Reklama

Reklama

Egzotyczne wycieczki polskich piłkarzy

Jacek Magdziński, były piłkarz m.in. Zawiszy Bydgoszcz, podpisał niedawno kontrakt z beniaminkiem angolskiej ekstraklasy. To nie pierwszy egzotyczny transfer polskiego piłkarza. Przyjrzeliśmy się nietypowym transferom naszych zawodników w ostatnich latach.

Jacek Magdziński, były piłkarz m.in. Zawiszy Bydgoszcz, podpisał niedawno kontrakt z beniaminkiem angolskiej ekstraklasy. To nie pierwszy egzotyczny transfer polskiego piłkarza. Przyjrzeliśmy się nietypowym transferom naszych zawodników w ostatnich latach.

Jak świat długi i szeroki, tak praktycznie w każdym zakątku globu można znaleźć polskich piłkarzy. Część z nich, jak np. zawodnicy grający w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii to potomkowie polonusów, ale jest też spora grupa zawodników, która w poszukiwaniu przygody i lepszych pieniędzy obrała kierunki, którym daleko do salonów światowego futbolu.

Ostatni taki przykład to  Jacek Magdziński, który przed świętami podpisał niespełna roczny kontakt z Academicą Petroleos Clube do Lobito. Tym samym został pierwszym Polakiem, który zagra w angolskiej lidze i to właśnie dzięki temu jego nazwisko pojawiło się we wszystkich sportowych portalach i gazetach. Do tej pory Magdziński grał co najwyżej na zapleczu Ekstraklasy we Flocie Świnoujście czy Puszczy Niepołomice.

Reklama

- Wszystko zaczęło się od telefonu z Niemiec od menedżera Ersana Parlatana. Usłyszałem od niego, że jego znajomy po wygraniu angolskiej Série B poszukuje wzmocnień przed nowym sezonem . Oprócz mnie ma być także Niemiec polskiego pochodzenia oraz Francuz - powiedział dla portalu magazynpilkarz.pl.  28-letni napastnik będzie też pierwszym polskim piłkarzem na Czarnym Lądzie od lat. Do tej pory afrykański kierunek obierali głównie polscy trenerzy.

Tam, gdzie ciepło

Częstym powodem egzotycznych transferów jest chłodna kalkulacja. Skoro nie mogę przebić się w rodzimym kraju, to lepiej być gwiazdą w słabszej lidze, najlepiej jeszcze w kraju gdzie jest ciepło i czas między treningami można spędzić na plażowaniu. Z takiego założenia kilkanaście lat temu wyszła spora grupa polskich piłkarzy, która szczególnie upodobała sobie Cypr. Przez długi czas karty rozdawał tam Łukasz Sosin, zostając nawet trzykrotnie królem strzelców.

Wyspa Afrodyty jest od blisko sześćdziesięciu lat podzielona na dwie części - grecką i turecką. W futbolu liczy się tylko ta pierwsza. To kluby z Nikozji czy Limassol regularnie występują w europejskich pucharach, a ostatnio nawet kwalifikują się do Ligi Mistrzów. Na Cyprze Północnym także gra się w piłkę, choć federacja nie jest członkiem FIFA i UEFA.

Właśnie do klubu z Cypru Północnego wybrał się Andrew Konopelsky. Amerykanin polskiego pochodzenia, który nawet występował w reprezentacji U-19 podczas mistrzostw Europy organizowanych w Polsce w 2006 roku. Po nieudanych próbach podboju naszej ligi w barwach ŁKS-u Łódź i Odry Opole latem 2011 roku postanowił przenieść się do Turk Ocagi Limasol SK. Pobyt nie był jednak szczególnie udany. Konopelsky choć był podstawowym zawodnikiem, to jego zespół z hukiem spadł z ligi. Po czymś takim można już tylko pomyśleć o  zmianie zawodu. Tak też się stało. Od cypryjskiej przygody piłkarski świat już nie usłyszał o Konopelsky'm.

Trener bierze swoich

Kiedy zagraniczny szkoleniowiec przychodzi do polskiego klubu i z miejsca zaczyna zatrudniać rodaków, wszyscy biją na alarm. Nasi trenerzy robią jednak to samo. Choć niestety próżno szukać ich w czołowych europejskich ligach, ale w Azji już tak.

Na początku wieku polska kolonia powstała w Wietnamie, gdzie w 2001 roku kontrakty z Da Nang podpisali Tomasz Cebula, Robert Dąbrowski i Mariusz Wysocki. Rok później dołączył do nich Andrzej Stretowicz. O angaż było im o tyle łatwo, że trenerem drużyny był Jerzy Masztaler. Dąbrowski z powodu kontuzji nie zagrał ani razu, ale pozostali radzili sobie całkiem nieźle. Wysocki wytrzymał tam nawet trzy sezony i został wybrany najlepszym obrońcą ligi. Co ciekawe, kiedy Maszteler był trenerem Da Nang, zespół przygotowywał się do sezonu w... Zakopanem.

- Gdy wszystko się układało, to byłem tylko doradcą. Jednak, gdy Wietnamczycy czuli, że najbliższy mecz zakończy się przegraną, wówczas zwracali się do mnie z prośbą o pomoc. Padało pytanie: Jurek, co robimy? Spędziłem tam tylko rok. Proponowali umowę na kolejny, ale odmówiłem. Musiałbym mieszkać w Wietnamie sam, bo żona nie chciała tam jechać - powiedział szkoleniowiec w wywiadzie dla Magazynu Futbol z 2009 roku. Polacy nie mogli tam narzekać na swój los. Zarabiali po 25 tysięcy dolarów rocznie, a na życie wydawali 200 dolarów miesięcznie. Dokuczały im tylko upały.

Silna grupa pod polskim wezwaniem powstała też w Indonezji, niewiele ponad 20 lat temu. Trafiła tam czwórka całkiem niezłych ligowców - Mariusz Mucharski, Paweł Bocian (156 występów w Ekstraklasie), Maciej Dołęga i Piotr Orliński. No i trener Marek Śledzianowski. Plany były ambitne, bo wspierany przez wojsko klub Persib Maung z pięciomilionowej metropolii Bandug miał walczyć o mistrzostwo kraju. Rzeczywistość okazała się brutalna, bo drużyna z hukiem spadła z ligi, a nasi piłkarze musieli uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Lepiej poszło naszemu jedynakowi w filipińskiej elicie. Ben Starosta miał nawet udział przy zdobyciu przez Global FC Manila mistrzostwa kraju. - Liga filipińska jest stosunkowo młoda, ale właściciele tutejszych klubów mają wielkie plany, aby stać się tak silną ligą, jak ta, która dziś ma miejsce w Japonii, Chinach, czy Tajlandii. Nie ukrywam, że to wspaniałe uczucie brać udział w czymś, co idzie cały czas do przodu i z roku na rok robi coraz to większe postępy, a taka jest właśnie ta liga - opowiadał w rozmowie z portalem ekstraklasa.net Starosta. Miejsca jednak długo nie zagrał. Po półtora roku urodzony w Anglii piłkarz, wrócił na Wyspy i obecnie gra w walczącym o utrzymanie w angielskiej Conference (piąty poziom rozgrywek) Nuneaton Town.

Iran? Czemu nie!

Z takiego założenia wyszedł Andrzej Bednarz, który w latach 2009-2010 grał w dwóch klubach irańskiej ekstraklasy - Zob Agan Isfahen i Saba Kom. Swoimi przeżyciami w muzułmańskim dzielił się na łamach "Super Expressu".

- Na niektóre mecze przychodzi nawet 100 tysięcy kibiców. Jest naprawdę gorąco: z trybun lecą kamienie, kibice nieustannie krzyczą i gwiżdżą, aż ciarki człowieka przechodzą. Kiedyś przed treningiem jakiś człowiek przyprowadził do szatni owcę. Podciął jej nożem gardło, poczekał, aż się wykrwawi, a następnie wszyscy musieliśmy przejść korkami po tej krwi i namaścić nią sobie czoła - opowiadał były piłkarz m.in. Górnika Zabrze.

Autor: Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL