To w tej grupie miała grać Polska. Aż cztery gole, zaczęło się po przerwie
Dość długo kibicom na gole kazali czekać dziś Holendrzy oraz Japończycy. Obie drużyny na przerwę schodziły przy bezbramkowym remisie. Po zmianie stron sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. W sumie padły aż cztery trafienia. Początkowo wydawało się, że faworyzowani Europejczycy zgarną na otwarcie mundialu komplet punktów. Azjaci dwukrotnie doprowadzali jednak do remisu. Skończyło się na wyniku 2:2.

W nocy z niedzieli na poniedziałek swoje zmagania na tegorocznych mistrzostwach świata rozpoczęła grupa, do której trafić mogła reprezentacja Polski. Kadra Jana Urbana w przypadku wygranej w barażach miała zmierzyć się z Holandią, Japonią oraz Tunezją. Ostatecznie "Biało-Czerwoni" ponieśli klęskę w Sztokholmie, wobec czego zamiast nich na mundial polecieli Szwedzi.
Jako pierwsi w Dallas do boju ruszyli "Oranje" i przedstawiciele "Kraju Kwitnącej Wiśni", czyli główni kandydaci do zajęcia pierwszej lokaty we wspomnianej wyżej grupie. Oba zespoły kibice znad Wisły znają bardzo dobrze. Holendrzy byli rywalami "Orłów" w eliminacjach do północnoamerykańskiego turnieju. Japończycy z kolei grali przeciwko Polakom na mundialu w Rosji w 2018 roku.
Zawodnicy w pomarańczowych strojach już w 3. minucie byli blisko wymarzonego otwarcia mundialu. Futbolówka trafiła do stojącego tyłem do bramki Donyella Malena. Napastnik zdołał przechytrzyć kryjącego go obrońcę i z piłką przy nodze obrócił się w kierunku golkipera. Bez chwili namysłu posłał bardzo mocny strzał. Zion Suzuki jednak nie zawiódł.
Po tej sytuacji wydarzenia na boisku wciąż głównie kontrolowali Holendrzy, legitymujący się większym procentem posiadania piłki. Japończycy również co jakiś czas szukali swoich szans. Za przykład posłużyć może między innymi nieudane uderzenie Hirokiego Ito. W odpowiedzi z wymagającej pozycji niecelnie główkował Denzel Dumfries, lecz Suzuki kontynuował dobrą serię między słupkami.
Po raz kolejny swój zespół uratował on w 34. minucie. Znów chrapkę na zdobycie gola miał Malen, dodatkowo później mieliśmy do czynienia z dobitką. Dla Azjatów był to sygnał do zachowywania większej czujności w defensywie. Japończycy nie poddawali się także jeśli chodzi o ofensywę. W przeciągu 120 sekund faworytów postraszyli Keito Nakamura oraz Ayase Ueda. Bart Verbruggen nie musiał interweniować i do szatni oba zespoły zeszły przy bezbramkowym remisie.
Mourinho dopiął swego. Bierze do Realu mistrza Europy. Transferowy hit
Gol za golem po przerwie. Mecz Holandia - Japonia zakończył się remisem
Długo wyczekiwane konkrety nadeszły po zmianie stron. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Holendrzy. Wysokim podaniem w pole karne Japończyków popisał się Ryan Gravenberch, a piłkę głową do siatki skierował Virgil van Dijk. Azjaci początkowo delikatnie protestowali, domagając się odgwizdania faulu. Defensor Liverpoolu nie popełnił jednak żadnego błędu i po kilkudziesięciu sekundach odetchnął z ulgą.
Europejczycy z korzystnego rezultatu nie cieszyli się długo, ponieważ niecałe dziesięć minut później tablica wyników wskazywała już 1:1. Keito Nakamura znalazł dobrą pozycję do strzału, lekko cofając się od bramki strzeżonej przez Barta Verbruggena i precyzyjnym strzałem pokonał Holendra. Futbolówka po drodze otarła się jeszcze od któregoś z podopiecznych Ronalda Koemana. Wspomniany selekcjoner rzecz jasna nie sprawiał wrażenia zadowolonego.
"Nie zna się kompletnie na piłce". Mieli dość Polaka. Potężna burza
Szybko jednak humor poprawił mu Crysencio Summerville. Debiutancki gol 24-latka na mundialu nie dał jednak faworytom trzech punktów do tabeli. Tuż przed doliczonym czasem gry bohaterem Japończyków okazał się Daichi Kamada. Pomocnik zamienił na bramkę dośrodkowanie z rzutu rożnego. Więcej trafień już nie padło.













