Reklama

Reklama

Dariusz Gęsior: Może będę trenerem?

Dariusz Gęsior po 400. meczu ligowym wspomina swoją karierę. Nikt z obecnie grających piłkarzy w ekstraklasie nie ma tylu rozegranych spotkań. Gęsior goni w klasyfikacji Marka Chojnackiego (452 mecze) i Janusza Jojko (417 meczów).

W Poznaniu rozegrał pan 400. mecz w naszej ekstraklasie. Osiągnięcie wspaniałe. Do tego bramka (już 68. w I lidze - przyp. red.), a mimo to przegraliście.

Reklama

- No właśnie. A przecież mogłem strzelić gola przewrotką. W poprzednich 399 spotkaniach ani razu tak nie trafiłem. Niedosyt po porażce pozostał, ale z "okrągłego" jubileuszu oczywiście jestem dumny.

- Archiwizował pan swoje dokonania w ekstraklasie?

- Trochę wycinków prasowym sobie zachowałem.

- A było co...

- Tyle lat grania, to musiało się uzbierać.

- Przypomnijmy sobie najważniejsze. Sezon 1988/89: debiutuje pan w I lidze i strzela dla Ruchu w całej rundzie jednego gola - za to współdecydującego o wywalczeniu tytułu!

- Nie można powiedzieć, wejście miałem dobre.

- A może to szczęście, bo przecież kilka lat później (już w Widzewie) też w całej rundzie wiosennej strzelił pan tylko jednego gola, za to tego przy Łazienkowskiej z Legią (na 2-2), który przybliżał was do mistrzostwa.

- Nie nazwałbym tego szczęściem. Prawda jest taka, że większość piłkarskiego życia grałem na pozycji defensywnego pomocnika. To umiejscowienie na boisku nie daje specjalnych okazji do pokonywania bramkarzy, ale w końcówkach meczów zwykle taktyka jest modyfikowana i trzeba grać do przodu. Dlatego około połowę pierwszoligowych goli uzyskałem w ostatnich minutach meczów. I tak jak pan wspomina, między nimi były też te, które decydowały o wywalczeniu mistrzostwa Polski.

- Ale, nie zaglądając w metrykę, szans na strzelenie 100 goli w lidze raczej panu nie daję.

- Ja sobie też nie, w końcu moja kariera jest zdecydowanie bliżej końca niż początku. Dodam jednak, że gdybym w swoich klubach strzelał karne, na pewno w tym elitarnym gronie już bym był. Nie mam jednak o to do nikogo żalu, bo w tym elemencie gry zawsze w klubie byli ode mnie lepsi.

- Sięga pan wstecz. Najpierw wiele lat w Ruchu, potem wspaniałe wejście do Widzewa i ponad trzyletnia przygoda w klubie. Dalej Pogoń, Amica, teraz Płock. Gdzie wspomnienia zatrzymują się najchętniej?

- Po tylu latach grania wspomnień się uzbierało. I dobrych, i złych. W Chorzowie się ukształtowałem, grałem przecież m. in. z "Guciem" Warzychą, wywalczyłem mistrzostwo, a potem Puchar Polski. Widzew był jednak najfajniejszy. Kiedy przyszedłem do tego klubu wiosną 1997 roku atmosfera była wspaniała. Wszyscy trzymaliśmy się razem. Byliśmy jak rodzina, a to przekładało się na wyniki. Podobny moment przeżyłem po transferze do Szczecina. Za czasów Bekdasa pojawiło się tam kilkunastu nowych graczy, także ja. Znaliśmy się, lubiliśmy, byłem przekonany, że zawojujemy ligę. Tymczasem po kilku miesiącach klub pokłócił się z miastem. Wygrała polityka, przegrał klub.

- Pretekstem do naszej rozmowy jest pana 400. mecz w lidze, ale przecież Gęsior to także reprezentacja. Pamięta pan 22 listopada 1992 roku?

- Może za chwilę sobie przypomnę...

- Montevideo, mecz Urugwaj - Polska i pana debiut w reprezentacji.

- Tak, tak. Strzeliłem jedynego gola meczu. No proszę, pokonałem bramkarza w końcówce spotkania (84 minuta - przyp. red.). Widzi pan, potwierdza się to, co mówiłem - sporo bramek strzelałem w końcówkach.

- Ważniejszy jednak jest dla mnie okres kilka miesięcy wstecz.

- Wiem, wiem - olimpiada. Dotarliśmy do finału, remisowaliśmy 2-2 i już w doliczonym czasie, gdy myśleliśmy o dogrywce, Hiszpanie strzelili zwycięskiego gola. Zagrałem cały mecz.

- I jak to jest, gdy sprzed nosa zabierany jest złoty medal olimpijski?

- Źle! Taki tumult, taka atmosfera, trzy lata ciężkiej harówki i taki pech. Choć z drugiej strony jadąc do Barcelony nie marzyliśmy o finale. Taki wynik wzięlibyśmy przed olimpiadą w ciemno.

- Był pan już wtedy ukształtowanym, uznanym i dobrym piłkarzem. Jak to się więc stało, że ani wtedy, ani później nie wyjechał pan na Zachód. Tam jest inne granie, inne pieniądze!

- Zapomniał pan dodać jeszcze, że do tego wszystkiego byłem... drogi. Moja kariera od "małego" przecinała się z wszystkimi reprezentacjami. Jeszcze byłem młody, a już działacze stawiali za mnie zaporowe ceny. Nie mogłem się wyzwolić z tego zaklętego kręgu. Patrzyłem, jak np. Dąbrowski czy Gilewicz chwilę pograli w Ruchu, klub ich sprzedawał za nieduże pieniądze za granicę i tam robili kariery. Ja takiej szansy nie miałem.

- Był pan za dobry, żeby odejść?

- To paradoksalne, ale na to wychodzi.

- To był jedyny powód?

- Nie. Generalnie znalazłbym jeszcze dwa: pierwszy, to bezsporny fakt, że w Ruchu grałem za długo. Drugi, to moje usposobienie. Jestem zbyt spokojny, za grzeczny. Kiedyś powiedział mi kolega piłkarz, że aby odejść z klubu, który cię nie chce puścić najlepiej... narozrabiać!

- Czyli mając dzisiejsze doświadczenie jeszcze kilka lat przed faktycznym odejściem z ekipy "niebieskich" należało narozrabiać i pan by to dzisiaj zrobił?

- Zdecydowanie (śmiech), nie ma cię co oszukiwać, żałuję trochę, że nie dostałem szansy występów w zagranicznym klubie. A był czas, że przyjeżdżali mnie oglądać. Podobałem się przedstawicielom klubów z Niemiec i Francji. Za każdym razem proponowano za mnie zaporowe ceny. I dodam jeszcze, że kilka razy menedżerowie przyjeżdżali oglądać innych zawodników, a potem chcieli mnie. Między innymi z tych powodów z Ruchu odchodziłem w nie do końca miłej atmosferze.

- No i co teraz? Nie zarobił pan kokosów na zagranicznym wikcie, lata lecą, 400 meczów ligowych wystarczy, aby nie martwić się o przyszłość?

- Dopóki zdrowie pozwoli, będę grał. A potem? Skończyłem AWF w Katowicach, mam II klasę trenerską. Może będę trenerem? Ale nie za wszelką cenę. Całe swoje piłkarskie życie chyba mądrze inwestowałem zarobione pieniądze. Mam umysł ścisły, od dawna zarabiam na Giełdzie Papierów Wartościowych. Nie muszę koniecznie po karierze piłkarskiej pchać się w trenerkę. Tym bardziej, że szkoleniowcy jeszcze szybciej od piłkarzy zmieniają kluby. Rodzina zawsze była tam gdzie ja. W tej materii nic się nie zmieni, więc żona i dzieci, choć jeszcze małe, też będą miały coś do powiedzenia. Nie, nie boję się o swoją przyszłość.

- Życząc panu teraz jeszcze wielu pierwszoligowych meczów i goli, a potem sukcesów także poza futbolem zapytam na koniec o jeszcze jedną rzecz.

... - O korupcję w polskiej piłce?

- Czytelnicy nie darowaliby mi, gdybym z takim boiskowym wygą nie zahaczył chociaż tego tematu. Z drugiej strony nie uwierzą pewnie, że taki problem pana nie dotknął.

- Wszyscy, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że nie jestem układowym facetem. Nigdy nie miałem sobie nic do zarzucenia. Pewnie także dlatego, gdy inni wyjeżdżali na Zachód, ja nadal grałem w Polsce. I tak już chyba zostanie.

Dowiedz się więcej na temat: klub | mecz | Dariusz Gęsior

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje