Reklama

Reklama

Były piłkarz Ekstraklasy napisał pracę doktorską o heavy metalu

Mateusz Żyła, który w reprezentacji Polski juniorów grał z Grzegorzem Krychowiakiem, obronił właśnie na Wydziale Humanistyczno-Społecznym Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej pracę doktorską pod tytułem "Inspiracje literaturą Młodej Polski w tekstach heavymetalowych (Miciński, Przybyszewski)"

To niecodzienna historia o chłopaku z Czechowic-Dziedzic, który jako nastolatek trafił do Ekstraklasy,a potem skończył polonistykę, zaczął uczyć w szkole języka polskiego i pisać książki. Mateusz Żyła razem z Maciejem Sadlokiem, dziś piłkarzem Wisły Kraków, z Pasjonata Dankowice trafił do młodzieżowych reprezentacji Polski, a potem do Ekstraklasy. Gdy w niej zadebiutował, miał 17 lat.

Trenował mnie Dariusz Dziekanowski

- Zapowiadałem się rzeczywiście nieźle, choć zdaję sobie sprawę, że takich "niezłych zapowiadaczy" jest mnóstwo. Uwielbiałem piłkę, grałem w ataku i na lewym skrzydle, w trampkarzach i juniorach, strzelałem sporo bramek. Przygodę zaczynałem w Walcowni Czechowice-Dziedzice, potem przeniosłem się do Dankowic, gdzie pan Andrzej Sadlok tworzył klasę sportową. Świetny czas, niemniej wchodziłem już powoli w "hipisowski klimat", więc zdarzało się wybrać własną ścieżkę.

Reklama

Pewnego dnia, zamiast na lekcje i na trening, pojechałem do Katowic-Piotrowic na pogrzeb muzyka Pawła Bergera. Nie mogłem przecież nie pożegnać tego wspaniałego "mnicha" z Dżemu. Wracając do piłki... Następnie przyszedł czas na ekstraklasowy klub z Grodziska Wielkopolskiego. Miałem 16 lat i chyba potrafiłem nieźle kopnąć w futbolówkę, skoro trener Werner Liczka, a potem jego następca Maciej Skorża zaprosili mnie na treningi pierwszej drużyny. Dość szybko stałem się jej pełnoprawnym członkiem - opowiada Mateusz Żyła.

Często ćwiczył w parze z Piotrem Świerczewskim, co bardzo go motywowało. Doskonalenie swoich umiejętności pod okiem wybitnego reprezentanta Polski stanowiło nobilitację. Debiut w pierwszej drużynie zaliczył w lutym 2007 roku w zwycięskim wyjazdowym meczu Groclinu Dyskobolii z Pogonią Szczecin w ramach Pucharu Ekstraklasy. Kolegami z drużyny byli - oprócz Świerczewskiego - m.in. Piotr Rocki i Tomasz Jodłowiec. - Rocky zawsze pozostanie w mojej pamięci. Niezwykle charyzmatyczna postać! Nawet planowałem z jednym z moich najzdolniejszych uczniów napisać książkę o życiu Rocky’ego, ponieważ to, co widziałem, ale też usłyszałem w trakcie naszych rozmów - a niejednokrotnie opowiadał o swoim wyboistym, nasyconym przygodami życiu - godne jest uwiecznienia na papierze. Rocky nie przebierał w środkach, czego mogłem doświadczyć m.in. podczas podróży na obóz w Austrii lub w przedziale pociągu jadącego z Poznania na Śląsk. Jakże brakuje dziś tak barwnych osób w naszej lidze! Wszyscy są grzeczni, poukładani, zgodni z zapisami kontraktowymi...

Nie widzę piłkarzy, którzy zabierają głos w sprawach ważnych dla społeczeństwa. Polityka, historia, światopogląd... W październiku i listopadzie ubiegłego roku na ulicach polskich miast wydarzyło się coś naprawdę ważnego, historycznego. Liczyłem na to, że w środowisku piłkarskim też zacznie wrzeć, tymczasem... Nie słyszałem sporów, wymiany argumentów. Szkoda, bo dodałoby to kolorytu naszej lidze  uważa.

Jeszcze wcześniej, bo w 2005 roku, zadebiutował w młodzieżowej reprezentacji Polski - Trenerem był Dariusz Dziekanowski, zawodnikami - Michał Janota i Grzegorz Krychowiak. W moim debiucie wygraliśmy 5-0 ze Szwecją. Bardzo dobrze wspominam Dziekanowskiego. To mądry człowiek, napisał świetną autobiografię. W trakcie turnieju w Mińsku nie prezentowałem dobrej formy, więc trener "przewiózł" się po mnie podczas analizy, ale później porozmawiał indywidualnie. Wytłumaczył problem, wykorzystując metafory muzyczne. Wiedział, że trafi do mnie tym sposobem... I rzeczywiście. Nazajutrz poczułem skrzydła - mówi.

Jego kariera nie potoczyła się jednak tak, jakby sobie wymarzył. Zresztą z dystansem traktuje słowo "kariera". - Nigdy nie nazywałem siebie piłkarzem. Byłem jedynie niezłym grajkiem, kopaczem. Śmieję się z tych patologii zarobkowych w Ekstraklasie. Absolutnie nie zazdroszczę nikomu kasy, ale czy nie jest to bezczelność, że 16-,17-letni chłopak, który dwa razy kopnął prosto w piłkę, zarabia tysiące złotych? Nie mówiąc już o "średniakach" ściąganych zza granicy... Po co nam te akademie, szkółki? Po co mydlenie oczu rodzicom, że ich dzieci będą grać w Ekstraklasie i reprezentacji? Nie. W
znakomitej większości nie będą, bo ich miejsce w lidze zajmie kolejny Czech, Słowak, Gruzin, Brazylijczyk... Gdyby jeszcze to był poziom Sergio Bataty, z którym miałem przyjemność trochę pograć... To była fantazja! Nie tylko na boisku (śmiech) - mówi z zaskakującą otwartością. 

- Chciałbym jeszcze w tym miejscu nawiązać do słowa "kariera". Najlepiej ujął problem pan Andrzej Sikorowski. Cytuję: "Podobną awersję mam do słowa "kariera", bo dotyczy tak wielu ludzi i dziedzin, że traci w pewnym momencie swój sens. Czy karierą jest żmudne, wieloletnie pisarstwo uwieńczone w końcu Noblem? Czy też wiele milionów internetowych odsłon jakiegoś przygłupa, któremu zyskana w ten sposób sława pozwala wkrótce czerpać krociowe zyski? Jak porównać karierę piłkarza obsypanego z dnia na dzień kasą z drogą zawodową wybitnego chirurga dokonującego pokazowych operacji na całym świecie? Oni wszyscy zrobili jakieś kariery, ale wspólnego mianownika nigdy, w mojej opinii, posiadać nie będą".

Studia po meczu

Piłka nożna nie była jego jedyną miłością. - Zawsze czułem chęć pisania. W głowie kłębiły się myśli na różne tematy. Obserwacje społeczne, socjologiczne, wszędzie widziałem inspirację. Przelewałem myśli na papier. Najpierw w pamiętniku, potem na blogu (mateusz-zyla.pl) - wspomina.

W pewnym momencie zorientował się, że nie zrobi wielkiej kariery jako piłkarz. Marzenie o grze z najlepszymi oddalało się. Bardzo dobrze wspomina grę w GKS-ie Tychy (występował m.in. z Krzysztofem Bizackim) i Sandecji Nowy Sącz. To był dla niego świetny czas. W pierwszej rundzie sezonu 2010/2011 reprezentował Podbeskidzie Bielsko-Biała (m.in. z Markiem Sokołowskim i Robertem Demjanem), które awansowało wtedy do Ekstraklasy. Zrozumiał jednak, że warto postawić na coś innego. - Kiedy grałem w Tychach, babcia namawiała mnie, żebym zaczął studiować. W końcu się zdecydowałem. Skończyłem polonistykę na Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej.

Nie było łatwo. Po wyjazdowym meczu z Górnikiem Łęczna, wróciliśmy do Bielska nad ranem. Koledzy rozjechali się do domów, by odespać podróż, tymczasem ja wsiadłem do najbliższego autobusu miejskiego i jechałem na całodniowe wykłady na uczelnię. Nie narzekałem, bo kochałem słuchać mądrzejszych od siebie ludzi. Doktoratem udowodniłem, że nawet człowiek, który nie był kujonem, nie wygrywał olimpiad przedmiotowych, w dodatku pisał maturę w liceum wieczorowym - może wszystko! Wystarczy tylko płonąć... - przyznaje.

Szaman i jego książki

Grę skończył w 2018 roku w macierzystym, ważnym z powodu więzi krwi, klubie MRKS (dawniej Walcownia) Czechowice-Dziedzice. Nie czuje zawodu, nie wyrzuca sobie, że mógł osiągnąć w futbolu więcej. Pracuje jako nauczyciel języka polskiego w technikum w Tychach. Pisze książki.

Zawsze interesował się muzyką. Kocha metal, może dlatego, że ten gatunek zaszczepił w nim ojciec. - Tata puszczał często w domu TSA. Kiedy usłyszałem numer Ty-On-Ja ze znakomitym riffem i pięknym tekstem, praktycznie zwariowałem - przyznaje. 



Pozostaje jednak otwarty na inne gatunki muzyki, choćby na bluesa; poruszają go tacy artyści jak Memphis Slim, B.B. King, John Lee Hooker. Lubi też country - bezgranicznie wielbi Johnny’ego Casha, szanuje Hanka Williamsa. Do dziś koledzy z dawnych drużyn przypominają, że właśnie z nim pierwszy raz słuchali rockowych kapel... - Zabierałem ich na koncerty. "Odpuście dziś manekiny disco. Zabieram Was na koncert", później oddawali się rockowemu szaleństwu do tego stopnia, że mój przyjaciel - Arkadiusz Gołąb wszedł w pogo podczas koncertu TSA w Poznaniu z poważną kontuzją! Kilka godzin wcześniej zmiażdżył kostkę w trakcie meczu Młodej Ekstraklasy. Dźwięki utworu Mass Media okazały się jednak silniejsze od zdrowego rozsądku - przyznaje.

Nie wyglądał jak przeciętny piłkarz (tak jak dziś nie wygląda jak przeciętny nauczyciel). Koledzy z reprezentacji Polski do lat 16 byli zaszokowani, kiedy pierwszy raz zobaczyli go na zgrupowaniu w Gdańsku. Przyszedł na zbiórkę w długich włosach, koszulce Acid Drinkers i czarnych bojówkach. W dodatku koraliki i rzemyki na przegubach. Nadali mu ksywkę "Szaman" i dopytywali, o czym śpiewa ten cały Dżem.
O muzyce zaczął pisać kilka lat temu. Jest autorem "Głosu z ciemności" - wywiad-rzeki z Romanem Kostrzewskim, liderem grupy KAT (dziś Kat&RK), która jest niezaprzeczalną legendą polskiego metalu.
Udziela się również w piśmie "Musick Magazine". Niedawno skończył pisać kolejną książkę - o pierwszym koncercie Metalliki za żelazną kurtyną. Polska, katowicki Spodek, luty 1987. Publikacja jest w ostatniej fazie przygotowań, niebawem premiera. Pracuje również nad biografią zespołu KAT, jak i kolejną książką o znanym i cenionym artyście. Na razie nie chce jednak zdradzać szczegółów.

Kroczę przed siebie jak ten wagabunda

A futbol? - Pod koniec przygody z piłką wyjechałem z czechowicką drużyną na obóz przygotowawczy  na Mazury. Byłem kapitanem drużyny, więc pilnowałem się, ale w ostatnią noc ruszyliśmy w miasto.

Nagle stanął przede mną jakiś znajomy gość. Wymieniamy wzrok... Piotrek Świerczewski! Od razu niedźwiedź. "Żyłka, dlaczego to się tak potoczyło? Dlaczego nie grasz w ekstraklasie, byłeś dobry" - zagaił. Nie żałuję. Żyję w pociągu, w trasie, w świecie muzycznym i literackim. Kroczę przed siebie jak ten wagabunda i - co najpiękniejsze - nie znam celu! Kroczę w rytm utworu Me And That Man: "Don’t expect me to be sober / Well you know I’m running wild"...



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje