Reklama

Reklama

Chwile grozy Lecha, pozbierała się Wisła

Długo trzeba było czekać, aż krajowa wielka trójka Wisła, Legia i Lech zajmie pozycje na szczycie tabeli. Zespół z Poznania przeżywał chwile grozy, dziś może się pocieszać, że przed rokiem Wisła atakowała mistrzostwo z czwartego miejsca.

Nie będę się już rozwodził na temat katastrofy, która spotkała polskie kluby na starcie. Kompromitacja w eliminacjach do europejskich rozgrywek miała jednak poważne konsekwencje w lidze. Najszybciej pozbierała się Wisła Kraków, przyzwyczajona już do odreagowywania niespełnionych marzeń w Champions League na krajowych rywalach. Legia i Lech do siódmej kolejki musiały czekać, aż spacerujący od zwycięstwa do zwycięstwa obrońca tytułu się potknie. Kluczowy był jednak dopiero pojedynek z Lechem, który zwycięstwem nad liderem udowodnił sobie, że sezon nie musi być dla niego przegrany już po 10 meczach.

Reklama

Drużyna z Poznania dała bardzo dużo argumentów tym, którzy uważali, że jest zaledwie cieniem siebie sprzed 12 miesięcy. Jacek Zieliński był masakrowany porównaniami z Franciszkiem Smudą, nikt nie chciał słuchać, że stracił lidera pomocy (Murawski), potem ataku (Rengifo), wreszcie obrony (Arboleda). W meczu z Legią "Kolejorz" sięgnął dna, znalazł jednak siłę, by się od niego odepchnąć. Duży w tym udział Roberta Lewandowskiego, który mimo 21 lat potrafił udźwignąć ciężar zdobywania goli. Z 27 bramek strzelonych przez Lecha jesienią on i Sławomir Peszko firmują więcej niż połowę (15). To wydaje się jednak logiczne, nielogiczne jest raczej osiem punktów straty do Wisły. To wciąż przepaść i dowód, że łatwiej wybudować stadion w Poznaniu, niż wielkiego Lecha.

Po pucharowej kompromitacji w najlepszej sytuacji wydawała się być Legia. Jej trener Jan Urban twierdził, że z Broendby jego zespół otarł się o granicę swoich możliwości. Drużyna z Warszawy miała grać po hiszpańsku, tymczasem jej największym atutem nie okazały się wcale zaskakujące kombinacje w środku pola i pod bramką rywala, ale rewelacyjny bramkarz Jan Mucha. Dzięki niemu i Astizowi zespół stracił najmniej goli, nie uniknął jednak opinii piłkarskiej chimery, która pokonała Wisłę i Lecha, by polec w Wodzisławiu i Białymstoku. Tam, gdzie marzy się o ligowym trwaniu.

3 października w Białymstoku dwie bramki Legii strzelił Kamil Grosicki. Wydawało się, że rączy niczym jeleń skrzydłowy będzie wschodzącą gwiazdą ligi. Trafił nawet na chwilę do reprezentacji, ale ogarnia człowieka pusty śmiech, gdy porówna jego strzeleckie dokonania (3 bramki) z pewnym 35-letnim weteranem, który po blisko czterech latach tułaczki po świecie zdecydował się wrócić do Polski. Dla jednych fenomen Tomasza Frankowskiego (wicelider wśród najskuteczniejszych z ośmioma golami) będzie wskazywał na słabość naszej ligi, dla innych jest jeszcze jednym triumfem inteligencji nad mięśniami. Od Grosickiego biega cztery razy mniej, ale też cztery razy więcej czasu poświęca na myślenie.

W Wiśle Frankowskiego nie chcieli, nie chcieli też Andrzeja Niedzielana, dlatego teraz jednym z najlepszych strzelców mistrza kraju jest brazylijski stoper Marcelo (sześć bramek). Zdobył on o jednego gola więcej niż król strzelców poprzedniego sezonu Paweł Brożek. Brożkowi zaszkodziła chyba przepowiednia Leo Beenhakkera, że eliminacje do mundialu w RPA będą jego. Nie były to ani eliminacje Pawła Brożka, ani nie jest to sezon najwybitniejszego ponoć piłkarza naszej ligi. Pozycję Wisły ratowały jesienią bramki Patryka Małeckiego (7).

Brożek miewał kłopoty ze zdrowiem, ale prawdziwym nieszczęściem dla Wisły była kontuzja defensywnego pomocnika Radosława Sobolewskiego. Bez swoich płuc lider "zaliczył" wszystkie porażki: z Lechem, Legią i Cracovią. Paweł Brożek grał w każdym z tych meczów po 90 minut, nie zdobywając gola. Ogólnonarodowa debata, czy gwiazda Wisły nie wyrasta za bardzo ponad standardy polskiej ligi urwała się jak hejnał na Wieży Mariackiej.

Jesień ligowa miała swoje pozytywy: Ruch, Polonia Bytom, Lechia, chwilami Bełchatów, Jagiellonia, nawet Cracovia. Tylko czy wynika z tego coś na dłużej? W ubiegłym sezonie wyróżniał się Śląsk Wrocław lansując Ryszarda Tarasiewicza na gwiazdę wśród trenerów, dziś mający nowego właściciela klub dryfuje raczej ku przeciętności. Czwarta siła poprzedniego sezonu Polonia Warszawa runęła w otchłań, z której powoli wyciąga ją Jose Bakero. W dwóch ostatnich kolejkach szczęście opuściło sławnego Hiszpana, tracąc gole w ostatnich minutach drużyna oddała rywalom trzy pkt i wiosną pozostanie jej bój o utrzymanie.

Śledzący rozgrywki ekstraklasy kibic z utęsknieniem wypatruje wschodzących gwiazd, które mogłyby nie tylko rozwiązać problemy drużyny narodowej, ale też podarować mu nadzieję, że następny koniec wakacji nie będzie równie traumatyczny jak poprzedni, kiedy zanim Europa na poważnie stanęła do międzynarodowych rozgrywek, klubów z Polski już w nich nie było. Na razie do takiego stwierdzenia podstawy są jednak wyjątkowo kruche. Wielka trójka jest mniejsza dziś, niż przed rokiem.

DYSKUTUJ O ARTYKULE Z DARKIEM WOŁOWSKIM!

CZYTAJ TAKŻE:

Sprawdź komplet wyników, składy i tabelę ekstraklasy

Wisła rządzi w ekstraklasie, ale kogo to cieszy?

Legia "drugie miejsce" Warszawa

Lech: Miało być pięknie, a było szaro

Fornalik odmienił Ruch, ale co dalej?

GKS Bełchatów - jest dobrze, lecz może być gorzej

Lechia została średniakiem. Czas na podbój ekstraklasy

Polonia Bytom: Błysnęli i zgaśli

Śląsk: Kto stoi w miejscu, ten się cofa

Cracovia się zmienia, a ma jeszcze bardziej

Jagiellonia: Bezcenny "Franek" i wyjazdowy koszmar

Piast może podzielić los ŁKS-u

Arkę czeka tułaczka i spadek?

Korona Kielce: Utrzymać ligę dla kibiców

Polonia Warszawa: Cała nadzieja w Bakero

Zagłębie Lubin: Sieroty po Smudzie

Odra Wodzisław: Wszyscy życzą im spadku

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje