Reklama

Reklama

El. ME 2016 - piłkarze Gibraltaru przed "meczem życia"

"W ciągu 18 miesięcy pokonaliśmy drogę z podwórkowej ligi do meczu z mistrzami świata. To jest postęp. W życiu codziennym musimy dryblować lepiej niż na boisku, by pogodzić pracę z treningami" - zauważył z uśmiechem kapitan piłkarskiej reprezentacji Gibraltaru Roy Chipolina przed piątkowym spotkaniem z Niemcami w eliminacjach mistrzostw Europy.

Zobacz sytuację w Grupie D el. Euro 2016!

"Czasem muszę się uszczypnąć, bo nie sposób w to uwierzyć. W piątek, niezależnie od wyniku, rozegramy wszyscy najważniejszy mecz w życiu" - dodał Chipolina.

Reklama

Gibraltarscy piłkarze wspominają, że sukcesem w Norymberdze będzie jedna cyfra po stronie straconych bramek, ale przyznają też, że całkiem niedawno nikt z nich nawet nie marzył o rywalizacji z zespołem, który w drodze po triumf na mundialu rozbił Brazylię 7-1.

Walka brytyjskiego terytorium zamorskiego, położonego na skalistym wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego, o uznanie przez Europejską Unię Piłkarską (UEFA) trwała 16 lat, głównie z powodu sprzeciwu Hiszpanii, kwestionującej suwerenność Gibraltaru. W końcu liczące 30 tys. obywateli państwo-miasto w maju 2013 roku zostało 54. i najmniejszym członkiem tej organizacji.

Decyzja UEFA wywołała na wąskich uliczkach radość porównywalną tylko z chwilą ogłoszenia wyników wyborów Miss Świata w 2009 roku, kiedy korona najpiękniejszej przypadła urodzonej na Gibraltarze Kaiane Aldorin.

Reprezentacja tego kraju została dopuszczona do eliminacji Euro 2016. Trafiła do grupy z Polską, Niemcami, Irlandią, Szkocją i Gruzją.

"Nasze mecze oglądało zwykle po kilkadziesiąt osób, a nagle uświadomiliśmy sobie, że zagramy przed 30- czy 40-tysięczną publicznością" - powiedział Chipolina.

W ciągu roku od międzynarodowego debiutu (0:0 ze Słowacją), amatorzy z Gibraltaru zdążyli pokonać Maltańczyków 1-0, ale i przegrać z biało-czerwonymi i Irlandczykami po 0-7 oraz Gruzinami 0-3 w kwalifikacjach ME.

"Na razie nie mamy się czym pochwalić, ale przecież jesteśmy niemal całkowitymi amatorami. Zderzenie z wielkim futbolem stanowi dla nas niemal szok kulturowy" - dodał kapitan reprezentacji.

Tylko trzech piłkarzy ma zawodowe kontrakty, w tym dwaj w niższych ligach angielskich, a inni miłość i zapał do futbolu muszą łączyć z pracą zawodową. Np. napastnik Kyle Casciaro jest menedżerem w firmie transportowej i pracuje od poniedziałku do piątku po dziewięć godzin dziennie, a co drugi weekend ma dyżury telefoniczne. W wolnym czasie strzela bramki dla Lincoln Red Imps, jednej z ośmiu drużyn gibraltarskiej ekstraklasy, trenując trzy, nieraz cztery razy w tygodniu.

By on i koledzy mogli godnie reprezentować kraj, otrzymali od państwa dodatkowe siedem dni urlopu. "Do rozegrania 10 spotkań międzynarodowych w roku potrzebne jest 50 dni wolnego. Ustawowo przysługuje mi 25 dni urlopu. Nawet z tym dodatkowym muszę liczyć na przychylność i wyrozumiałość pracodawcy" - nadmienił Casciaro.

A pracujący w biurze Chipolina dodał: "Poza boiskiem musimy umieć lepiej +dryblować+ niż na nim, by pogodzić interesy i oczekiwania rodziny, pracodawców oraz trenera. Trudno jest powiedzieć żonie, że w tym roku nie pojedziemy na wspólne wakacje, bo mąż cały urlop przeznaczył na piłkę nożną".

W reprezentacji Gibraltaru grają także strażak, policjant, sklepowy sprzedawca, student czy nauczyciel.

Podczas wyjazdów na pojedynki w eliminacjach ME zetkną się po raz pierwszy z tym, co ich rywali mają na co dzień: garnitury zamiast dresów, pięciogwiazdkowe hotele, a może nawet prośby o autograf.

To wielki przeskok np. dla Jeremy'ego Lopeza, który z drużyną Manchester 62 FC jeden z trzech treningów w tygodniu musi odbyć na betonowym boisku obok hotelu.

"Czy ktoś wyobraża sobie w takim miejscu Bastiana Schweinsteigera?" - zapytał retorycznie, odnosząc się do konfrontacji z mistrzami świata.

Problemy z miejscem do ćwiczeń wynikają stąd, że na liczącym niespełna siedem kilometrów kwadratowych terytorium Gibraltaru jest tylko jedno pełnowymiarowe trawiaste boisko. To położony tuż przy granicy z Hiszpanią Victoria Stadium. Z obiektu korzystają wszystkie lokalne kluby i grupy młodzieżowe, także kobiece.

Ponieważ trybuny stadionu mogą pomieścić tylko dwa tysiące kibiców, UEFA nie pozwoliła na rozgrywanie tam oficjalnych meczów międzypaństwowych. Dlatego Gibraltar podejmuje rywali w portugalskim Faro, co wymaga od piłkarzy i kibiców pięciogodzinnej podróży. Krajowa federacja chciałaby wybudować obiekt na osiem tysięcy osób na przeciwległym krańcu terytorium, ale to na razie dość odległe plany.

Trener Allen Bula, który wybiera kadrowiczów z grona 60 piłkarzy, jak i władze lokalnej federacji (GFA), jednak nie narzekają, gdyż członkostwo w UEFA i możliwość rywalizacji z zawodowymi piłkarzami stwarza nowe możliwości.

"Dzięki nam kraj ma darmową reklamę, której nie da się kupić za żadne pieniądze" - przyznał szef GFA Dennis Beiso.

Wyprawa do Niemiec będzie pierwszą tak długą i najtrudniejszą w historii gibraltarskiego futbolu.

"Dla nas to jak w kosmos czy na księżyc. Trafimy do innego świata. Zderzenie może być bolesne, bo rywale po dwóch słabszych występach zechcą odbić się naszym kosztem" - zaznaczył kapitan drużyny narodowej.

Dowiedz się więcej na temat: eliminacje Euro 2016 | reprezentacja Gibraltaru

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje