Reklama

Reklama

Bogusław Kaczmarek cytuje Konfucjusza, oszczędniejszy w stosunku do Piątka

Trener Bogusław Kaczmarek z niejednego pieca chleb jadł. Od Startu Łódź, przez Lechię Gdańsk, Stomil Olsztyn po Polonię Warszawa, by ponownie wylądować w Trójmieście. To tak w skrócie. Doskonale widzi, czego brakuje w szkoleniu młodzieży, oraz, co się z piłkarskimi talentami dzieje, kiedy już wypłyną na szerokie wody europejskiego futbolu.

Interia: - Słynie pan z tego, że m.in dzięki pana pracy trenerskiej piłkarski świat mógł podziwiać na boiskach wielu zawodników, którzy potem robili kariery, np. Tomasz Sokołowski czy Jerzy Dudek. Tymczasem w Polsce coraz częściej zaczyna się głośno mówić o szkoleniu młodych piłkarzy. Jak pan widzi tę sytuację?

Bogusław Kaczmarek: - Wszyscy mówią, że polskiej piłce potrzebny jest większy napływ nowych zawodników, potrzeba więcej akademii piłkarskich, których powstaje coraz więcej, i większej liczby szkółek piłkarskich. Ale nie zapominajmy o dobrym skautingu, który powinien polegać na tym, by sięgać po młodych i zdolnych chłopaków na peryferiach futbolu. To temat rzeka. Ludzie, którzy mieliby poprawić sytuację, musieliby mieć odpowiednie nastawienie i umiejętności. Ja miałem przyjemność zaczynać, jeszcze na pierwszym roku studiów, trenerską przygodę z trenerem Wojciechem Łazarkiem, który z kolei też był na początku szkoleniowej drogi. To są lata doświadczeń, błędów wszelkiego rodzaju. Tymczasem teraz, we wszelkich akademiach piłkarskich, może pracować człowiek, który ukończy wszelkiego rodzaju - najczęściej kursy czy zdobędzie licencje. Została zarzucona pewna hierarchia.

Reklama

O jakiej hierarchii pan mówi?

- W każdym zawodzie powinna być instytucja tzw. mistrza, by młodzi ludzie mogli korzystać z doświadczenia starszych, którzy mają większą wiedzę. U nas tego brakuje. Bardzo też się dziwię, że tak mało byłych piłkarzy pracuje z młodzieżą. Czemu tak jest? Bo każdy chce żyć godnie i wygodnie w Ekstraklasie, a najlepiej w reprezentacji. Gdyby zrobić wiwisekcję w akademiach, w projektach dotyczących młodzieżowej piłki, toby się pewnie okazało, że w dużej mierze pojawiają się tam młodzi ludzie, którzy nie potrafią obchodzić się ze sprzętem, rzadko ich się piłka słucha, a oni nie potrafią z piłką rozmawiać. Myślę, że dla inicjacji młodych piłkarzy powinna obowiązywać koncepcja filozofa Konfucjusza: "Możesz dużo mówić, młodzi zapomną. Gdy pokażesz, młodzi będą próbowali cię naśladować". Żywy obraz lepiej przemawia do ludzi. Dla mnie ważną rzeczą są autorytety piłkarskie.

Mówi pan o podstawach, o tym jak ważna jest praca, kontakt trenera z młodzieżą, z dziećmi. A co pan myśli o działaniach wręcz przeciwnych, odgórnych? Mówię tu o zmianach które wprowadził PZPN, a dokładnie o jednym młodzieżowcu w drużynie w meczu Ekstraklasy, gdy jednocześnie zniesiono limit na obcokrajowców spoza Unii Europejskiej?

- Kłopotem naszego kraju, tak mi się wydaje, jest to, że największą stałą, to są ciągłe zmiany... Proszę zauważyć, ile zmian dokonano w ciągu ostatnich ośmiu lat, choćby podział tabeli, podział punktów. Śmiała się z nas cała Europa, pytając, dlaczego jeszcze nie liczymy punktów za okienko jako za trzy, a środek bramki za jeden. Oczywiście w żartach. Ale wracając do obligacji dla młodzieżowców. To ruch administracyjny, który zostanie zrewidowany przez praktykę. I właśnie, na początku widać niespójności, bo tak jak pan pytał, otwarcie się na zawodników spoza Unii Europejskiej, może stanowić trudności dla naszych młodych zawodników. A polski rynek młodzieżowy stał się atrakcyjny.

Przykład?

- Nie jest przypadkiem, że ciekawym rynkiem dla kontrahentów stało się Zagłębie Lubin. Ktoś parę lat temu poszedł po rozum do głowy i zadał sobie pytanie, jak długo klub, który jest sponsorowany przez spółkę skarbu państwa, będzie ładował pieniądze w wybrakowany piłkarski towar, który przychodzi z zagranicy. Stworzyli piękną bazę treningową, zrobili bursę, ściągnęli ludzi, którzy znają się na piłce. To stamtąd w wyniku skautingu wyszedł na przykład Krzysztof Piątek, który wcześniej grał w Dzierżoniowie.

A propos Krzysztofa Piątka. Od wielu dni trudno włączyć telewizor czy portal informacyjny, nawet taki niepoświęcony sportowi, by usłyszeć nowe "rewelacje" informacje na temat tego... no właśnie? - hitowego, czysto sportowego transferu do AC Milan, czy raczej popkulturowej, medialnej szopki?

- Sportowe życie to jest tak, jakby "od skrajności do skrajności, od wielkości do nicości". Niektórzy już mówią, że Piątek jest Szewczenką, natomiast ja bym poczekał troszeczkę. Na pewno Piątek jest doskonałym elementem marketingowym dla młodych chłopaków, którzy mają szansę przez grę w polskiej Ekstraklasie czy polskich klubach, walczyć o zaszczyty w piłce nożnej. Myślę, że rynek włoski będzie otwarty, bo Piątek zrobił dobry marketingowy krok. Jednak byłbym oszczędniejszy w ocenach, poczekajmy na regularną grę tego zawodnika w Milanie, który nie jest już tym klubem, którzy rządził Europą, a raczej bym powiedział, że powyżej średniej ligi włoskiej.

Abstrahując od całej otoczki? Jak pan ocenia dyspozycję sportową Krzysztofa Piątka?

- Zrobił niesamowite postępy jeżeli chodzi o kilka elementów piłkarskich. Początek został na pewno zrobiony.

Łukasz Razowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL