Reklama

Reklama

Grzegorz Piechna, czyli piłkarz - meteor

Niespełna miesiąc temu reprezentacja Polski uległa w spotkaniu towarzyskim Estonii 0-1, tracąc bramkę w samej końcówce. Niemal siedem lat wcześniej, w meczu z tym samym rywalem swój jedyny występ w kadrze zaliczył piłkarz, którego historia śmiało mogłaby być tematem na film. Pojawił się znikąd, wszedł na szczyt i zniknął. Grzegorz Piechna. Superstrzelec, będący kiedyś... dostawcą wędlin.

Niespełna miesiąc temu reprezentacja Polski uległa w spotkaniu towarzyskim Estonii 0-1, tracąc bramkę w samej końcówce. Niemal siedem lat wcześniej, w meczu z tym samym rywalem swój jedyny występ w kadrze zaliczył piłkarz, którego historia śmiało mogłaby być tematem na film. Pojawił się znikąd, wszedł na szczyt i zniknął. Grzegorz Piechna. Superstrzelec, będący kiedyś... dostawcą wędlin.

Pamiętają "dumę ligi"

Istnieją piłkarze, którzy grali w Ekstraklasie blisko dwie dekady a mimo to niewielu o nich  pamięta. W swoich klubach są oni ikonami, jednak poza nimi praktycznie nie istnieją. "Kiełbasa" nawet dziś, po blisko pięciu latach od ostatniego występu w najwyższej klasie rozgrywkowej jest dobrze rozpoznawany, a piosenka nagrana na jego cześć przez kolegów z drużyny do dzisiaj bije rekordy popularności na You Tube. I nic dziwnego, bo drugiego takiego zawodnika trudno znaleźć.

Perła w Koronie

Jest 20 sierpnia 2005 roku. Korona Kielce podejmuje na swoim boisku Polonię Warszawa. Wygrywa 3-2 i zapisuje pierwsze w historii występów w najwyższej klasie rozgrywkowej trzy punkty. Hat-tricka w tym spotkaniu uzyskuje zawodnik, który za nieco ponad pół roku zdobędzie koronę króla strzelców. Oglądając teraz, po blisko pięciu latach od tego spotkania, skrót meczu imponuje łatwość i wszechstronność, z jaką Piechna zdobywał gole. Pierwsze trafienie - dojście w tempo do dośrodkowanej piłki i strzał głową. Drugie - lekki, ośmieszający wręcz strzał pomiędzy leżącym bramkarzem a nadbiegającym defensorem. Trzeci - pewnie wykonana "jedenastka".

Również i w kolejnych meczach zdobywanie goli przychodziło mu równie łatwo. Do końca sezonu 2005/2006 uzbierał ich aż 21. Więcej od tamtej pory udało się w jednym sezonie strzelić tylko Pawłowi Brożkowi i Artjomowi Rudniewowi, a to nazwiska, które budzą w naszej lidze respekt.
Wspomniany sezon 2005/2006 był zresztą zarówno dla Piechny, jak i dla kieleckiej Korony najlepszym w historii. Tytuł króla strzelców pozwolił napastnikowi na wyjazd za granicę. Ale po kolei.

Autostrada na szczyt

Jak to bywa w przypadku świetnych piłkarzy, cała historia zaczęła się niepozornie. Piechna  do szturmu na futbolowe salony startował w Modrzewiance Modrzew, klubie z okolic Tomaszowa Mazowieckiego. Następnie przeniósł się do tamtejszej Pilicy, by stamtąd wywędrować na początku sezonu 1997/1998 do ekipy Woya Bukowiec Opoczyński. Sponsorowany wtedy szczodrze przez zakłady mięsne klub był jednak dla Piechny jedynie krótkim przystankiem. Zresztą już wtedy nie przystawało mu mierzyć się z obrońcami o tak niskich umiejętnościach. Dość powiedzieć, że w całym sezonie zdobył dla swojej ekipy aż 54 gole!

Poza zdobywaniem bramek w Bukowcu zajmował się także... rozwożeniem wędlin. To właśnie wtedy przylgnął do niego słynny pseudonim "Kiełbasa". Firma Woy wypuściła kilka lat po tym, na fali sukcesów napastnika w Koronie Kielce, nowy wyrób - "Kiełbasę futbolową Piechny").
Sezon następny Grzegorz rozpoczął już w klubie z odrobinę większymi aspiracjami - Ceramice Opoczno. Występujący wtedy w II lidze zespół nie był jednak miejscem, gdzie gwiazda napastnika miała rozbłysnąć pełnym światłem. Zaowocowało to przenosinami do Pelikana Łowicz, a następnie Ceramiki Paradyż. W czwartoligowym klubie dwudziestopięcioletni już gracz został dwukrotnie królem strzelców, budząc zainteresowanie budującego futbolowe imperium w maleńkiej wiosce Henryka Koniecznego. Trzecioligowe Heko, którego był właścicielem, okazało się dla Piechny szczęśliwym, choć krótkim epizodem. Z 54 bramek zdobytych w całym sezonie przez zespól, łupem "Kiełbasy" padło aż 24.

Reklama

Spotkanie z Koroną

Heko, w sezonie 2003/2004 zajęło w lidze trzecie miejsce. Grupę południowo-wschodnią wygrała zaś Korona, której właściciel - Krzysztof Klicki planował już "tygrysi skok" na Ekstraklasę. Do zrealizowania swoich zamierzeń potrzebował jednak przede wszystkim skutecznego napastnika. Niemłody już wtedy, lecz zabójczo skuteczny Piechna wydawał się idealnym wyborem. Przypuszczenia potwierdziły się. Tym razem II liga nie była już zbyt wysokim progiem dla nóg "Kiełbasy", który wraz z całą drużyną z Kielc przeparadował przez nią z mocnym przytupem. Ustrzelił 17 bramek, co i tak było najlepszym wynikiem sezonu. Do zdobycia pozostała Piechnie już tylko jedna korona: króla strzelców Ekstraklasy. Niepozorny zawodnik zbliżał się do apogeum swojej kariery.

Ludzie kochają Piechnę

I tak dotarliśmy do pamiętnego sezonu 2004/2005, który to był tak naprawdę teatrem jednego aktora. Tytuły ligowca i odkrycia roku w plebiscycie "Piłki Nożnej", dwa piłkarskie Oscary od Canal+, nagroda Fair Play... Istna "piechnomania", podobna do fascynacji Adamem Małyszem. Zresztą, "Kiełbasa" był do Orła z Wisły całkiem podobny: skromny, małomówny...  nie pasujący do wielkiego futbolu, przeżeranego już wtedy komercją, która skutecznie maskowała korupcyjne machlojki.

Zdobywane tytuły nie zawróciły mu w głowie. Jak wielu podkreślało, nadal pozostał on tym samym człowiekiem. "Osiągnął sukcesy sportowe, a przy tym nie zapomniał o swoich bliskich, szkole, zwykłych czynnościach życiowych" - mówił o nim Ryszard Parulski, ówczesny wiceprezes PKOL, uzasadniając jego nominację do nagrody Fair Play. Piechna nie pragnął błysków fleszy, wywiadów, występów w telewizji. On zwyczajnie chciał być nadal skromnym graczem z ligi okręgowej, dla którego futbol to tylko hobby. Hobby, którego uprawianie szło mu jednak nadzwyczaj dobrze.
"Kiełbasa", "Janosik" i cienie Akropolu
Kulminacyjnym momentem kariery Piechny był wspomniany we wstępie występ w kadrze Pawła Janasa. "Janosik" nie był entuzjastą powołania do kadry trzydziestolatka, jednak presja mediów najzwyczajniej wymogła na nim tę decyzję. W 46. minucie spotkania z Estonią wprowadził Piechnę na murawę. Ten na kilka minut przed zakończeniem meczu ustalił jego wynik na 3-1 dla Polski pięknym strzałem w prawe okienko.
Fenomenalny rok w wykonaniu bohatera artykułu zaowocował rzecz jasna transferem za granicę. Padały informacje o Birmingham City, jednak ostatecznie Korona zdecydowała się wypuścić swojego superstrzelca na wschód, do Torpedo Moskwa. Tam Piechna wytrwał tylko rok, po czym powrócił do kraju. Występował na zapleczu Ekstraklasy, w Widzewie Łódź i Polonii Warszawa, ale był już tylko cieniem samego siebie sprzed dwóch lat. Zaliczył też krótki okres w Kolejarzu Stróże u Stanisława Koguta, lecz i stamtąd zmuszony był odejść, stając się kozłem ofiarnym niepowodzeń zespołu.

Potem bywało różnie: powrót do Ceramiki Opoczno, wyjazd do greckiego trzecioligowca czy ponowne występy w Woyu Bukowiec. Obecnie trzydziestosześcioletni już napastnik występuje w Lechii Tomaszów Mazowiecki, gdzie po sześciu kolejkach jest... liderem klasyfikacji strzelców. Czyżby więc wielki powrót?
Jak widać, nie dla wszystkich piłkarzy życiową ambicją jest zarabianie pieniędzy. Przecież Piechna, gdyby tylko chciał, mógłby zarabiać kopiąc w piłkę za granicą. On jednak woli grać w oddalonym od rodzinnego Opoczna o 25 kilometrów Tomaszowie. Dawać kibicom przyjemność oglądania człowieka, który mimo prawie "czterdziestki" na karku wciąż jest nie do upilnowania dla obrońców.
Woli pokazywać, że to nie pieniądze są w życiu najważniejsze.

Tomasz Czernich



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL