Reklama

Reklama

Borussia nie ma już prawa oddać tytułu

Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski mają wszystko co trzeba, by zostać polskimi mistrzami Bundesligi. Dortmund jest dla nich miejscem idealnym.

To była scena symboliczna, odsłaniająca kulisy szatni lidera ligi niemieckiej. Kiedy sędzia Manuel Grafe zagwizdał ostatni raz w hicie Bundesligi "pieczętując" klęskę Bayernu 1-3, piłkarze Borussii Dortmund razem z Juergenem Kloppem rzucili się z gratulacjami w kierunku Mitchela Langeraka. W 90 minut 22-letni Australijczyk przeistoczył się z gracza trzeciorzędnego, w cichego bohatera meczu na Allianz Arena, w którym sprostał nie tylko gwiazdom wartym dziesiątki milionów euro, ale 69 tysiącom ich kibiców.

Udany debiut

W tygodniu poprzedzającym mecz sezonu w Niemczech podstawowy bramkarz Borussii Roman Weidenfeller doznał kontuzji. Debiut Australijczyka wypadł więc w najtrudniejszej chwili, mimo to wytrzymał presję. Wyszedł na murawę na miękkich nogach, ale każda udana akcja kolegów dodawała mu siły. Miał kilka interwencji niepewnych, kilka szczęśliwych, a na koniec uratował drużynę przed bramką na 2-3. I także dzięki niemu, Borussia wygrała w Monachium po 19 latach.

Reklama

Nieco podobny do Australijczyka jest cały zespół z Dortmundu, na który przed sezonem nikt nie stawiał, tymczasem na 10 kolejek przed końcem "dorobił" się aż 16 punktów przewagi nad broniącym tytułu Bayernem i 12 pkt nad wiceliderem z Leverkusen. Niemiecka prasa komentowała, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów największa potęga Bundesligi straciła szanse na mistrzostwo aż tak wcześnie.

Po spotkaniu Łukasz Piszczek błysnął poczuciem humoru, gdy pytaliśmy go, czy to był dla Borussii mecz sezonu? - Tak, to był najważniejszy mecz sezonu, ale raczej dla Bayernu - odpowiedział. Rzeczywiście opromieniona zdobyciem San Siro drużyna musiała pobić lidera, by uratować swoje szanse w lidze. Gdy szefom klubu z Bawarii przypominano pierwszy mecz obu drużyn wygrany przez Borussię 2-0, ironicznie się uśmiechali. Uważali, że jesienią ich zespół był rozbity, szczyt formy osiągnął teraz, czego dowodziło wyjazdowe zwycięstwo nad Interem w 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Tymczasem ani Arjen Robben, ani Franck Ribery, ani Mario Gomez, ani Thomas Mueller nie potrafili pokonać zupełnie anonimowego Australijczyka z Dortmundu. Czy mogli go zlekceważyć? Raczej nie, bo Bayern chciał wygrać za wszelką cenę. Trzeba było zobaczyć wściekłość Bastiana Schweinsteigera, który zawalił pierwszego gola, a potem w strefie wywiadów odmówił rozmowy z kimkolwiek wywołując awanturę z ekipą telewizyjną, która zastąpiła mu drogę do autokaru.

Zapowiadający efektowne zwycięstwo swoich gwiazd prezes Bayernu Uli Hoennes wyglądał jak ciężka, gradowa chmura. Wściekłość mieszała się w nim z zawstydzeniem, bo choć dopuszczał myśl o stracie tytułu, nie chciał słyszeć nawet o remisie z Borussią. Tymczasem niemal od początku gry, to jego zespół musiał marzyć o podziale punktów. I nawet taka misja, będąca w istocie porażką Bayernu, się nie udała.

Idealne miejsce

Juergen Klopp ani dziesiątków milionów euro na transfery, ani wielkich gwiazd do dyspozycji nie miał. Stworzył zespół z piłkarzy młodych jak Mario Goetze, uznawany dziś za jeden z największych talentów w niemieckiej piłce lub Piszczek, który jeszcze rok temu był nieprzydatny w spadającej do II ligi Hercie Berlin. Wylansował Lucasa Barriosa sprowadzonego z ligi chilijskiej za 4,2 mln euro. Nazwisko tańszego niż Robert Lewandowski Paragwajczyka pojawiało się zimą w prasie hiszpańskiej, gdy trener Realu Madryt Jose Mourinho poszukiwał następcy dla kontuzjowanego Gonzala Higuaina.

Najbardziej jednak Klopp wypromował samego siebie. Po zamianie drugoligowego Mainz na Dortmund w półtora roku stworzył zespół grający ładnie, ofensywnie i skutecznie. Po zdobyciu Allianz Arena roześmiany trener Borussii był gwiazdą wieczoru w niemieckich mediach, komplementami obsypywali go wszyscy z Franzem Beckenbauerem na czele. Już jakiś czas temu pojawiły się sugestie, że to powinien być kolejny selekcjoner reprezentacji Niemiec.

Każdy z trójki Polaków z Borussii znajduje się w innym punkcie kariery w Bundeslidze. Lewandowski ją zaczyna, Piszczek odbudowuje, Kuba Błaszczykowski jest zmuszony, by zrobić w końcu krok do przodu, którego dotąd nie wykonał, co skazało go na pozycję gracza wchodzącego z ławki. Dla wszystkich Borussia wydaje się jednak miejscem idealnym. Nie są gwiazdami na miarę Bayernu, tymczasem Klopp daje im kopa w górę - czyli szansę rywalizacji na podobnym poziomie. Za pół roku wszyscy zagrają przecież w Lidze Mistrzów.

Po meczu z Bayernem Piszczek przyznał, że pierwszy raz w życiu grał przeciw tak znakomitemu skrzydłowemu jak Ribery. - Na początku kilka pojedynków przegrałem, ale potem zacząłem je też wygrywać - opowiadał zadowolony. Wydaje się, że w tej drużynie, i z tym trenerem wszyscy trzej Polacy powinni zrobić jeszcze spory postęp, który może mieć niebanalny wpływ na reprezentację Polski szykującą się do Euro 2012.

Od kilku lat jedynym polskim śladem w wielkiej piłce są bramkarze. Trio z Dortmundu jest o krok od przełamania tej tradycji. Na Allianz Arena gracze Borussii wciąż bali się mówić o mistrzostwie Niemiec. W stylu Adama Małysza Piszczek zapewniał, że nie wybiega myślą dalej niż do polskiego meczu z FC Koeln, kiedy na Signal Iduna Park (kiedyś Stadion Westfalii) przyjadą Sławomir Peszko, Adam Matuszczyk i Lukas Podolski. Zespół z Kolonii także w sobotę wygrał i jego walka o utrzymanie wygląda na wygraną. Po tak wielkim zastrzyku entuzjazmu jak ten w Monachium, Borussia nie ma już jednak raczej prawa oddać tytułu.

Dariusz Wołowski, korespondencja z Monachium

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Zobacz wyniki, terminarz i tabelę Bundesligi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje