Zmierzch Bogów
Chociaż zapożyczenie tytułu od świetnego obrazu Luchino Viscontiego to lekkie nadużycie, jednak znakomicie pasuje do komentarza aury aktualnego Mundialu. Niespodzianki, sensacje, dramaty! Wszak prawie wszyscy starzy mistrzowie mają kłopoty. Włosi nie dojechali na turniej, Urugwajczycy odpadli w grupie, Niemcy w 1/16 a Brazylijczycy w 1/8 finału. A przecież razem, w całej historii światowego championatu, zdobyli aż 15 tytułów i zdawać by się mogło, że tak będzie przez wieki.

I w zasadzie tylko Argentyna reprezentuje wąskie grono wielokrotnych zdobywców Pucharu Świata, chociaż i na nią, sądząc po przebiegu meczu z Cabo Verde może rychło przyjść wyrok. A czy to źle mógłby zapytać zwolennik współczesnej Norwegii czy Maroka? A pewnie i fan Francji bardziej liczy na trzeci tytuł swojej drużyny niż opłakuje porażki faworytów. No i zapewne Hiszpanie także nie są tym specjalnie zmartwieni. Nie mówiąc już o Anglikach, którzy od ostatniej nocy wiedzą już doskonale, jak się czuli Polacy na Wembley w 1973 r. I tak jak nam wtedy otworzyły się drzwi do piłkarskiego raju, po wytrwaniu w oblężonej twierdzy, tak i teraz Lwom Albionu może sprzyjać opatrzność w najbliższej przyszłości. Może, ale nie musi, o czym było wyżej.
Cokolwiek jednak czeka Anglików w ćwierćfinale z Norwegami, to nocny horror na Estadio Azteca miał w sobie coś symbolicznego. Dwie godziny wcześniej pożegnała się z tegorocznym Mundialem Brazylia w dość nieszczęśliwych okolicznościach. Ta sama Brazylia, która 56 lat temu, właśnie na tym samym stadionie w stolicy Meksyku, najpiękniejszym akordem kończyła nie tylko cudowną, reprezentacyjną karierę Pelego, ale swój najbardziej efektowny Mundial. Ten sam Mundial, na którym Anglicy, broniący tytułu z 1966 roku, odpadli w ćwierćfinale po dramatycznym boju i bramce straconej w dogrywce z Niemcami. Ci zaś, po jeszcze bardziej dramatycznym meczu półfinałowym i pięciu bramkom strzelanym na zmianę w dogrywce (!), właśnie na Stadionie Azteków, ulegli Włochom 3:4. W finale, na tym samym stadionie, Brazylia zaczarowała cały piłkarski świat deklasując Włochów 4;1 a tym samym zdobywając po raz trzeci Puchar Rimeta, jako pierwsza drużyna w historii.
A wszystko to przypomniało mi się, po wczorajszym apelu Thomasa Tuchela do wszystkich rodziców w Anglii, żeby pozwolili swoim dzieciom zarwać noc dla oglądania meczu z Meksykiem, bo będzie warto to wspominać. Jako żywo stanęły mi przed oczami moje negocjacje z Rodzicami w 1970 roku, żeby pierwszoklasista, jeszcze przed rozdaniem szkolnych świadectw, mógł o 23.00 zasiąść z Ojcem do czarnobiałego "Szmaragda". Nie spać a zobaczyć na żywo Pelego, Franca Beckenbauera, Bobby Charltona czy Gianniego Riverę. Zobaczyć w czeskiej ĆT1, bo PRL nie transmitował Mundialu i wszyscy ojcowie na osiedlu skakali po dachach i kręcili antenami tak długo, aż obraz z czeskich nadajników dało się oglądać. Takie to były czasy!
I tak jak wtedy było warto, tak i wczoraj było warto siedzieć po nocy! I nie chodzi tylko o przyszłe wspomnienia angielskich dzieci, ale o magię tego wydarzenia na tym unikalnym - wręcz metafizycznym - obiekcie. O czar futbolu, wiarę, heroizm i braterstwo broni uczestników widowiska, z których wszyscy bez wyjątku (w odróżnieniu do drużyny z Paragwaju polującej na Francuzów) chcieli grać w piłkę do ostatniego gwizdka sędziego. I chociaż zmierzch futbolowych Bogów jest faktem, to już można szykować się do okrzyków - "Umarł król, niech żyje król!". Tylko kto nim będzie? A może ktoś pierwszy raz zasiądzie na tym tronie?













