Reklama

Reklama

Hernani Jose da Rosa: Mój syn jest jak Kevin de Bruyne

Nie każdy wie, że Hernani Jose da Rosa mógł zagrać dla Polski w finałach Euro 2012. Wysiłki ku temu storpedowało... brazylijskie wojsko, do którego go wcielono. Niewykluczone jednak, że ta historia doczeka się zaskakującego finału. Któregoś dnia jej ostatni rozdział może dopisać Erick – syn naszego bohatera.

Hernani to Brazylijczyk. Przybył nad Wisłę w 2004 roku. W piłkarskiej Ekstraklasie - w barwach Górnika Zabrze, Korony Kielce i Pogoni Szczecin - rozegrał w sumie 220 meczów i zdobył pięć bramek. Pełnił rolę środkowego obrońcy. Ostatni występ zanotował przed pięcioma laty. Dziś ma 36 lat. Kopie jeszcze piłkę, ale już tylko półamatorsko.

Jego kariera mogła się potoczyć inaczej, gdyby udało się zrealizować ambitny scenariusz sprzed blisko dekady. Hernani przymierzany był wówczas do reprezentacji Polski - sposobiącej się do finałów Euro 2012. Złożone zostały stosowne dokumenty i sprawa szybko zaczynała nabierać rozmachu.

Reklama

Coś tu nie gra

Impet wyhamowały jednak bariery urzędnicze. - W Brazylii na każdym mężczyźnie spoczywa obowiązek służby wojskowej - wspomina Hernani w rozmowie z Interią. - Żeby tego uniknąć, piłkarze składają oświadczenie, że nie umieją pisać i czytać. To bardzo częsta praktyka. Dzięki temu mogą zająć się spokojnie futbolem. Zrobiłem to samo, ale... miałem jednocześnie średnie wykształcenie, więc ktoś tam w wojsku uznał, że coś tu nie gra.

Armia okazała się więc "wąskim gardłem" w całej operacji i ostatecznie Hernani w biało-czerwonych barwach nigdy nie zagrał. Polskie obywatelstwo otrzymał w 2011 roku. Od siedmiu lat był już wtedy związany z Anną. Ślub cywilny wzięli w naszym kraju, kościelny zorganizowali w Brazylii. Ceremonia odbyła się w miejscowości Antonio Carlos - to w wyspiarskim regionie Fliorianapolis.

- Fantastyczne krajobrazy - mówi Hernani. - Przyjeżdża tam często odpocząć na plaży Neymar, widziałem też Daniego Alvesa. Uciekają z Copacabany. W Rio bywa po prostu niebezpiecznie.

PSG już czeka

Polsko-brazylijska para to dzisiaj rodzice dwojga pociech. Erick ma dziewięć lat, Sara jest trzy lata młodsza. Czy syn kopie piłkę? Mało powiedziane. Już teraz widać, że na futbolowym szlaku może zajść dalej niż tata.

- Ma świetny przegląd pola, jest dobry technicznie, prowadzi piłkę i strzela obiema nogami - wylicza z dumą senior rodziny. - Ma zadatki na dobrego środkowego pomocnika. Kiedy na niego patrzę, przypomina mi Kevina de Bruyne. Jak trochę podrośnie, przejdzie testy w PSG. Temat mam już nagrany przez przyjaciela, który dobrze zna trenera grup młodzieżowym w tym klubie.

Kto oszlifuje brylant?

Testy w PSG to "gruby" temat. Skoro tak, może do tego czasu utalentowanym chłopakiem zainteresuje się któryś z polskich klubów? Hernani od pięciu lat mieszka w Krakowie. Jego syn do tej pory trenował w akademii u Arkadiusza Radomskiego i Andrzeja Niedzielana.

- Mieliśmy jednak problem z dotarciem na Nową Hutę o właściwym czasie - tłumaczy tata. - Zajęcia odbywały się o takiej porze, kiedy akurat tamta część miasta jest całkowicie zakorkowana. Musieliśmy więc zrezygnować. Co teraz? Słyszałem, że dobra jest szkółka Arka Głowackiego. A niewykluczone, że spróbujemy w Wiśle albo Cracovii. W tej chwili trochę bardziej skłaniałbym się raczej do tej drugiej opcji, ze względu na stabilniejszą sytuację organizacyjną.

Erick mieszka dwa kilometry od krakowskich Błoń. Miałby do obu markowych klubów blisko. Czy któryś z nich przekona go do siebie, zanim decyzję podejmie jego ojciec?

Mała Sara też nie stroni od sportu. Trenowała do niedawna capoeirę, ale przerzuciła się na balet, którym jest zafascynowana. Żona Anna prowadzi w Krakowie własną agencję reklamową. - Czasem pomagam - zaznacza z uśmiechem głowa rodziny. - Sam coś rysuję lub projektuję. Lubię to robić. Zdarza się, że mamy wspólne wizje.

Małżonka udziela również lekcji języka portugalskiego. Głównie on-line. Chętnych nie brakuje.

- Dzieci na co dzień mówią po polsku - dodaje Hernani. - Ericka zaczęliśmy uczyć portugalskiego, na razie 30 minut dziennie. Ale sporo sam już rozumie. Kiedyś nabroił coś w szkole. W domu rozmawiałem o tym z żoną w moim języku. Zrozumiał, o czym mówimy. Podszedł i sam wytłumaczył się ze wszystkiego.

Na tropie Raioli

Czym zajmuje się dzisiaj sam Hernani? Nie zawiesił butów na kołku, ale gra już tylko półamatorsko. Ostatniej jesieni bronił barw IV-ligowego Glinika Gorlice. Wiosną miał pomóc Barciczane Barcice obronić się przed spadkiem w tej samej klasie rozgrywkowej.

Na poważnie zamierza się zająć menedżerką. Ma w tej branży sporo cennych kontaktów. Najcenniejszy z nich to Gabriele Tubaldo - ten sam, który do elity futbolowych agentów wprowadził Mino Raiolę. A akurat tego pana bliżej przedstawiać nie trzeba. Z samych prowizji inkasuje rocznie kilkadziesiąt milionów dolarów. To zasługa zaufania ze strony zawodników pokroju Ibrahimovicia, Pogby, Lukaku czy de Ligta.

Step by step

- Na razie zaczynam spokojnie od niższych szczebli rozgrywkowych w Polsce - opowiada Hernani. - Gdybym jako menedżer chciał się sprawdzić za wysoko, mogłaby mi się powinąć noga. Zrobi się wtedy raban wokół mojej osoby, a to nie jest potrzebne. Wolę osiągać cele małymi krokami. Step by step.

Nasz rozmówca uczy się pilnie włoskiego i powoli rezygnuje z pozamenedżerskich aktywności biznesowych. W Brazylii ma sklep ze sprzętem sportowym. Zamierza go zamknąć, bo coraz trudniej interesu doglądać. A na dodatek po szalejącej pandemii o zysk będzie niełatwo. Zostanie mu kilka nieruchomości w ojczyźnie. To zawsze dobra inwestycja.

"Lewy" ojcem chrzestnym?

Na brazylijskiej ziemi nie postawił stopy od siedmiu lat. Sara poznała rodziców ojca tylko przez Skype'a. Erick w Kraju Kawy był już dwa razy. Wie i rozumie, że futbol traktowany jest tam jak religia. Czy kiedyś stanie się piłkarzem znanym w Europie i Ameryce Południowej? A jeśli tak, to jakie barwy narodowej założy?

- Będzie musiał zdecydować sam - odpowiada Hernani. - Do kopania piłki też nigdy go nie namawiałem. Ja zacząłem trenować, bo bardzo to kochałem. On też musiał poczuć to sam, w sercu. Trochę pomógł mu w tym Robert Lewandowski, którym był zafascynowany. Miał go wszędzie - na koszulce, na plecaku, na długopisach. Tak się to zaczęło. Zobaczymy, jak się dalej potoczy. Na razie można powiedzieć jedno - "Lewy" wykonał świetną robotę.

Łukasz Żurek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL