Reklama

Reklama

Cezary Kucharski o życiu po chorobie: "Uczyłem się wszystkiego od początku"

Cezary Kucharski wraca do pełnej sprawności po walce z ciężką chorobą płuc. Były reprezentant Polski był gościem programu "Wieczór Live" portalu Goal.pl, gdzie opowiedział jak z jego perspektywy wyglądał cały okres walki z chorobą.

Kucharski trafił do szpitala w połowie lutego, gdzie niemal od razu został poddany śpiączce farmakologicznej. Były piłkarz opowiada jednak, że bardzo długo nie zauważał symptomów choroby. 

- Jeszcze jesienią czy zimą czułem się bardzo dobrze. Trenowałem w zasadzie codziennie, jeździłem na rowerze, grałem w piłkę czy tenisa. Nie ukrywam, że trochę zlekceważyłem objawy, bo uznałem, że po prostu może zbyt dużo trenuje jak na swój wiek - opowiada.

Reklama

Momentem zwrotnym był spacer z psem, w czasie którego Kucharski zaczął kaszleć i zobaczył, że przy kasłaniu pojawia się krew. To go przeraziło i sprawiło, że momentalnie udał się do szpitala, gdzie lekarze uznali jego stan za niepokojący. Pierwsze diagnozy okazały się błędne, bo lekarze stwierdzili, że jest to po prostu zapalenie płuc.

- Przez to straciłem trochę czasu. Dopiero jak mój stan zaczął się pogarszać, to wszyscy zaczęli szukać rozwiązania, innego szpitala. Na szczęście udało znaleźć się placówkę w Elche, gdzie trafiłem w dzień swoich urodzin. Tam zaczęło się prawdziwe leczenie, wprowadzono mnie w stan śpiączki farmakologicznej - tłumaczy.

Hiszpańska krew

Kucharski zaznacza jednak, że praktycznie w żadnym momencie nie miał poczucia, że walczy o życie, co innego jego rodzina.

- Byłem spokojny, ufałem lekarzom. Gdy mnie usypiali, to byłem przekonany, że obudzę się za kilka dni i wszystko będzie w porządku. Najbardziej przeżywali to moi bliscy, którzy codziennie mnie odwiedzali. To oni otrzymywali informacje od lekarzy, którzy w pewnym momencie stwierdzili, że moje szanse na wyjście z choroby to 50 na 50 - opowiada Kucharski.

W przypadku śpiączki często mówi się, aby rozmawiać z poszkodowanym, bo on cały czas jest świadomy i słyszy, co się do niego mówi. Kucharski opowiedział, jak wygląda to z perspektywy takiej osoby. 

- Nie odczuwałem świadomości, ale nonstop miałem przeróżne sny, bardzo realistyczne. Pokrywały się z tym, co działo się na świecie czy obok mnie. W jednym z nich byłem na statku dowództwa amerykańskiej armii, która płynęła na rozmowy pokojowe z Rosją na temat zakończenia wojny. W momencie, kiedy mnie usypiali, wojny jeszcze nie było, ale już się o niej mówiło - wyjaśnia.

Z uśmiechem na ustach przyznał też, że w trakcie pobytu w szpitalu otrzymał tyle jednostek krwi, że z pewnością w jego organizmie obecnie płynie więcej hiszpańskiej niż polskiej krwi.

Nauka wszystkiego od początku

Cezary Kucharski jest już w stanie normalnie się poruszać czy jeździć na rowerze, niedawno pochwalił się także efektowną żonglerką. To był jednak długi i żmudny proces 

- Początkowo nie byłem w stanie chodzić, potrzebowałem pomocy drugiej osoby albo chodzika. Po 74 dniach w śpiączce w zasadzie nie mówiłem, nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Uczyłem się więc mówić i chodzić w zasadzie od początku - przybliża ten proces były piłkarz.

Jak przyznaje, pierwsze samodzielne kroki wykonał 18 kwietnia. Dodatkowo w szpitalu schudł 30 kilogramów, a od momentu wyjścia przytył sześć, co daje średnią mniej więcej kilograma na tydzień. Jest z tego zadowolony, bo zauważa, że w podobnej wadze był w trakcie mistrzostw świata w 2002 roku, gdzie jego zdaniem miał najlepszą formę fizyczną w karierze.

Skąd wzięła się ta choroba? To ciężko stwierdzić nie tylko samemu Kucharskiemu, ale też lekarzom. 

- Lekarze nie są w stanie jednoznacznie stwierdzić, najbardziej prawdopodobna opcja to fakt, że jest to choroba genetyczna, immunologiczna i takie właśnie były podstawy jej rozwinięcia. Jest jednak bardzo rzadka i mało o niej wiadomo, na amerykańskich stronach internetowych przeczytałem, że ma jakieś powiązania ze szczepionką Moderny, ale są to niepotwierdzone informacje - opowiada.

Lewandowski zaproponował pomoc

Kucharski jest w trakcie sądowego konfliktu z Robertem Lewandowskim, którego w przeszłości był menedżerem. Aktualne niesnaski nie przeszkodziły jednak kapitanowi reprezentacji Polski, by zaoferować pomoc. 

- W swoim telefonie nie zobaczyłem wiadomości od Roberta, ale po jakimś czasie dowiedziałem się, że napisał do mojej żony z pytaniem czy może jakoś pomóc. Ona sama nie była pewna kto to, bo w pewnym do mnie podeszła i powiedziała, że "napisał do niej jakiś Robert z niemieckiego numeru" - wyjaśnia.

Menedżer odniósł się także do słów swojego byłego podopiecznego, który na konferencji prasowej reprezentacji Polski stwierdził, że jego czas w Bayernie się skończył.

- Myślę, że Robert doskonale się przygotował i wiedział co chce powiedzieć. Zresztą jak jeszcze współpracowaliśmy, to często rozmawiałem np. z Hoenessem i Rummenigge i przekazywałem im, że kiedyś nastąpi taki moment, że będą musieli go wypuścić. W naszych planach od dawna zakładaliśmy transfer do Hiszpanii, a później na koniec kariery do Stanów Zjednoczonych. Myślę, że jeśli będą mieli dogadanego zmiennika, to go puszczą - przyznaje

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL