Reklama

Reklama

Gwiazdy futbolu na ścieżce od uwielbienia do nienawiści

Od uwielbienia do nienawiści - ta droga w futbolu jest zadziwiająco krótka.

Nawet Mourinho o mało nie trafił przez niego do psychologa

Mario Balotelli budzi skrajne emocje - można go kochać lub nienawidzić. Jego biografia przypomina jazdę na kolejce górskiej. Niezmienne w jego przypadku jest tylko jedno - żelazna konsekwencja, z jaką pakuje się w kłopoty. Kibice śmiali się, gdy odpalił fajerwerki w łazience czy nie potrafił ubrać znacznika na treningu, ale Mario ma tak wielką naturalną zdolność wkurzania innych, że podpadł wszystkim - od rywali, przez trenerów i kolegów z drużyny po kibiców, i to własnych. Tak jest w każdym klubie.

W Interze Mediolan ciężkie życie miał z nim sam Jose Mourinho ("W końcu trafię do psychologa" - miał powiedzieć trener). W Manchesterze City długo bronił go Roberto Mancini. Wybaczał kolejne wyskoki (imprezy przed meczami, rozbijane samochody, papierosy czy rzucanie lotkami w juniorów), ale i jego cierpliwość w końcu się wyczerpała. Szansą dla piłkarza miał być transfer do Milanu, do kibicowania któremu przyznał się jeszcze jako zawodnik Interu. Świetnie przyjął się, ale gdy zespół zaczął grać słabo, to jego kiepska gra raziła fanów najbardziej. Na San Siro mieli go już dość.

Reklama

Po nieudanym dla Włochów mundialu szef Milanu Silvio Berlusconi rozpaczał publicznie, że to on jest największym przegranym, bo teraz nikt nie kupi Balotellego. W końcu jednak udało mu się go sprzedać, choć trzeba było sporo zejść z ceny.

Brutal cytujący filozofów

Media na Wyspach regularnie zamieszczają notowania w plebiscycie na najbardziej znienawidzonego piłkarza. Zwycięzcy się zmieniają, ale Joey Barton od dłuższego czasu zawsze jest w czołówce. Karierę w Manchesterze City rozpoczynał w imponujący sposób, ale systematycznie aktualizując listę wybryków, rozmienił swój wielki talent na drobne.

Jeszcze jako piłkarz "The Citizens" zgasił cygaro w oku jednego z kolegów i to podczas wigilijnej kolacji. Później brutalnie pobił kolegę na treningu. Dostał za to wyrok czterech miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wielokrotnie wdawał się bójki z kibicami, a na prowokacje odpowiadał w ten sam sposób, jak choćby podczas meczu z Evertonem, gdy ściągnął spodenki i wypiął tyłek w kierunku fanów rywali. Otwarcie przyznał się do alkoholizmu. Podczas jednej z imprez w Liverpoolu napadł i pobił nastolatka tak dotkliwie, że tym razem trafił już do więzienia. Odsiedział dwa miesiące. 

Równie brutalny potrafi być wobec rywali na murawie. Podczas meczu z Reading, gdy na murawie leżał kontuzjowany przeciwnik, Barton celowo nadepnął mu korkami na krocze! Premier League opuścił po skandalu w ostatnim meczu sezonu 2011/2012, gdy w starciu ze swoją byłą drużyną - Man City uderzył łokciem bez piłki Carlosa Teveza, a gdy zobaczył czerwoną kartkę, to jeszcze zanim zszedł do szatni, kopnął kolanem Sergio Aguero, a następnie głową uderzył Vincenta Kompany'ego. W efekcie został zawieszony na 12 meczów. Przeniósł się do Olympique Marsylia, gdzie nie przestaje szokować atakując m.in. Neymara czy Thiago Silvę.

Kłócił się z trenerami, publicznie podważył szkoleniowe umiejętności Aleksa Fergusona, a reprezentację Anglii nazwał gównem. Cytuje przy tym wielkich filozofów i mocno wierzy w swoją rolę jako mentora kształtującego opinię społeczną na tematy daleko wykraczające poza futbol.

Miał być gwiazdą mundialu, a został wrogiem publicznym

Drogę od bohatera narodowego do wroga publicznego nr 1, i to zaledwie w ciągu roku, przeszedł ostatnio brazylijski napastnik Fred. We francuskiej ekstraklasie nie błyszczał, ale po powrocie do Brazylii strzelał dla Fluminense po dwadzieścia goli w sezonie. Luiz Felipe Scolari konsekwentnie stawiał na niego w kadrze. Jeszcze przed rokiem noszono go na rękach, gdy wbił dwa gole Hiszpanom w finale Pucharu Konfederacji. Fani zaczęli wierzyć, że może zostać jedną z największych gwiazd mundialu. Stało się jednak inaczej.

"Canarinhos" nie błyszczeli na mistrzostwach, podczas których jako gospodarze mieli wywiązać się z roli faworytów i zdobyć szósty Puchar Świata. Brazylijczycy nie mieli wątpliwości, kto jest winny - na Freda spłynęła lawina krytyki, kpin i pogróżek. To jego uznano głównym winowajcą, choć przecież nie tylko przez niego Brazylia przegrała z Niemcami aż 1-7.

Nie miało znaczenia, że trzy ostatnie miesiące ubiegłego roku stracił z powodu ciężkiej kontuzji. Nie odzyskał formy, a mimo to Scolari uparcie na niego stawiał aż do 70. minuty półfinału z Niemcami.

Po mundialu czuł się zaszczuty i nie pozostało mu nic innego, jak tylko ogłosić koniec reprezentacyjnej kariery.

W Polsce kandydaci na idola też nasłuchali się gwizdów

W naszej lidze też nie brakowało dobrych piłkarzy, których najpierw uwielbiano, a potem znienawidzono. Gdy Dariusz Dziekanowski przechodził do Widzewa za oszałamiającą kwotę 21 mln zł, kibice mieli wobec niego wielkie oczekiwania. Nie sprostał im i gdy sfrustrowany udzielił ostrego wywiadu Jerzemu Chromikowi ze "Sportowca", stał się w Łodzi wrogiem nr 1. Jego odejście z Widzewa było przesądzone.

Ryszard Staniek dostał gwiazdorski kontrakt w Legii, ale trzeci sezon w warszawskim klubie był dla niego piekłem. Zespół nie grał już tak jak w poprzednich sezonach, za co największe pretensje kibice mieli do Stańka. Regularnie musiał wysłuchiwać obelg i pogróżek.

W smutnych okolicznościach Wisłę Kraków opuszczał Patryk Małecki. Charakterny chłopak, który talentem i ciężką pracą brnie do sukcesu pomimo przeciwnościom losu to idealny kandydat na idola, ale "Mały" sam skreślił się z Wisły. Na równi z grą uważał za swój obowiązek manifestowanie miłości do "Białej Gwiazdy". Prowokował przy tym kibiców innych zespołów. Dolewał oliwy do ognia podkreślając, że wcale nie dziwi się, że go nienawidzą. Chętnie brał na siebie ten ciężar wychodząc z założenia, że koledzy z drużyny będą mieć lżej, jeśli fani rywali skupią się na wyzywaniu go.

Poczucie szczególnej misji wzięło w nim górę nad grą w piłkę - wysyłał część kibiców na drugą stronę Błoń, pyskował trenerom i siał ferment w szatni. Toczył swoją wojnę otwierając coraz więcej frontów. Próbował wejść w buty szefów, trenerów i kibiców, a zapomniał po co nosi korki.

To smutne przykłady, zwłaszcza że dotyczą piłkarzy o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Mimo wszystko można wyciągnąć z nich optymistyczny wniosek - w świecie, w którym wyżej od fachowców stoją akcje celebrytów, są jeszcze strefy, w których nic nie zastąpi umiejętności. Chcąc odnieść sukces w futbolu, nie musisz być filozofem i sumieniem narodu. Nie potrzebujesz drogich ciuchów i wymyślnej fryzury. Nie musisz nawet głośno zapewniać o miłości do klubu. Wystarczy, że świetnie grasz w piłkę.

Autor: Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje