Reklama

Reklama

Iker Casillas - marzenia się spełniają

Swój rachunek sumienia wysiadujący na ławce Realu Iker Casillas uważa za dodatni. Przeszedł drogę od 10-letniego chłopca marzącego o grze w bramce, do kapitana mistrzów świata. I nie zamierza odpuścić.

Wyprawa na towarzyski mecz do RPA, to dla Hiszpanów podróż sentymentalna. Mimo upływu ponad trzech lat odwiedzając Soccer City w Johannesburgu Andres Iniesta wciąż nie potrafił opowiedzieć o swoich emocjach. Dlaczego padło właśnie na niego? Dlaczego na tego, który w 93 meczach reprezentacji Hiszpanii trafił do siatki zaledwie 10 razy? Dlaczego to nie był David Villa, przecież z sześciu bramek, które dały "La Roja" półfinał afrykańskich mistrzostw świata, "El Guaje" wbił aż pięć?

Iker Casillas do dziś nie potrafi zapanować nad emocjami. Według bramkarza to właśnie Villa miał najlepszą okazję w finale, lepszą od Iniesty, ale holenderscy obrońcy zdołali zablokować jego strzał. W 116. minucie (o godzinie 22,55 z 56 sekundami jak podają Hiszpanie) czas się zatrzymał. Iniesta kopnął piłkę podaną przez Cesca z całej siły, ale jednak nie tak idealnie w prawy róg, jak chciał. Maarten Stekelenburg zdołał jej dotknąć, ale nie udało mu się jej odbić.

Casillas płakał tak rzewnie, jak miliony jego rodaków przez dziesięciolecia na wszystkich tych mundialach gdzie "La Roja" zbierała kopniaka za kopniakiem. W RPA też niewiele brakowało. Po porażce ze Szwajcarami na inaugurację z ostrą krytyką drużyny wystąpiła nawet jego narzeczona Sara Carbonero, dziennikarka Tele 5. Bramkarz Realu upiera się, że był to jeden z dwóch najlepszych meczów Hiszpanów rozegranych w RPA, obok półfinału z Niemcami. Ale przyznaje, że po pechowej porażce trzeba było mieć stalowe nerwy, by stanąć do boju o ocalenie z Hondurasem. Zbawcą drużyny został Villa, ale Casillas twierdzi, że bez opanowania Vicente del Bosque wszystko by się zawaliło.

Liderujący "La Roja" Xavi Hernandez nie grał zachwycającego turnieju, daleki od formy z Euro 2008. Asystę piętą, przy zwycięskiej bramce przeciw Portugalczykom (1/8 finału) uważa za najpiękniejsze zagranie w swoim życiu. Był jeszcze rzut rożny w boju o finał, gdzie rzucił piłkę na nos Carlesa Puyola, przefruwającego jak odrzutowiec nad niemieckimi wieżami. Xavi na zawsze zapamiętał krótką wymianę zdań z Joachimem Loewem. Trener pokonanych zapanował po meczu nad ogromnym rozczarowaniem mówiąc: "jesteście najlepszą drużyną, jaką w życiu widziałem".

"Cierpieliśmy" - wzdycha Casillas wyznając, że jeszcze dziś dostaję gęsiej skórki, gdy przypomina sobie rzut karny w starciu z Paragwajem i szarżę Arjena Robbena z finału w Johannesburgu. Gdyby w jakiś cudowny sposób nie obronił tych strzałów, wspomnieniom z RPA towarzyszyłyby do dziś łzy żalu za zaprzepaszczoną szansą. Hiszpanie czuli się mocni, tym bardziej więc świadomi jak wiele jest do stracenia. Gdyby wtedy się nie udało, to już chyba nigdy.

Gerard Pique i Jose Reina dbali o nastrój w obozie robiąc kolegom dowcipy: raz mądrzejsze, raz głupsze. Koniec końców udało się przetrwać prawie 60 dni razem, wykorzystując dziejową szansę. Del Bosque nie dał się złamać krytyce, nie złożył w ofierze Sergio Busquetsa, z którego, według słów Casillasa, hiszpańskie media robiły miazgę. "Dziś, gdy patrzę na Sergio nie mam wątpliwości, kto będzie kolejnym liderem tej kadry" - mówi bramkarz Realu Madryt.

Właśnie ten barcelońsko-madrycki kogel-mogel był być może czymś najbardziej zdumiewającym i unikalnym w historii "La Roja". Gracze zwaśnionych kolosów potrafili zawrzeć pakt o nieagresji, dla wspólnego dobra. Xavi z Casillasem bronili trwałości paktu jak niepodległości otrzymując za to potem nagrodę Księcia Asturii. Wnioskował o nią Sepp Blatter, tak więc nawet szef FIFA, Szwajcar umiał dostrzec, że Hiszpanom udało się stworzyć coś unikalnego w ich historii.

Wyższą cenę za pokój w reprezentacji zapłacił Casillas, choć absolutnie nie chce się do tego przyznać. Upiera się tylko, że pojednawczy telefon do Xaviego, który wykonał zaraz po tym jak w Gran Derbi na Camp Nou Jose Mourinho włożył palec w oko Tito Vilanovy, w niczym nie zaszkodził Realowi. "Nie broniłem siebie, ale zasad" - tłumaczy Iker. "Od dziecka przeżywałem każde El Clasico i choć zawsze były w nich wielkie emocje i zaciekła rywalizacja, nasi poprzednicy nigdy nie dopuszczali się takiej kompromitacji. My posunęliśmy się za daleko. Trzeba było to przerwać".

Dziś legendarny bramkarz jest w Realu rezerwowym. Z wielkiej ikony hiszpańskiej piłki, którą był w 2010 roku, stał się postacią kontrowersyjną. Najzagorzalsi fani "Królewskich" posądzają go o nielojalność wobec klubu i sprzedawanie tajemnic szatni. Kiedy dziennikarze pytają Ikera o transfer do Barcelony, gdzie mógłby zastąpić opuszczającego Camp Nou Victora Valdesa, uśmiecha się jak ktoś, komu opowiada się historyjki science fiction. "Barca znajdzie innego bramkarza, ja wychowałem się na Santiago Bernabeu, tu byłem szczęśliwy i moje miejsce jest tutaj".

Spektakularny pocałunek z Sarą Carbonero po zwycięskim finale w RPA nie jest dla Ikera najsilniejszym wspomnieniem afrykańskich mistrzostw. Mundialowa batalia to była męska rzecz, kiedy więc po ostatnim gwizdku Howarda Webba padli sobie w ramiona z Carlesem Puyolem płakali jak dzieci. Iker nie wie nawet, czy ze szczęścia. Może z bólu, może z napięcia, może z wyczerpania? Zapłacili w RPA cenę adekwatną do wartości trofeum. Tego nikt im nie odbierze. Nie zapomną szalonego dnia powrotu do domu, gdy rodacy gotowi byli nosić na rękach cały autobus. 21-letni syn selekcjonera Alvaro, jako jeden z pierwszych podniósł Puchar Świata stając się maskotką drużyny.

Del Bosque wspominał kiedyś przepłakane noce, gdy Alvaro przyszedł na świat z zespołem downa. To, co zaczęło się tak fatalnie, miało jednak zdecydowanie lepszy dalszy ciąg. Selekcjoner Hiszpanów mówi, że Alvaro nauczył go wytrwałości, pokory i radości. Zmienił jako człowieka. Być może bez tego spokoju emanującego spod niemodnych wąsów, nie byłoby mistrzostwa świata? Del Bosque wąsy obiecał zgolić po zwycięstwie w Johannesburgu, obietnicy jednak nigdy nie wypełnił.

Iker cierpi dziś na ławce, ale nie widzi w tym nic więcej poza uczciwą decyzją Carlo Ancelottiego wyżej oceniającego formę Diego Lopeza. U Del Bosque zapracował jednak na pozycję nietykalnego. Na Puchar Konfederacji do Brazylii jechał jako rezerwowy, by kończyć turniej w podstawowym składzie w przegranym 0-3 finale przeciw "Canarinhos". Czy ta historia będzie miała dalszy ciąg? Na pewno. Iker żartuje, że w najgorszym z przypadków, po przepadnięciu w grupie dziennikarze dokonają publicznego mordu na nim, Del Bosque i całej reszcie. "Ale nie cieszcie się za wcześnie. Niewykluczone, że za pół roku znów się spotkamy, a ja będę miał wtedy kolejny Puchar Europy z Realem i drugi mundial z Hiszpanią".

Marzenia się spełniają. Iker o tym wie. Nawet takie, których nie śmiałby wypowiedzieć, kiedy mając 10 lat zaczynał treningi w "La Fabrica". To, co się potem stało przeszło wszelkie oczekiwania chłopaka z Mostoles. Ławka nie jest miejscem dla niego, ale bilans futbolowych zysków i strat przemawia bezwzględnie na jego korzyść. Kiedyś peruwiański pisarz Jose Maria Arguedas stwierdził, że najwyższą wartość mają łzy radości cierpiącego. Casillasowi i Del Bosque zostało ich jeszcze trochę.

Reklama

Porozmawiaj o artykule na blogu autora

Dowiedz się więcej na temat: Xavi Hernandez

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje