Reklama

Reklama

Borussia Dortmund - dzieło nieskończone

Bukmacherzy przyznają Bayernowi Monachium tytuł mistrza Niemiec już po siedmiu kolejkach nowego sezonu, ale jeszcze bardziej zdumiewające wydaje się to, że za najgroźniejszego rywala Bawarczyków wciąż uznają Borussię Dortmund.

Z 14. miejsca na ósme wyciągnął Borussię strzał Łukasza Piszczka w 90. min meczu z Mainz. Polski obrońca zdobył swoją pierwszą bramkę dla klubu z Dortmundu, od razu taką, która dała dodatkowe dwa punkty, skok w tabeli o sześć pozycji i przełamanie złej serii (punkt w trzech poprzednich meczach).

Odurzeni radością szefowie mistrza Niemiec ogłosili koniec okresu niepewności, w którym tkwił ich młody zespół na starcie sezonu mającego potwierdzić jego wartość. Tak naprawdę był to jednak przede wszystkim koniec okresu niepewności dla Piszczka. Polak trafił do siatki trzy dni po tym, jak dowiedział się, iż PZPN zawiesił mu karę za korupcję. Bez przeszkód wraca więc do reprezentacji Polski.

Reklama

Zwycięstwo nad Mainz oznacza, że klub trzech Polaków ma dwa punkty straty do miejsca dającego prawo gry w europejskich pucharach, wszystko to po zaledwie siedmiu meczach, które z wyjątkiem inauguracji były dla zespołu z Dortmundu nadspodziewanie trudne. Po poprzednim sezonie eksperci od Bundesligi mieli uzasadnione nadzieje, że powstała w Niemczech drużyna zdolna zagrażać Bayernowi przez lata. Zespół Juergena Kloppa grał futbol rodem z Primera Division: zbyt kombinacyjny i finezyjny dla ligowych rywali. Wykreował też nieprzeciętne indywidualności jak sprzedany do Realu Turek Nuri Sahin, Paragwajczyk Lucas Barrios, Japończyk Shinji Kagawa, ale przede wszystkim wchodzący do reprezentacji Niemiec Mario Goetze, Mats Hummels, Malcer Schmelzer, Sven Bender wszyscy powołani na ostatni mecz z Polakami. Do nich można było dodać Piszczka stającego się jedną z gwiazd drużyny mistrzowskiej.

Zdawało się, że Klopp tworzył w Dortmundzie jakość gwarantującą wysoką pozycję w Europie na lata. Dlatego wszyscy dziennikarze z Polski wybuchnęli śmiechem, gdy tuż przed startem sezonu Łukasz Piszczek tłumaczył im, iż plany Borussii zakładają miejsce w czołowej szóstce. Wyglądało to na absurdalną skromność, szybko okazało się przejawem zdrowego rozsądku. Mija siedem kolejek Bundesligi, a obrońcy tytułu nie potrafią przypomnieć sobie mistrzowskiego stylu.

Sahin wyjechał, Barrios zmagał się z urazem, Kagawa ma kłopoty z formą, tak jak niemal wszyscy gracze Borussii. Po przegranej w 2. kolejce z Hoffenheim skończyła się spokojna, kombinacyjna gra, zaczęła nerwowa pogoń za punktami niesłużąca drużynie Kloppa.

Tymczasem jej największy rywal Bayern po porażce na starcie, szczęśliwie przełamał się w 90. min starcia w Wolfsburgu, by od tamtej pory deklasować wręcz następnych rywali. Już po siedmiu kolejkach bukmacherzy przyznają Bawarczykom tytuł mistrzowski płacąc zaledwie 1,22, za euro na nich postawione. Za największego rywala Bayernu wciąż uznają jednak młodego mistrza Niemiec, ale tu stawka jest już 10/1.

Dla zespołu Piszczka, Kuby BłaszczykowskiegoRoberta Lewandowskiego poważnym testem w tym sezonie jest też Liga Mistrzów, w której zadebiutowali remisem z Arsenalem 1-1 na Signal Iduna Park (Ivan Perisic zdobył wyrównującą bramkę w 88. min). Ich rywale przeżywają w swoich ligach podobne męki, zespół Arsene'a Wengera jest na 12. miejscu po 6 kolejkach Premier League, Olympique Marsylia na 13. po ośmiu meczach we Francji. Tylko Olympiakos nie zawodzi, ale liga grecka nie jest miarodajna dla poziomu europejskiego, co potwierdziła inauguracyjna porażka z Marsylią w Pireusie 0-1.

Kto z trójki faworytów grupy F najszybciej zapanuje nad kryzysem? Arsenal i Marsylia przewyższają Borussię doświadczeniem w Lidze Mistrzów, klub z Dortmundu gra w niej po 9 latach przerwy.

Dortmund to wciąż idealne miejsce dla trójki reprezentantów Polski, choć Kuba Błaszczykowski nie wykorzystał szansy, jaką była nieobecność ukaranego czerwoną kartką Goetze, a Robert Lewandowski zdobył tylko dwa gole w okresie, gdy leczył się Barrios. Z pewnością nie pomagały im kłopoty zespołu, nawet Piszczek nie był ten sam, nie zaliczył dotąd asysty, chyba, że złośliwi uznają za nią kiks w meczu z Mainz, gdy Polak zawalił gola na 0-1. Ten, kto przed sezonem uważał młodą drużynę Kloppa za wschodzącą gwiazdę europejskiej piłki, ma podstawy być zaniepokojony.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje