Reklama

Reklama

Bożydar Iwanow: Podział na biednych i bogatych nabierze jeszcze większego znaczenia

Romantyczne czasy, gdy nie było jeszcze Ligi Mistrzów i oglądaliśmy polskie kluby w rozgrywkach Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych, minęły już dawno. I wiadomo, że nigdy nie wrócą. Grano wtedy systemem mecz – rewanż i z zapartym tchem czekało się na to, na kogo Widzew, Legia czy Górnik trafią jeżeli przejdą kolejnego przeciwnika, bo losowanie odbywało się po każdej rundzie - pisze Bożydar Iwanow.

A potem już wypatrywanie "pucharowej" środy na antenie jednej telewizji. Bo przecież wtedy była tylko jedna. Transmisja to była rzecz święta. Mecz na ekranie był wydarzeniem, tematem, o którym rozmawiało się z kolegami kibicami na szkolnych przerwach.

Dziś młodzież może już nawet o tym nie pamiętać. Wychowana jest w zupełnie innych realiach i otwiera szeroko usta dziwiąc się, jak można było kiedyś przygotować się do komentowania spotkań bez Internetu, którego, gdy zaczynałem swą dziennikarską przygodę, po prostu nie było. A jednak dało się. I nikt wtedy nie narzekał.

Reklama

Widzew był w stanie wyeliminować Liverpool, a GKS Katowice Bordeaux Dugarry’ego, Lizarazu czy Zidane. Lech kończył karnymi rywalizację z Barceloną. Dziś jest to sytuacja zupełnie abstrakcyjna. Ba, Super Liga spowoduje, że polski klub już żadnego z wielkich na swej drodze nie spotka. Brama zamknięta, klucz wyrzucony, zostanie nam tylko lizanie cukierka przez ekran telewizyjnego odbiornika. Albo komputera.

Podział na biednych i bogatych nabierze jeszcze większego znaczenia. Barcelonie, Realowi, Milanowi czy "Manchesterom" już dawno "nie chce" się grać z Ludogorcem Razgrad, Dinamem Zagrzeb, Midtyjland czy nawet Celtikiem Glasgow. Kibice też najbardziej nakręcają się na hitowe mecze. Rzut oka na telewizyjne oglądalności najmocniejszych lig pokazują, że w Hiszpani licznie ogląda się głównie "Królewskich" i "Dumę  Katalonii", tak dużej uwagi nie zwraca się już na Atletico, a co dopiero na spotkania nawet półfinalisty Ligi Europy Villareal.

Czy gdyby Robert Lewandowski nie grał w Bayernie przed TV usiadłoby ćwierć miliona Polaków? Ilu kibiców ma ochotę obejrzeć Atalantę Bergamo? Albo Napoli, jeżeli nie mielibyśmy tam do niedawna dwójki naszych rodaków?

Globalnie "kręcić" nas będzie niedługo już tylko produkt najwyższej jakości. Champions League to już od dawna bardzo ekskluzywny twór kosztujący z każdą kolejną sprzedażą praw coraz więcej i na granicy opłacalności dla telewizyjnych stacji. Ale UEFA - jako że jest europejską federacją piłkarską - nie może "wykluczyć" z niej wszystkich mniej "atrakcyjnych" drużyny, choć miejsc dla "średniaków" w fazie grupowej i tak jest coraz mniej.

Piłkarskie gwiazdy i ich uposażenia są jednak tak drogie, że niektóre kluby chcąc je zatrzymać, są od lat zadłużone, czego najlepszym przykładem jest FC Barcelona. Trzy, cztery lata w Superlidze, mogłyby jednak rozwiązać ten problem. A że ktoś z tego powodu może ucierpieć? Bogaci nie będą się tym przejmować. Przecież nie tylko w futbolu działa taki mechanizm. Czy ten proces można zastopować?

Szykuje się niezła bitwa, z udziałem najbardziej znanych kancelarii prawnych z całego świata. Najpierw mistrzostwa świata na przełomie listopada i grudnia w Katarze, teraz Superliga. Świat już od dawna idzie w dziwnym kierunku. Złym. Szkoda, że także ta nasza kochana piłka.

Czytaj więcej na Polsatsport.pl!



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje