1:5 po 48 minutach, koszmarny wieczór Lecha w Poznaniu. Kompletny nokaut
Lech Poznań nie zagra w tym sezonie w rozgrywkach Ligi Mistrzów, ale wciąż ma szansę na to, aby reprezentować naszą Ekstraklasę w Lidze Europy. W czwartej rundzie eliminacji do tych europejskich rozgrywek "Kolejorz" mierzył się w Poznaniu z belgijskim Genkiem. To był dla mistrzów Polski absolutnie koszmarny wieczór, który zakończył się wynikiem 1:5.

Lech Poznań sezon 2025/2026 rozpoczął przeciętnie. Zarówno rozgrywki polskiej PKO Ekstraklasy, jak i eliminacje do europejskich pucharów nie idą tak, jakby tego chciał Niels Fredriksen. Zespół z Wielkopolski w pierwszej kolejce naszej ligi sensacyjnie poległ na własnym stadionie z Cracovią. Od tego momentu w Ekstraklasie już obrońcy tytułu nie zaznali goryczy porażki.
Niestety jednak przydarzył się dość słaby występ przed własnymi kibicami w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Rywalem była serbska Crvena, która w ostatnich latach zbudowała sobie dość mocną pozycję europejskiego średniaka. Niestety goście potrafili w Poznaniu wykorzystać błędy indywidualne Lecha i w rewanżu musieli tylko obronić przewagę.
Lech rozbity w domu. Belgowie dali lekcję futbolu
Ta sztuka się Crvenie udała. To sprawia, że Lech w ostatniej rundzie eliminacji powalczy nie o fazę ligową Ligi Mistrzów, a o tę Ligi Europy. Zespół prowadzony przez Fredriksena w pierwszym meczu mierzył się z belgijskim Genkiem w Poznaniu, ale to goście byli delikatnym faworytem tego spotkania.
Rozpoczęło się nieźle, Lech stworzył sobie dwie całkiem dobre okazje bramkowe, ale żadnej z nich nie wykorzystał. Lepszą skuteczność pokazali goście, którzy w 10. minucie wyprowadzili pierwszą dobrą kontrę i w zamieszaniu najlepiej odnalazł się Hrosovsky, który z łatwością pokonał Mrozka. Radość gości nie trwała długo, bo w 19. minucie znakomitą kontrę wyprowadził Lech, a Jagiełło doskonałym płaskim strzałem wykończył akcję, doprowadzając do remisu.

Radość Lech również nie była zbyt długa. W 23. minucie kontuzji doznał Antonio Milić. W związku z tym musiał zejść z boiska i Lech grał w dziesiątkę. Goście to wykorzystali, zagrywając prostopadłe podanie między rozbitą defensywę Lecha. W polu karnym znów znakomicie zachował się Hrosovsky, który wyprowadził belgijski zespół na prowadzenie. Od tego momentu wszystko się posypało.
W 33. minucie Genk wyszedł z kolejną akcją ofensywną i tym razem wykończył ją Heynen. Ledwie pięć minut później goście dostali rzut karny, który obronił Mrozek i mogłoby się wydawać, że to poniesie drużynę, ale nic bardziej mylnego. Już dwie minuty później na tablicy wyników było 1:4 po strzale Hyeon-Gyu Oha. Z takim rezultatem "Kolejorz" schodził do szatni.
Na drugą połowę trener Fredriksen posłał do boju Michała Gurgula, który bardzo szybko zapisał się w protokole sędziego. Już w 48. minucie bowiem młody polski obrońca wpisał się na listę strzelców dla...Genku, "popisując się" samobójem. Wiele więcej już się nie wydarzyło, choć obie ekipy miały swoje szanse na zmianę wyniku. Na całe szczęście Belgowie nie byli już tak skuteczni, a i Lech niestety nie dał rady nic dołożyć przed rewanżem, który niestety wydaje się przykrą formalnością.











