Reklama

Reklama

40 lat temu odbył się jeden z najbardziej niezwykłych meczów w dziejach reprezentacji Polski

28 października 1981 roku Polska, pierwszy raz w dziejach, wygrała mecz piłki nożnej z aktualnym mistrzem świata, Argentyną (2-1), w dodatku na jej terenie. Okoliczności tego zwycięstwa są niecodzienne. Dziś nie doszłoby już do sytuacji, żeby bramkarz grał na własną odpowiedzialność...

Wszystko wydarzyło się już po awansie reprezentacji na hiszpański mundial. Rywal był niezwykle mocny, niektórzy z obawą oczekiwali tego towarzyskiego meczu. W reprezentacji gospodarzy zagrało aż ośmiu piłkarzy, którzy w 1978 roku zdobyli mistrzostwo świata. Argentyna była bardzo silna, prowadził ją Cesar Luis Menotti, do zespołu doszedł młody Diego Maradona, choć on akurat przeciw Polsce nie zagrał.

Skóra pękła, kość była na wierzchu

Mecz był zdumiewający przede wszystkim z powodu problemów z... bramkarzami. Piotr Mowlik nie mógł zagrać, bo akurat zmarł mu ojciec. Józef Młynarczyk nie mógł zagrać , bo akurat złamał palec. Jan Tomaszewski nie mógł zagrać, bo... prawdopodobnie się obraził, że nie wystąpił w Lipsku przeciw NRD, więc na lotnisku w Hiszpanii, na międzylądowaniu - mimo próśb - się nie pojawił. Z kolei Jacek Kazimierski nie mógł zagrać, bo... nikt nie umiał go znaleźć, komórek nie było. 

Wrócił więc pomysł z... Młynarczykiem. Bramkarz opowiadał, że zgodził się na wyjazd, bo... myślał, że będzie rezerwowym! Dopiero potem docierało do niego powoli, że skoro nie udało się znaleźć Kazimierskiego, skoro na lotnisku nie pojawił się Tomaszewski, to dojdzie do nieuchronnego. 

Reklama

- Trener Piechniczek chciał, żebym pojechał na ten mecz. Miałem być tylko rezerwowym i jeszcze w Argentynie myślałem, że tak będzie. Sądziłem, że Tomaszewski doleci do Buenos Aires. Przecież ja miałem fatalny uraz. Dostałem piłką w palec wskazujący i górna część paliczka jakby obsunęła mi się w dół. Kiedy masażysta to zobaczył aż jęknął, że od razu trzeba nastawić, bo potem nie wiadomo, co z tym będzie. Jak szarpnął, bolało strasznie. W dodatku skóra pękła i kość była na wierzchu. W takim stanie moja gra była bezsensowna - opowiadał Józef Młynarczyk

Miał rękę na temblaku, przed hotelem w Buenos Aires czekał nerwowo na drugiego bramkarza. - Coraz bardziej się niepokoiłem. Czas płynął, a do mnie zaczęło docierać, że jednak to ja będę musiał zagrać - opowiadał Młynarczyk. Paweł Janas wspominał mi, że kiedy do reszty drużyny dotarło, co się dzieje, byli przestraszeni. - Mamy grać na terenie mistrza świata z bramkarzem, który nie może bronić obiema rękami. Dwa palce, w tym ten złamany, sklejono Józkowi plastrem, żeby trzymały się razem i wsunięto do rękawicy - mówił Janas. 

Zbigniew Boniek chciał zagrać na bramce

Zbigniew Boniek, z charakterystyczną dla siebie, junacką przekorą zaoferował się, że on wejdzie do bramki. Mało kto wiedział, że czasami przed ważnymi meczami w kadrze i Widzewie po ostatnim treningu dla rozluźnienia brał rękawice i stawał w bramce. Lubił to, podobała mu się gra bramkarza. - W Argentynie naprawdę pomyślałem, że kiedy Józek nie wytrzyma już z bólu, to go w tej bramce zastąpię, byłem na to gotowy - opowiadał honorowy prezes PZPN.

To oczywiście nie wchodziło w grę. Ale problem był coraz większy: Młynarczykowi trudno było nawet opuścić tę rękę, bo od razu zaczynała boleć. Poprosił lekarza reprezentacji Janusza Garlickiego, żeby wbił mu zastrzyk znieczulający. Ręka jednak wyglądała tak strasznie, że doktor gdy ją zobaczył, stwierdził, że bramkarz musi podpisać oświadczenie, że gra na własną odpowiedzialność. 

Młynarczyk podpisał. Wiedział, że od niego mnóstwo zależało i gdyby okazało się, że Polska w tym meczu nie ma bramkarza, mówiłby o tym cały świat.

Józef Młynarczyk skromnym bohaterem

Młynarczyk okazał się niezwykłym twardzielem. Wszedł do bramki i... bronił rewelacyjnie. Miał kilka trudnych sytuacji i dał radę. Potem skromnie mówił, że to koledzy nie dopuścili do zbyt wielu groźnych sytuacji. Gola wbił mu jedynie po strzale z dystansu słynny obrońca River Plate, kapitan mistrzów świata - Daniel Passarella. Po takim meczu trudno wyobrazić sobie, co jeszcze musiałby zrobić bramkarz, żeby nie być golkiperem numer jeden w kadrze. 

Jednak koledzy w polu też grali świetnie. Gole zdobywają Zbigniew Boniek i Andrzej Buncol. "Zibi" strzelił bramkę z efektownego rzutu wolnego. - Ten mecz ostatecznie zbudował przeświadczenie, że rzeczywiście możemy coś z tą drużyną osiągnąć na mundialu. W niczym nie ustępowaliśmy mistrzom świata - powiedział po latach Antoni Piechniczek.

***
Korzystałem z książki Pawła Czado i Beaty Żurek "Piechniczek. Tego nie wie nikt" (Warszawa, 2015).



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje