Reklama

Reklama

Daria Wollenberg: Nie wchodzę do szatni przed meczami

Daria Wollenberg pracowała jako rzeczniczka w klubach Ekstraklasy, teraz pełni tę funkcję w I-ligowej Koronie Kielce. W rozmowie z Interią opowiada o wyzwaniach w pracy rzecznika w realiach polskiego futbolu. I zdradza, że w przesądy dotyczące "baby w piłkarskiej szatni" bardziej wierzy ona sama, niż piłkarze czy trenerzy.

Justyna Krupa, Interia: Ludziom wydaje się, że praca rzecznika prasowego w polskich klubach piłkarskich ogranicza się do poprowadzenia konferencji czy odpisania na maila. Tymczasem rzecznicy pełnią często rolę drugiego kierownika drużyny, niańki dla piłkarzy i kilka innych jeszcze funkcji.

Daria Wollenberg, dyrektor ds. marketingu i komunikacji oraz rzeczniczka Korony Kielce: - Pamiętam, że kiedyś w moich "początkach" zdarzało mi się np. iść  na pocztę, bo jakiś piłkarz poprosił, żeby mu wysłać zdjęcia i autografy dla kibiców. W większości klubów polskiej piłki - mam wrażenie - rola rzecznika zupełnie nie przystaje do tego, z czym kojarzymy np. rzecznika w korporacji czy instytucji. Istnieją przypadki, gdzie rzecznik klubu rzeczywiście odpowiada tylko za swoją, jasno wydzieloną działkę obowiązków: ustalanie wywiadów, prowadzenie konferencji prasowych, autoryzację. Ale w większości klubów w Polsce rzecznik odpowiada za cały content na klubowej stronie, w mediach społecznościowych. Jeżeli sam tego nie robi, to przynajmniej to nadzoruje. Bywa też osobą ściśle współpracującą z kierownikiem drużyny, z trenerem pierwszego zespołu. Ma szereg zupełnie innych zadań, a nie tylko odpisanie na maila, czy stanięcie przed kamerą lub wygłoszenie formułki "witam na konferencji prasowej". Bywa, że nie jesteś w stanie mieć w danym momencie bezpośredniego wpływu na content w mediach społecznościowych, bo wtedy akurat walczysz z systemem biletowym.

Reklama

Kiedyś spotkałam się nawet z przypadkiem, gdy rzecznik w polskim klubie sportowym był proszony o zapłacenie mandatów, jakie wystawiono zawodnikom.

- Aż takich przypadków nie miałam (śmiech). W moim przypadku nikt się nie odważył poprosić mnie o coś takiego, gdy już pracowałam w roli rzecznika.

Pani "transfer" z Rakowa Częstochowa do Korony Kielce wielu zaskoczył. Propozycję z Korony przyjęła Pani również ze względu na to, że oferowano tam możliwości rozwoju na nowych polach. Nie tylko pracę rzecznika - objęła Pani funkcję dyrektora ds. marketingu i komunikacji. A więc poszerzenie zakresu obowiązków nie odstraszało, wręcz przeciwnie.  

- Zdecydowanie, chciałam się nauczyć czegoś więcej, wyjść poza strefę komfortu. Sprawdzić, jak się na tych nowych polach odnajdę. Jest więcej pracy, ale nie żałuję. Czasem to oczywiście nauka i wyciąganie lekcji z pomyłek. Ale generalnie uważam, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłam  w tamtym momencie podjąć. W swojej przygodzie z piłką najpierw byłam fotografką, potem zostałam specjalistką ds. komunikacji, potem starszą specjalistką ds. marketingu i komunikacji, później rzeczniczką, a teraz jestem dyrektorem ds. komunikacji i rzeczniczką w Koronie.

Trzeba pamiętać, że rzecznik w polskim klubie piłkarskim to też osoba do gaszenia pożarów, wybuchających w najmniej odpowiednich często momentach. I trzeba wtedy stanąć przed dziennikarzami czy wykazać się w mediach społecznościowych. Pamięta Pani największe tego typu wyzwania?

- Było dużo takich sytuacji. To jest rola bardzo wymagająca, bierze się na siebie dużą presję i odpowiedzialność. Mam też wrażenie, że ludzie nie do końca rozumieją, że pracą rzecznika bywa to, żeby oszczędnie gospodarować prawdą. Nie chodzi o to, żeby kłamać. Ale aby nie powiedzieć zbyt dużo w niektórych sytuacjach. Czasem bywa tak, że w danym momencie nie można jeszcze czegoś ujawnić. Zdarza się, że rzecznicy obrywają w takich sytuacjach "po głowie". W Koronie mieliśmy niedawno sytuację przy okazji meczu z Widzewem Łódź. Jednocześnie pojawiła się kwestia niedziałających sprawnie kołowrotków oraz umiejscowienia grupy niepełnosprawnych fanów Widzewa w okolicach sektora najbardziej zagorzałych kibiców gospodarzy. Po meczu piłkarze Widzewa podeszli do tych osób im podziękować, co niektórzy mogli błędnie zinterpretować jako prowokację, nie widząc np. z górnych rzędów tej grupy łódzkich fanów. Jakieś przedmioty pofrunęły z górnych rzędów w stronę piłkarzy gości. Jako rzecznik prasowy przeprosiłam za zaistniałą sytuację niepełnosprawnych kibiców Widzewa, bo nie powinni byli tam zostać ulokowani. Niestety "dostało" mi się w komentarzach z obu stron. Bardzo przeżyłam tamtą sytuację, bo nie spodziewałam się  negatywnego odbioru. Nie zawsze da się przewidzieć takie sytuacje. Człowiek myśli, że wystarczająco dobrze ubrał w słowa dany komunikat, a nie spodziewa się, że ktoś może poczuć się mimo wszystko urażony.

Jedna z rzeczniczek pracująca w ekstraklasowym klubie powiedziała mi, że największym wyzwaniem w tej pracy są nie kontakty z piłkarzami, trenerami czy działaczami, ale z opinią publiczną, kibicami.

-  Może być czasem ciężko z piłkarzami, ale to jest chwilowe. Czasem, gdy zespołowi nie idzie, komunikacja z zawodnikami może gorzej wyglądać, bo wiadomo, że wtedy żaden za bardzo nie chce się "wychylać". Ale to tymczasowe. Jeśli chodzi o współpracę z działaczami, to wiele zależy od ludzi w zarządzie. Ja mam to szczęście, że od czasu pracy w Zagłębiu Lubin - poprzez Raków Częstochowa - aż do Korony mam naprawdę fajnych prezesów. Z każdym z nich dało się dogadać. Żaden nie był osobą mówiącą: "masz to zrobić i kropka, tak ma być i w ogóle nie będziemy dyskutować". Było przeciwnie i dzięki temu zawsze można było znaleźć jakiś kompromis. Jeśli się z czymś bardzo nie zgadzasz, to wiesz, że cię wysłuchają i ostatecznie zrobimy tak, żeby było OK. Wyzwaniem natomiast rzeczywiście jest kontakt z opinią publiczną. Trzeba bardzo uważać na przekaz, na "skróty myślowe".

Rozwój mediów społecznościowych jeszcze utrudnił tę pracę. Czasem kibice oczekują, że kontakt z rzecznikiem będzie możliwy przez niemal całą dobę i że zawsze odpowie na każde pytanie.

- Faktycznie, to się zdarza. Pojawiają się też czasem pytania, na które nie możesz odpowiedzieć. Pamiętam również sytuację, jaką miałam z jednym z dziennikarzy, gdy jeszcze pracowałam w Rakowie. Zostałam zapytana przez jednego z redaktorów, kto wypadł z kadry meczowej. Tymczasem trener Marek Papszun ma taki zwyczaj, że to on decyduje, czy i o kim powie, że jest np. chory czy poza kadrą. I czasem nawet nam tego nie zdradza, bo chce, aby zostało to utrzymane w tajemnicy. I wówczas przekazałam dziennikarzowi tylko te nazwiska, które byłam w stanie mu przekazać. Tymczasem po jakimś czasie dowiedziałam się, że ten dziennikarz bardzo źle ocenia naszą współpracę w tamtym okresie, bo "nic się nie było można ode mnie dowiedzieć". A to nie jest tak, że złośliwie więcej nie powiedziałam, tylko po prostu są rzeczy, których nie możesz powiedzieć. Podobnie czasem bywa w mediach społecznościowych.

Funkcja rzecznika czy osoby odpowiedzialnej w klubie piłkarskim za komunikację to tak naprawdę rola "zderzaka", buforu. Jest się na pierwszej linii kontaktu z opinią publiczną, która czasem ma sporą siłę uderzeniową.

- Dokładnie. Nieraz widzimy na Twitterze, ile niektórzy rzecznicy muszą przyjąć na siebie "strzałów". Pamiętam sytuację, gdy ktoś miał pretensje do jednej z rzeczniczek, że dany post pojawił się na klubowym Twitterze, a na Instagramie już nie. Cała ta dyskusja była dla mnie bardzo dziwna, bo od czegoś w klubie jednak jest osoba odpowiedzialna za budowanie planu komunikacyjnego. Na wszystkich szkoleniach powtarza nam się, żeby treści umieszczane w mediach społecznościowych dywersyfikować, dopasowywać pod profil medium społecznościowego. Zrobienie awantury o to, że ten sam post nie pojawił się również na Instagramie było dla mnie zaskakujące. Czy następnym krokiem byłoby mówienie rzecznikowi, jak ma posty redagować? Natomiast fajne jest to, że po kilku latach pracy, gdy zdarza się jakaś sytuacja "kryzysowa", to człowiek nabrał już takiego doświadczenia, że jest w stanie wziąć pięć wdechów i powiedzieć: halo, jaka sytuacja kryzysowa? Trzeba po prostu zrobić tak i tak.

Praca rzecznika łączy się też z wyzwaniem, jakim jest zarządzanie własnym czasem tak, by wygospodarować sobie jakikolwiek czas wolny. Bywa bowiem, że telefony dzwonią od świtu do nocy. Albo, że rzecznikowi mówią w klubie, że urlopu brać nie musi, bo ma urlop z piłkarzami na obozie.

- Urlop na obozie? Na pewno! Obóz z drużyną to jest najintensywniej przepracowany czas, bo pracujesz od 7. rano do północy. Pamiętam, jak poleciałam z Rakowem na obóz. Pełniłam tam rolę operatora kamery, osoby odpowiadającej za media społecznościowe, za redagowanie strony klubowej, bycie rzecznikiem i całym biurem prasowym. I po tygodniu to już nie wiedziałam, jak się nazywam. Chodziłam, jak zombie. Ale coś jest w tym, że na co dzień telefon rzecznika potrafi dzwonić o bardzo dziwnych porach. Czasem widzę połączenie od obcego numeru i po godzinie 22. Telefon dzwoni w niedzielę i w święto. Trudno jest rzeczywiście o wzięcie urlopu, bo też trudno jest się z dnia na dzień odciąć. Ludzie myślą, że jak piłkarze mają urlop, to i my mamy wakacje. Zawodnicy kończą rundę i pytają mnie: to gdzie jedziesz na urlop? Nigdzie nie jadę, bo będę pracować - odpowiadam. Są zdziwieni. Nawet teraz, gdy moje stanowisko jest już nieco odmienne i raczej zarządzam działem odpowiedzialnym za komunikację, to mimo wszystko człowiek w tym planie komunikacji uczestniczy. Odkąd pracuję w piłce - a będzie to już sześć lat, a teraz zacznie się rok siódmy - nie miałam jeszcze takiego urlopu, żebym całkiem wyłączyła telefon.

Pani też - jak piłkarze - zmienia kluby zaliczając kolejne "transfery". Mimo, że pochodzi pani z Wybrzeża, to za pracą w piłce konsekwentnie przeprowadza się pani podróżując po całej Polsce. Był Lubin, była Częstochowa, teraz Kielce, a był też czas spędzony w Krakowie.

- Czasem jest to trudne, z różnych względów. Jest grono osób, które nie do końca rozumie, że dana osoba może czuć się specjalistą w danej dziedzinie, chcieć się rozwijać. Jeśli traktujesz to jako pracę, której poświęcasz się w stu procentach, ale nie jesteś już kibicem piłkarskim, to bywa, że dostajesz "pstryczki" - że zmieniasz kluby, jak chorągiewki. I to jest przykre, bo np. trener czegoś takiego nie słyszy, gdy zmienia pracę. Tymczasem migracja pracowników ma miejsce też w branżach sportowych i ludzie powinni do tego przywyknąć. Poza tym, rzeczywiście wyzwaniem jest częsta zmiana miejsca zamieszkania. Trudno przy tym o życiową stabilizację. Gdzieś zaczynasz poznawać ludzi, układać życie, a za chwilę dostajesz propozycję nie do odrzucenia i po raz kolejny się przenosisz. Teraz, w Kielcach, naprawdę dobrze się czuję. Ponadto czuję, że się rozwijam.

Ale chyba znajomości i przyjaźnie zawierane w poprzednich klubach zostają czasem na dłużej?

- Różnie to bywa. To tak, jak z piłkarzami. Wszyscy się kumplują, jak są w jednym klubie, a potem kończy się to tak, że widzicie się tylko na meczu i pytacie się nawzajem, co słychać. Wiadomo, że zostają pewne znajomości czy nawet przyjaźnie, jak moja z Karoliną Biedrzycką z Wisły Kraków, z którą razem pracowałyśmy w Lechii Gdańsk. Jest trochę ludzi, z którymi utrzymuję bliski kontakt, jak np. kierownik Zagłębia Lubin i jego rodzina.

A bywały widowiskowe pożegnania w którymś z klubów? Kiedyś jedną z rzeczniczek Wisły zawodnicy na koniec wrzucili bez uprzedzenia do klubowego basenu.

- Aż tak to nie. Ale miałam bardzo fajne pożegnanie w Zagłębiu Lubin. Zostałam zaproszona do szatni, gdzie była zgromadzona cała drużyna i cały sztab, a ja mogłam przed tą ekipą wygłosić "mowę pożegnalną". Dostałam prezenty, to wszystko było bardzo wzruszające, łezka się w oku zakręciła. To była drużyna, z którą mi się naprawdę świetnie współpracowało. Wszystko można było z nimi załatwić. Gdy kiedykolwiek coś  się "wysypało", to wiedziałam, że na nich można liczyć i że pomogą.

A miała Pani do czynienia z przejawami przesądów obecnych czasem w tym środowisku, czy też zwykłych uprzedzeń? W stylu teorii, że "baba w autokarze drużyny przynosi pecha"?

- Pamiętam, że śmiali się ze mnie w Rakowie. Pojechaliśmy na obóz, ja dopiero co trafiłam do częstochowskiego klubu. Przylecieliśmy do Turcji i okazało się, że na jakiś czas musimy zmienić hotel. Po treningu drużyna się spakowała, wsiadła do autokaru i mieliśmy jechać do hotelu w innym mieście. Wsiedliśmy, po czym nie ujechaliśmy daleko, a autokar się znienacka zepsuł. Musieliśmy czekać na nowy i od razu usłyszałam: "no tak, baba wsiadła do autokaru i od razu pięknie zaczyna się ten obóz". Starałam się od razu to ucinać: "przestańcie, bo trener to podłapie i faktycznie pomyśli, że to moja wina". Trochę się przejęłam, ale tak naprawdę żartowaliśmy z tego. Ale tak generalnie to chyba ja bardziej jestem przesądna, niż sami piłkarze. Staram się przed meczem nie wchodzić do szatni, bo sama mam wrażenie, że kobieta w szatni przed meczem może przynieść pecha. Chociaż w Rakowie zdarzało mi się złamać ten przesąd. Ale w Koronie jestem w szatni dopiero po meczu, jak wygramy i trzeba zrobić wspólne zdjęcie drużyny. Natomiast raczej się nie zdarzało, żeby ktoś bardzo na serio i dosadnie mówił mi: ty jesteś kobietą, więc tego czy tego nie możesz zrobić. Zdarzały się jakieś sugestie, ale nie brałam tego do siebie, bo nie było to mówione poważnym tonem, raczej prześmiewczym.

Wiele zależy od kontekstu? Inaczej odbiera się żarty kolegów piłkarzy, a inaczej stwierdzenia rzucane z negatywnym nastawieniem, zupełnie na poważnie. Kiedyś zwróciła pani na Twitterze uwagę na problem komentarzy typowo dyskryminujących, obraźliwych, jakie uderzają w kobiety pracujące w środowisku piłkarskim. "Baby do garów, nie do piłki" - takie idiotyzmy wciąż potrafią się pojawiać.

- To jest problem, bo wciąż jest sporo takiego krzywdzącego myślenia. Nawet nie tyle w samych klubach, co w otoczeniu. "Gdzie ona się pcha do piłki, co ona o tym wie, jest w tym klubie tylko ze względu na wygląd, bo merytorycznie to dno" - takie różne historie się nadal pojawiają. Tamten komentarz, który przytoczyłam na Twitterze nie był pierwszym od tego użytkownika. O tyle mnie to zirytowało, że uważam, iż jest sporo dziewczyn, kobiet, które chciałyby zacząć działalność w świecie futbolu. Zastanawiają się nad pójściem na staż do klubu itd. Jeśli zetkną się z takimi komentarzami na samym starcie, to jest obawa, że się po prostu zrażą. Mogą pomyśleć: "może jednak dam sobie spokój?"  A i tak my, kobiety, musimy się na starcie starać trzy razy bardziej, żeby pokazać w świecie piłki nożnej, że nie znalazłyśmy się tu przypadkiem. Na każdym kroku musimy coś udowadniać. W tamtej sytuacji oczywiście taki obraźliwy komentarz mnie ukłuł, ale nagłośniłam to właśnie ze względu na inne dziewczyny, które dopiero zaczynają funkcjonować w tym świecie. Chodziło mi o to, żeby taka osoba zastanowiła się następnym razem parę razy zanim coś takiego napisze, żeby po prostu nie zrobić komuś krzywdy.

Rozmawiała: Justyna Krupa      

Czytaj także: WAGs piłkarzy z polskich boisk. Nie takie, jak myślicie

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy