Artur Gac, Interia: Chyba nie pomylił się pan ze swoimi przypuszczeniami, jak może wyglądać prowadzenie finału przez słoweńskiego sędziego Slavko Vinčicia. Nie był zdolny bezbłędnie poprowadzić pojedynku Hiszpanii z Argentyną, bo miałem wrażenie, że tak wszedł w to spotkanie, jakby miał zamiar rozdawać kartki według swojego uznania.
Michał Listkiewicz: - No tak, on po prostu reagował na wydarzenia, a nie jakby je przewidywał i stosował jakąś prewencję. A sztuka świetnego sędziowania jest taka, żeby właśnie nie dać się prowadzić meczowi, tylko samemu go prowadzić. A tutaj to finał go poprowadził. Szczególnie początek był fatalny, bo dał do zrozumienia zawodnikom, że róbcie co chcecie. Zresztą w półfinale, przy innym arbitrze, było podobnie w meczu Anglików z Argentyną. Nie wiem, czy poszły jakieś przekazy z kierownictwa sędziowskiego FIFA, żeby dopuścić wolną amerykankę. Może jak mundial w Ameryce, to tak zwana wolna amerykanka.
Później jakoś się to uspokoiło.
- Ale to żadna zasługa sędziego, tylko faktu, że była tak miażdżąca przewaga jednej drużyny. No i świetna postawa Hiszpanów, którzy w ogóle nie dali się sprowokować. Niech pan zwróci uwagę, nawet Lamine Yamal. Po prostu uśmiechali się i z zaskoczenia rozkładali ręce, ale nie rewanżowali się w żaden sposób. Więc to, że skończyło się bez jakichś tam wielkich awantur w czasie gry, jest tego zasługą. Awantura była dopiero po meczu. Jak mówię, to zasługa Hiszpanów, a szczególnie trenera, który mówił: nie dajcie się sprowokować, nie reagujcie, odchodźcie od nich i tak dalej.
Slavko Vinčić i tak uniknął najgorszego.
- Wiem, do czego pan zmierza. I tak miał szczęście, że poza tym, iż mecz prowadził jego, a nie on mecz, to jakichś kardynalnych błędów nie popełnił. Oczywiście kilka kartek więcej powinno być w pierwszej połowie.
Oczywiście, Argentyńczycy powinni wyraźnie ucierpieć w pierwszej połowie.
- Tak, ale nie wypaczył wyniku, co jak na niego i tak jest dużym osiągnięciem. Natomiast muszę powiedzieć, że miał świetnych obu asystentów. Wychwytywali naprawdę takie spalone, że aż sam byłem pełen podziwu.
To było imponujące.
- Orkiestra była lepsza niż wokalista, gdyby w ten sposób porównać zespół sędziowski.
Najgorsze było to, że nie podejmował tożsamych decyzji. Przecież to jest nieakceptowalne, by inaczej zdecydować w bliźniaczej sytuacji niż kilka lub kilkanaście minut wcześniej.
- Był kompletnie niekonsekwentny. To jest najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć, bo zawodnicy nie wiedzą, co mają grać. Bo tu zagwiżdżę, a za pięć minut tego samego nie zrobię, więc trochę głupieją. Niestety potwierdziło się, że to nie jest sędzia na finał mistrzostw świata. Ale cóż, pewnych spraw nie przeskoczymy. Myślę, że gdyby ktoś porównał sędziowanie finału sprzed czterech lat i obecne, to jakby porównywać malucha do Porsche. Jak mówię, szczęście Vinčicia polega na tym, iż tak się ułożyło, że nikt nie będzie mówił o skandalu. Co najwyżej o niedosycie sędziowskim, że to nie był ten poziom.
- Argentyńczycy są bardzo trudnym zespołem do sędziowania, czego sam doświadczyłem w 1990 roku. I tu nic się nie zmieniło. Oni po prostu próbują wszystkich chwytów i będąc świetnie wyszkoleni, świetnymi piłkarzami, równolegle próbują też brudnej gry. Jakby porównać do ringu bokserskiego, gdy ktoś uderza poniżej pasa, choć mógłby wygrać bez tego.
Generalnie, o ile pierwsza połowa przypominała mi taki wytrawny pojedynek bokserski, w którym dwóch wielkich pięściarzy wagi ciężkiej trzyma się w szachu, tak w drugiej połowie dysproporcja w grze już była absolutnie znacząca. Hiszpanie grali, a Argentyńczycy byli w stanie włączyć ledwo słyszalny lejtmotyw.
- Ruszyli dopiero na sam koniec, co tak wypaliło w meczu z Anglią, czym Anglicy kompletnie dali się zaskoczyć. Ten zryw także przypominał pojedynek bokserski, gdy przegrywasz wyraźnie na punkcie, ale rzucasz się i liczysz, że może jakimś zabłąkanym ciosem rozstrzygniesz walkę. Odniosłem wrażenie, że Argentyńczycy po prostu chcieli uniemożliwić Hiszpanom granie swojej gry, co im się po części udało. Bo Hiszpania jednak nie grała aż tak porywająco jak w poprzednim meczu z Francją. W ogóle finał był, powiedziałbym, średni, ale prawie wszystkie finały są tego typu pojedynkami.
Przyznał pan, że Argentyńczycy są dla sędziów bardzo trudni do prowadzenia.
- Dlatego trzeba mieć na nich taktykę, wydaje mi się, że Vinčić jej nie przygotował.
Chyba, że zakładając, iż Argentyńczycy prędko zaczną agresywną grę, za szybko nie chciał zacząć ich kartkować, by zaraz nie okazało się, że w finale będzie dysproporcja dwóch zawodników na boisku. Może dlatego przyłożył nierówną miarę do obu zespołów.
- Jednak nie wykorzystał innych technik sędziowskich, typu dyskretne ostrzeżenia publiczne. To są takie terminy, jak public warning czy private warning. Po prostu powinien trochę tego zrobić, z czego zresztą winien też skorzystać Szymon Marciniak w swojej sytuacji z Leo Messim. Po prostu wziąć gościa i publicznie zrobić trochę show. Pokazać mu, że to koniec, już nie będzie to tolerowane, co też czasami działa. Moim zdaniem Słoweniec jakby nie przygotował się taktycznie, bo sędzia powinien oglądać poprzednie mecze drużyny, wiedzieć jak grają i być na to przygotowanym. Jest taki termin sędziowski "czyszczenie gry". Jeszcze jak byłem młodym arbitrem, to uczyli mnie tego moi nauczyciele. Czyść grę od początku, czyli wychwytuj te wszystkie drobne faule i krok po kroku, jak już się nie da bez kartek, wtedy kartkuj. Tutaj tego czyszczenia gry mi zabrakło.
Powiedzieliśmy, że to, co najbardziej będzie działało na korzyść 46-latka to fakt, iż nie popełnił kardynalnego błędu, który wypaczyłby wynik finału.
- Oczywiście. Bramka była tak piękna i bezdyskusyjna, że nikt nie będzie dyskutował. Czyli nie będzie tego, co w 1990 roku, gdy do dzisiaj w Argentynie ma miejsce poczucie krzywdy, że karny był niesłuszny, a zdecydował o rozstrzygnięciu. Tutaj Slavko Vinčić jest w chwale dla niego, bo ukoronowaniem kariery jest finał MŚ. Teraz pewnie pójdzie do komisji sędziowskiej UEFA czy FIFA i tam będzie dalej działał. Mam nadzieję, że okaże się lepszym nauczycielem i obserwatorem sędziów niż sędzią.
Tyle że to też nauczyciel naznaczony nieciekawą historią.
- FIFA dała sygnał, iż takie pasma o nieskazitelności i czystości, że sędzia powinien być jak żona Cezara, tu akurat zostało pogrzebane. I źle stało się dla samego Vinčicia, bo odgrzewano tę historię sprzed sześciu lat, o której ludzie już zapomnieli. A teraz ona w światowych mediach znowu się pojawiła, ludzie zaczęli dochodzić, co dla niego też było kompletnie niepotrzebne.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl















