzy chcieli na niego wskoczyć i to robili. Potem wiele informacji zostało utrwalonych w nieobiektywny sposób przez ludzi współpracujących z Polską komunistyczną.

- Ta wiedza została do dziś, ale ja znam swoją prawdę, zresztą została ona zapisana w mojej książce. Nie ma o czym mówić. W tamtych czasach było wielu tak zwanych przydupasów. Ja byłem niepokornym człowiekiem, wiedziałem co i jak mam robić, bo na tym się znałem. Wszystko co najlepsze dałem Polsce i Polakom. Jestem z tego dumny - kończy Jacek Gmoch.

Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL