Reklama

Reklama

Boniek odpowiada Tomaszewskiemu

To od zawsze kulminacyjny moment każdej akcji - snajper staje "oko w oko" z bramkarzem i za ułamek sekundy jednemu z nich publika zgotuje owację na stojąco.

Na łamach "Magazynu Football" w roli bohaterów - Zbigniew Boniek i Jan Tomaszewski. W poprzednim numerze popularny "Tomek" wyszedł z bramki, by skrócić kąt. Teraz kolej na "Zibiego". Czy w sytuacji "sam na sam" zachowa zimną krew do końca? Wszyscy wstali z miejsc...

Reklama

Zacznijmy świątecznie. Proszę wymienić trzy osoby, którym nie wysyła pan kartek na Boże Narodzenie?

Wysyłam sporo kartek. Wśród ludzi, którzy je otrzymują nie ma, rzecz jasna, terrorystów i innych osób, z którymi normalny człowiek nie chce mieć nic wspólnego. Poza tym nie robię szczególnych wyjątków.

To znaczy, że ktoś, kto porównał pana do małpy z brzytwą, też może liczyć na ciepłe słowo? Jak rozumiem, chodzi o pana Tomaszewskiego. No cóż? Janek od lat powtarza w kółko to samo: okrągłe zdania, frazesy, kruczki, kwity. I nic z tego nie wynika. Każdej nocy śpię spokojnie, a jego retoryka dawno przestała mnie intrygować i nie zamierzam wdawać się z nim w puste dyskusje.

A nie zastanawiał się pan nigdy, skąd taka niechęć z jego strony do byłego kolegi z kadry?

Tu sprawa jest akurat prosta. Po 1 września 2001 roku, kiedy po zwycięskim meczu z Norwegią awansowaliśmy do mistrzostw świata, po prostu zabrakło dla niego blasku jupiterów. Nie załapał się do pociągu z napisem "zwycięzcy" i nigdy nie potrafił się z tym pogodzić. Od tamtej pory Janek uderza we wszystkich i we wszystko, bez zastanowienia strzela na oślep.

W takim razie pewnie nie brudził pan przy umowach marketingowych PZPN, jak twierdzi Tomaszewski?

Mnie jest trochę Janka żal i mówię to całkowicie szczerze. Odkąd przestał grać w piłkę, jeszcze nie zajął się niczym poważnym. Nazbierało mu się w życiu trochę porażek i bolesnych rozczarowań. Teraz ma pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie. A ja od dawna jestem jedną z jego ulubionych kart. W tym, co robi, jest trochę folkloru i odrobina cepelii, ale nic więcej. A umowy PZPN? Dobrze zorientowani wiedzą, że od podpisywania papierków byli inni ludzie. Kontrakty, na których ja złożyłem podpis, przyniosły krajowej federacji tylko splendor.

Ma pan też na myśli umowę z producentem ciemnego napoju gazowanego? Podobno przy okazji tej transakcji Boniek odsłonił oblicze szantażysty?

To chora fantazja pana Janka, ale jemu się szczegóły nigdy nie zgadzały. Przed wyjazdem na azjatycki mundial, PZPN wyraził zgodę, by w wyznaczonych lokalach rozdawano szklanki z wizerunkami polskich piłkarzy. To była tylko forma promocji, centrala nie wzięła za to pieniędzy. Zawodnicy dowiedzieli się o tym już w Korei Południowej i specjalnie zachwyceni nie byli. Wytłumaczyłem im, że ich prawa nie zostały naruszone, a jeśli mają odmienne zdanie, to nie widzę problemu - na stosowne kroki prawne przyjdzie czas po mistrzostwach. Każdy mógł sobie wynająć adwokata i zaskarżyć PZPN do sądu. Powiedziałem też, że nie przyjechaliśmy na turniej o mistrzostwo świata po to, żeby od rana do wieczora toczyć dyskusje o szklaneczkach. A jeśli ktoś myśli, że będzie inaczej, to może się pakować i wracać do domu. Jako szef tamtej ekipy, miałem pełne prawo, a nawet powinność zareagować w tak stanowczy sposób. Słyszał pan, żeby po powrocie do kraju któryś z kadrowiczów wystąpił na drogę sądową?

Nie słyszałem. Doszły mnie natomiast słuchy, że Boniek - szef marketingu - sam się mianował na stanowisko selekcjonera, jako szara eminencja PZPN?

Szara eminencja? Miałem wiele do powiedzenia w związku, ale to naturalne, bo w każdej firmie marketing jest gałęzią fundamentalną. Swoje miejsce w szeregu znałem jednak doskonale. Trenerem kadry zostałem tylko dlatego, że miałem ręku wszystkie potrzebne karty i odpowiednie ku temu argumenty. A Janek jak zwykle bawi się w ogrodnika - lubi przesadzać.

Z selekcjonerskiego fotela ustąpił pan rychło i zupełnie niespodziewanie. I znowu teoria Tomaszewskiego - podobno ten krok był ściśle związany z prawdziwie sensacyjną w tamtym czasie aferą Rywina?

Janek jest mocno zagrzany i sam nie za bardzo wie, co chce powiedzieć. Te zarzuty są dla mnie tak niedorzeczne, że nie bardzo wiadomo, z której strony na nie spojrzeć, żeby nie parsknąć śmiechem. Lew Rywin był moim dobrym kolegą, lecz na takiej stopie pozostawało z nim sto tysięcy innych osób. Dzisiaj nie wszyscy podają mu rękę, nie oznacza to jednak, że każdego, kto go znał, należy mieszać z błotem. Wszelkie podejrzenia pod moim adresem są czystym wymysłem. Rywin był człowiekiem mediów, ale sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych nigdy z nim nie negocjowałem. Czy sejmowa komisja śledcza, która wezwała przed swoje oblicze całą rzeszę świadków, chciała przesłuchać kogokolwiek ze środowiska piłkarskiego? Nie przypominam sobie. To chyba wymowny argument?

Może wszystkich odraził fetor. "Gdzie się nie dotknąć, to gówno. Śmierdzi nieprawdopodobnie na odległość" - mówi Tomaszewski o PZPN. Nie chciałbym Janka obrażać. Ale skoro tak brzydko pachnie, to dlaczego od lat pcha się do związku drzwiami i oknami?

Jego krytyka byłaby może pożyteczna, gdyby choć w jednym calu była merytoryczna. On za szybko się podnieca. Jak raz zobaczy coś w złym kolorze, to traci poczucie rzeczywistości na długie lata. Pewne rzeczy zrozumie, jak będzie miał 70 lat.

Ale to właśnie on jest człowiekiem, który może uratować polską piłkę. Jeśli tylko zostanie komisarzem związku?

Zapłaciłbym dużo pieniędzy, żeby tylko do tego doszło. Jestem człowiekiem, który uwielbia żartować i bardzo lubi się pośmiać. Chciałbym go zobaczyć u władzy przynajmniej przez jeden dzień. Podpisuję się pod tym pomysłem rękami i nogami.

Ale wtedy nie zorganizujemy finałów Euro 2012. Ponoć to też sprawa o posmaku kryminalnym? I znowu ta kolorystyka. Kryminał to barwne słowo i właśnie takie Janek lubi najbardziej. A przecież Tomaszewski to człowiek, który jest rozpoznawalny w wielu miejscach świata. Jego twarz można by z powodzeniem wykorzystać do celów promocyjnych. Chodzi tylko o to, żeby za dużo nie mówił. Bo ludzie wiedzą, jak wygląda, ale nie wiedzą, że jest lekko szalony?

Jest szansa, że mistrzostwa Europy odbędą się nad Wisłą?

Bardzo niewielka. Jestem sceptyczny w tym temacie, bo w zarządzaniu i organizacji całego projektu dostrzegam zbyt wiele dyletanctwa. Największe błędy popełniono w działaniach promocyjnych. Można było to zrobić o niebo lepiej. Ostatnio czytałem o miastach, które miałyby organizować poszczególne mecze. Brakuje nawet odwagi, żeby się przyznać, że spośród sześciu propozycji cztery są czołowe, a dwie tylko rezerwowe?

Wobec tego - jeśli nie Polska, to kto?

Na tę chwilę moim faworytem są Włochy. Pewną barierą może się okazać problem chuligaństwa, ale to i tak zupełnie inna skala niż w Polsce. Ostateczna decyzja zależy ledwie od kilkunastu osób. Pytam więc - co myśmy zrobili, żeby przekonać ich do polsko-ukraińskiej kandydatury? Można przecież tych ludzi zaprosić, pokazać ważne dla naszej historii miejsca, przedstawić znanym i szanowanym postaciom życia publicznego. Nie mówię wcale o przekupywaniu. Chodzi raczej o wywarcie presji - moralnej, kulturalnej...

Mógłby pan pomóc?

Nawet gdyby złożono mi taką propozycję, z niektórymi ludźmi nie mógłbym współpracować, bo nie lubię amatorki.

Brzmi poważnie. Żałuje pan dzisiaj decyzji o objęciu sterów reprezentacji?

Nie żałuję. Jest mi tylko przykro, że musiałem zrezygnować z posady, bo nie lubię zostawiać roboty w połowie. O moim odejściu zadecydowały wyłącznie sprawy prywatne, ale nie zwykłem rozprawiać o względach osobistych - dlatego proszę mnie o to nie pytać. Powiedziałem przepraszam, dziękuję i kropka.

Pewnie jednak nadejdzie jeszcze taki dzień, w którym powróci pan na eksponowane stanowisko w polskim futbolu?

Najpierw Tomaszewski musi zostać komisarzem. Potem wszystko jest możliwe... Do uzdrowienia rodzimego futbolu może wcale nie potrzeba rewolucji, tylko wymiernego sukcesu sportowego. Aspekt sportowy nie powinien mieć nic wspólnego z zagadnieniami prawno-organizacyjnymi. Wiadomo jednak, że sukces zawsze pomaga, a porażka przeszkadza. Nie może by jednak tak, że jak przegrywamy, to jest źle, a jak zwyciężamy - to zaraz jest dobrze. Jako nacja mamy zbyt dużą skłonność do generalizowania pewnych rzeczy. Na najbliższym mundialu planem minimum jest wyjście z grupy. A potem, w drodze po zaszczyty, każdy mecz może być tym pierwszym lub ostatnim...

Z Tomaszewskim łączy pana jedno: obaj nie poraziliście trenerskim geniuszem.

Zaraz, zaraz. Nie porównujmy wełny do kaszmiru. Prowadziłem kilka włoskich zespołów w różnych klasach rozgrywkowych, także w Serie A. Znam smak spadku i awansu. Warsztat trenerski i futbolowa metodologia pracy nie stanowią dla mnie zagadki. O doskonałości może mówić tylko ten, co nic nie robi, bo bezczynność rzadko kiedy owocuje błędem. Szkoleniowiec ma wizję gry, ale reszta jest poza nim ? wykonawcą planu zwycięstwa pozostaje drużyna. Moja trenerska przygoda wielkim sukcesem nie była, ale sugerowałbym jednak ostrożność w wystawianiu negatywnych ocen.

Z obecnym selekcjonerem zna się pan doskonale. Czy Paweł Janas to rzeczywiście urodzony farciarz?

Paweł to człowiek absolutnie ułożony, dlatego bardzo dobrze uporządkował również najpilniejsze sprawy w kadrze. To nie jest ktoś, kto od rana do wieczora zabiega o swoje PR. On dba o drużynę i robi to bez zarzutu. Jestem wychowany w ten sposób, że nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem. Paweł jest moim przyjacielem, cieszę się z jego sukcesów i zawsze życzę mu jak najlepiej.

Widocznie Janas zawsze był dla Bońka uprzejmy. Nadal jest pan wierny zasadzie, że dla grzecznych należy być trzy razy grzeczniejszym, a dla niegrzecznych - sześć razy bardziej niegrzecznym?

To zależy. Generalnie wciąż trzymam się tej dewizy, ale z upływem lat człowiek do pewnych spraw podchodzi z większym dystansem i wiele potrafi wybaczyć.

To dlatego Tomaszewski nie wisi jeszcze na gołym haku?

Mnie jest Janka po prostu szkoda. Budzi we mnie więcej politowania niż prawdziwej złości. Ja patrzę na świat pogodnym okiem. Czuję się spełniony jako piłkarz, a po zakończeniu kariery zawodniczej było jeszcze lepiej - samorealizację znalazłem również w innych dziedzinach życia. Nikomu nie zrobiłem krzywdy i niczego się nie muszę wstydzić. Wiele Tomaszewskiemu przebaczyłem, ale są też rzeczy, których nie zapomnę mu nigdy.

Kiedyś było między wami inaczej?

Do 2001 roku w swych felietonach pisał hymny pochwalne na moją cześć. Prawie trzy dekady wstecz, podczas mistrzostw świata w Argentynie, mieszkaliśmy nawet w jednym pokoju. Mało kto też pamięta, że karierę krytyka telewizyjnego załatwił Tomaszewskiemu... pan Boniek. Kiedy moja firma współpracowała ze stacją Wizja TV, zapytano mnie o kogoś z komentatorskim zacięciem. Wskazałem wtedy na Janka. Ale tak to już jest, że czasem na własnej piersi wyhoduje się wrzoda.

Ho, ho? Ciekawe, jaka będzie riposta Tomaszewskiego.

Jestem teraz twarzą jednego z operatorów sieci telefonii komórkowej. Może niech Janek wykupi mistrzowską promocję, bo jak będzie miał szczęście w losowaniu, to przed mundialem załapie się na samolot dla VIP-ów. Będzie okazja, żeby wymienić uwagi. Zapewniam jednocześnie, że ten wywiad jest dla mnie wielką nadzieją na to, że Tomaszewski zostanie wreszcie komisarzem związku. I powtarzam - płacę za to z góry.

Tymczasem na mistrzostwa poleci pan kontuzjowany?

Zerwane ścięgno Achillesa to na szczęście tylko uraz mechaniczny. Za trzy, cztery miesiące znowu będę chodził. Ale dosyć już tej gadki! Zaraz Janek wszystkim rozpowie, że mam nogę w gipsie, bo ugryzł mnie Lew...

Rozmawiał Łukasz Żurek

Dowiedz się więcej na temat: rzeczy | PZPN | Boniek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje