Reklama

Reklama

Franciszek Smuda: Boruc dla mnie nie istnieje

- Nie dostałem żadnego ultimatum od prezesa PZPN. Nikt mi nie mówił, że w razie złych wyników w sparingach z Argentyną czy Francją mogę zostać zwolniony - mówi selekcjoner reprezentacji Polski Franciszek Smuda w wywiadzie dla INTERIA.PL.

INTERIA.PL: Wyobraźmy sobie, że pana droga na Euro 2012 to dziesięć stopni. Na którym jest pan dzisiaj?

Franciszek Smuda, selekcjoner reprezentacji Polski*: - Na ósmym. No, może siódmym. Jeszcze trzy trzeba pokonać. Zakończyłem już selekcję, teraz muszę przygotować drużynę do wyjścia z grupy na mistrzostwach. Nie zostało dużo czasu. Obliczyłem, że przez te 17 miesięcy pracy przeprowadziłem z drużyną średnio cztery treningi w miesiącu. Z czego zawsze ten pierwszy leciutki, bo wypada tuż po przyjeździe piłkarzy na zgrupowanie. Do mistrzostw zostało 12 miesięcy. 48 treningów, tyle, ile trener w klubie może przeprowadzić w 1,5 miesiąca. A więc czasu jest bardzo mało.

Reklama

I wciąż sporo kłopotów kadrowych. Jak będzie wyglądała defensywa reprezentacji Polski?

- Z tym faktycznie jest kłopot. Zawsze żartowaliśmy, że obrońców jest w Polsce tylu, ile drzew w lesie. Brakowało graczy dobrych technicznie, kreatywnych, ale obrońców zawsze mieliśmy. Dziś ich nie ma. Dziennikarz mnie pyta: kogo widzę na pozycji stopera? Ja mu odpowiadam pytaniem: a kogo pan widzi? On milczy. Jesteśmy na meczu ligi polskiej, gdzie w obu drużynach jest w sumie sześciu Polaków, z czego ani jednego środkowego obrońcy.

To dla pana niespodzianka? Zanim został pan trenerem kadry, pracował pan w lidze polskiej 16 lat. Czyli potencjał polskiej piłki znał pan bardzo dobrze.

- Dopóki tej roboty nie dotknąłem własnymi rękami, nie zobaczyłem tego od kuchni, to nie wiedziałem wszystkiego. W klubie można dużo wytrenować, krok po kroku iść w górę, tak jak w Lechu, kiedy pod koniec mojej pracy drużyna grała bardzo dobrze. W kadrze na pewne rzeczy nie ma czasu. Selekcjoner ma średnio 4 treningi w miesiącu, przy czym ten pierwszy specyficzny, bo zawodnicy zjeżdżają na zgrupowanie, więc trudno im od razu dać w kość.

Krytycy zarzucają panu, że pozbył się z kadry graczy z charyzmą, a zostawia samych grzecznych chłopców, bez doświadczenia na wielkiej imprezie, których Euro 2012 może przerosnąć.

- Piłkarze, którzy zostali po Leo Beenhakkerze, byli jak wyciśnięta cytryna - wiekowi, rozbici. Przecież tę grupę, którą mieli w eliminacjach MŚ w RPA, można było przejść grając w kaloszach. Musiałem odmłodzić drużynę, choćby po to, by kolejny selekcjoner, który stanie do eliminacji mundialu w Brazylii, nie dostał spalonej ziemi, tak jak ja. Przebudowa drużyny to nie była moja fanaberia, byłem na to skazany. Każdy inny trener musiałby w tym momencie zrobić to samo.

Ale pana rozliczą za Euro 2012, a nie za to, co pan po sobie zostawi kolejnemu trenerowi. On i tak być może powie, że musi zacząć od zera. Tak mówi każdy kolejny trener naszej kadry.

- Chcę być w tej pracy uczciwy. Dać z siebie wszystko, zbudować zespół, w który wierzę, z którym można coś osiągnąć. Jestem świadomy, że zostanę rozliczony za swoją pracę. Umówiłem się z prezesem Lato uczciwie. Jeśli na Euro 2012 wyjdziemy z grupy, mam prawo zostać, jeśli nie, jestem zwolniony. Prawidłowo. Wierzę jednak, że awansujemy do II rundy mistrzostw.

Wierzy pan, że wszyscy ci gracze, których pan wybrał, dorośli do Euro 2012?

- Muszę wierzyć, bo innych nie mam. Za rok będą bardziej doświadczeni. Chłopaki z Dortmundu: Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski zobaczą, co to Liga Mistrzów, zagra w niej też Obraniak, który został mistrzem Francji. To są piłkarze o sporym potencjale.

Mówi pan o kłopotach z obrońcami. Czy nie przyszło panu do głowy, że może z tym pożegnaniem Michała Żewłakowa trochę się pan pospieszył?

- Absolutnie nie. Przeanalizowałem wszystkie spotkania, jakie u mnie rozegrał, i uznałem, że tej drużynie na Euro nie pomoże.

Czyli nie była to decyzja dyscyplinarna, związana z osławionym piciem wina w samolocie, którym wracaliście z tournee po USA?

- To była decyzja czysto sportowa.

Czy istnieje dla pana ktoś taki jak Artur Boruc?

- Nie istnieje.

Słyszał pan o Polskiej Partii Przyjaciół Boruca? Wielu ludzi w Polsce wciąż uważa go za bramkarza nr 1 w kraju, a także gracza charyzmatycznego, zdolnego pociągnąć drużynę do sukcesu.

- Swoją charyzmę pokazał w eliminacjach MŚ w RPA, które zawalił. A mnie chodzi o piłkarzy, którzy dają przykład na boisku. Takich jak choćby Kuba Błaszczykowski. Albo takich jak Wojtek Szczęsny, który w Arsenalu broni dobrze i ma dopiero 20 lat. Czy można zrobić krzywdę Wojtkowi, odstawiając go od drużyny na rzecz kogoś, kto nie tylko u mnie w kadrze zajmował się balowaniem?

Gdyby jednak Boruc wciąż był najlepszy w kraju? Kadra to przecież nie jest miejsce wyłącznie dla grzecznych chłopców...

- Odłożę na chwilę na bok sprawy dyscyplinarne i powiem panu tak: Boruc nie jest najlepszym bramkarzem w Polsce. Mamy na tej pozycji taką konkurencję, że przed Euro 2012 jestem absolutnie spokojny.

A propos piłkarzy grzecznych. Na kapitana wybrał pan Kubę Błaszczykowskiego: dobry piłkarz, inteligentny człowiek, ale czy nie za spokojny na lidera drużyny?

- Chciałby pan silnego, ale głupiego? Kuba to najlepszy kapitan, jakiego możemy mieć. Wzór zaangażowania, pracowitości i poświęcenia dla drużyny. Podejmowałem już decyzje, których nie byłem pewien na 100 proc., ale wybór Kuby na kapitana jest bezdyskusyjny.

Nie miał pan wątpliwości co do tego, czy zamieszany w korupcję Łukasz Piszczek powinien grać w drużynie narodowej? Niby walczy pan o dyscyplinę w kadrze, ale kiedy piłkarz jest potrzebny, wybacza mu pan wszystko.

- Nie miałem cienia wątpliwości, bo zarzut korupcyjny wobec Łukasza dotyczył jednego meczu. Gdyby dotyczył 128, wtedy Piszczek u mnie by więcej nie zagrał.

Manuel Arboleda? Temat w ogóle istnieje?

- Zrobiliśmy Rogera Polakiem po dwóch latach pobytu w kraju. Tymczasem Arboleda mieszka tu wystarczająco długo, by dostał paszport w normalnym trybie. Kiedy gra dobrze, wszyscy krzyczą: "Do kadry!", kiedy gra źle, natychmiast się o nim zapomina. Fakt, Arboleda jest ostatnio w słabej formie, ale cały Lech jest w słabej. Dla mnie to jednak wciąż zawodnik o potencjale odpowiadającym wymaganiom mojej drużyny.

Patryk Małecki?

- Gdyby Małecki był stoperem, to bym się chwili nie zastanawiał. Na razie jednak Sławek Peszko i Kuba Błaszczykowski, czyli rywale na jego pozycji, są w lepszej formie. Powiedziałem Małeckiemu, co ma poprawić, żeby do kadry trafić. Musi grać bardziej zespołowo i więcej pracować w defensywie. Ja wciąż go obserwuję i biorę pod uwagę przy powołaniach. Przed powołaniem jest tak, że wszyscy krzyczą: "Dlaczego trener nie wziął tego, czy tamtego?", ale jak jest porażka, to winny jest tylko jeden - ja.

Krytyka panu ciąży?

- Merytoryczna nie. Ale przyznam, że te 17 miesięcy pracy w reprezentacji zmieniło moje podejście do dziennikarzy. W klubie jest ich zwykle 5-7 zainteresowanych tym, by klub odnosił sukcesy. A więc trener i dziennikarz chcą właściwie tego samego. Przy kadrze jest dziennikarzy 200, a duża część chce wyłącznie wywoływać destrukcyjne sensacje. Dlatego stałem się ostrożniejszy, już nie mówię wszystkiego dziennikarzom, bo jest to wykorzystywane potem przeciwko mnie i drużynie. Irytują mnie np. takie twierdzenia, że drużyna Smudy ciągle przegrywa, podczas gdy w ośmiu ostatnich meczach przegraliśmy tylko z Litwą.

Zawiódł się pan kiedyś na tej drużynie?

- Nie. To znaczy, może chwilami. Ale wierzę w tych chłopaków, że w najważniejszej chwili nie zawiodą. Mecz z USA był dobry, z Australią, mimo przegranej, gra się podobała. Z Wybrzeżem Kości Słoniowej? Kolejny dobry mecz. Z Serbią w Austrii, z Bułgarią - też. Z Ukrainą i Finlandią nie musieliśmy się wstydzić. Czyli nie jest tak źle, tyle że mentalność Polaków jest wciąż wojenna. My wolimy niszczyć niż budować. Ja tego nie zmienię, mogę tylko zaakceptować.

Robert Lewandowski skrytykował pana taktykę...

- To nie był wywiad autoryzowany. Wiele dośpiewał wtedy sam dziennikarz. Faktycznie, moi gracze bywają w stosunku do was za bardzo spolegliwi. Dziennikarz sugeruje, że taktyka jest zła, a piłkarz kategorycznie nie zaprzeczy i od razu jest afera. Brakuje odrobiny asertywności.

No więc wróćmy do Kuby Błaszczykowskiego, który w jednym z ostatnich wywiadów przyznał, że drużyna narodowa, której jest kapitanem, faktycznie daje kibicom mało powodów do satysfakcji.

- Znów czuję w tym słowa dziennikarza narzucone Kubie.

A może pana piłkarze faktycznie uważają, że grają poniżej możliwości?

- Na Euro 2012 będą grali najlepiej jak potrafią.

Kiedyś powiedział pan, że traci cierpliwość do kontuzji Ireneusza Jelenia. Co z Arkadiuszem Głowackim?

- Nie tyle tracę cierpliwość, co żałuję, że nie mogą oni dać drużynie tyle, ile by mogli. Żal mi ich samych, nikogo za to nie winię, ale nie da się w 100 procentach polegać na piłkarzach, którzy mają ciągłe kłopoty ze zdrowiem.

Czy to prawda, że sparingi z Argentyną i Francją mogą zdecydować o pana posadzie? Podobno dostał pan od PZPN ultimatum.

- Nie. To nieprawda, to wymysł dziennikarzy. Ja na Polski Związek Piłki Nożnej nie narzekam. Prezes Lato daje mi to, czego potrzebuję. Nie wtrąca się do mojej pracy. Mam komfort. Ultimatum? Dziennikarze muszą coś pisać, żeby ich doniesienia brzmiały sensacyjnie i dobrze się sprzedawały.

Czyli nie ma możliwości, by po dwóch najbliższych meczach Franciszek Smuda został zwolniony?

- Nie. Wyniki towarzyskich meczów w okresie, gdy zespół jest budowany, nie mogą być miarą pracy trenera. Grzegorz Lato powiedział mi, że wierzy w efekty tego, co robię, czyli w sukces na Euro 2012. Może zmieni zdanie, ale żadnego ultimatum mi nie stawiał. Jaki sens miałaby teraz zmiana selekcjonera? Ja znam tę drużynę, przyszedłby ktoś nowy i co? Zbuduje drużynę od zera podczas 48 treningów? Nie ma szans. Pozostałaby mu raczej tylko modlitwa.

Zostawał pan trenerem kadry także dzięki wielkiemu poparciu kibiców. Dziś krzyczą: "Smuda, gdzie te cuda?"...

- Kibice tacy są. Oni cierpliwi być nie muszą, ja to akceptuję. Akceptuję tych, którzy gwiżdżą. W Poznaniu też bywało, że gwizdali, a dziś dziękują i pytają, kiedy wrócę. Trener musi być cierpliwy. To ja mam zadowolić kibiców, a nie oni mnie. I zadowolę, na Euro 2012.

Rozmawiał: Dariusz Wołowski

* Wywiad został autoryzowany.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje