Reklama

Reklama

Gary Speed, selekcjoner reprezentacji Walii, popełnił samobójstwo dziewięć lat temu

27 listopada 2011 roku był smutnym dniem dla futbolu. Odszedł jeden z najporządniejszych piłkarzy, świetnie zapowiadający się trener - Gary Speed.

Gdy doszło do tragedii, śmierć byłego zawodnika Leeds United przyniosła refleksję o coraz większej liczbie samobójstw ludzi związanych ze sportem. Dwa lata wcześniej skończył ze sobą Robert Enke, również w listopadzie 2011 roku próbował sędzia Babak Rafati... 

Depresja i samobójstwo nigdy nie są logiczne, ale powiedzmy, że dwóch powyższych miało motywy: pierwszy długo leczył się na depresję, drugi, obwołany "najgorszym sędzią Bundesligi", żył w stresie. Ale Speed? Gary Speed? Przed reprezentacją Walii, którą Speed osierocił (obok dwóch synów), rysowały się najlepsze od lat perspektywy, co zresztą stało się faktem na francuskim Euro w roku 2016. Miał ledwie 42 lata, całe życie było przed nim albo pół, jak żartują osoby w średnim wieku.

Reklama

Fani "Cymru" dzielili się na cztery kategorie:
a) ci, którzy uważali go za najprzystojniejszego selekcjonera;
b) ci, którzy uważali go za najgrzeczniejszego selekcjonera;
c) ci, którzy uważali go za najlepszego selekcjonera;
d) kombinacja trzech powyższych.

Niepisane prawo mówi, że o zmarłych mówi się wyłącznie dobrze. Gary’ego Speeda ta reguła nie obowiązuje. O nim mówi się dobrze nie dlatego, że nie żyje, tylko dlatego, że był dobrym człowiekiem.

Przejrzałem internet - nie tylko nekrologi, ale również archiwalne zasoby - i nigdzie nie znalazłem negatywnej informacji na jego temat. W Swansea, przed meczem z Aston Villą, minuta ciszy po jakichś pięciu sekundach zmieniła się w burzę oklasków na stojąco...

Gary Speed był prawdziwym dżentelmenem, co jest rzadkością wśród dzisiejszych sportowców. Gdy był piłkarzem klubu, któremu kibicował w dzieciństwie, Evertonu, poważali go fani Liverpoolu; gdy grał w Newcastle, szanowali w Sunderlandzie; gdy wypłynął na szerokie wody w Leeds, nawet fani Manchester United nie dali rady go nie lubić. Tak, tak... To nie pomyłka - Leeds i Man Utd to wielcy rywale, mimo że "Pawie" na jakiś czas obniżyły loty. Teraz z Marcelo Bielsą (i Mateuszem Klichem!) znów wzbiły się na należny poziom.

Znani sportowcy dorastają razem z nami. Gary’ego Speeda "poznałem" w barwach Leeds United na początku lat 90. "Pawie" wygrały mistrzostwo Anglii w 1992 r., w ostatnim sezonie, gdy pierwsza liga nazywała się tak, jak powinna się nazywać - "First Division". Na ostatniej prostej Leeds niespodziewanie wyprzedzili Man Utd. To był ostatni sezon przed utworzeniem Premier League.


Ach, co to była za drużyna! W bramce John Lukic. W środku obrony czarnoskórzy Chris Fairclough i Chris Whyte, Mel Sterland i Tony Dorigo na bokach. W pomocy, w środku, Szkoci Gordon Strachan i Gary McAllister, Anglik David Batty i Gary Speed właśnie. W ataku Lee Chapman i (uwaga!) Éric Cantona, który potem zdradził i odszedł do "Czerwonych Diabłów". Armadą dowodził Howard Wilkinson, który zapytany po śmierci Speeda w radiu o to, jak się czuje, nie mógł wydusić słowa...

Oczywiście nie będę udawał, że znałem Speeda osobiście, ale powiedzmy, że znam kogoś, kto zna kogoś, kto go znał. Ta osoba miała okazję często pracować przy medialnej obsłudze reprezentacji Walii, wtedy gdy Walijczyk w niej grał, jak i gdy został jej selekcjonerem. Do ostatniej chwili Gary był w świetnej formie, zawsze uśmiechnięty, zawsze dostępny dla mediów, mogący bez końca rozdawać autografy dzieciom. A on po prostu idealnie ukrywał swoje problemy. Jego matka, Carol mówiła o nim jako: "Glass half-empty person", czyli "osoba, dla której szklanka była do połowy pusta". Ale czy to powód, by kończyć ze sobą? A propos szklanek, wypada wychylić jedną szkockiej za pamięć Walijczyka...

Maciej Słomiński

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje