Piłkarz z Ekstraklasy zagra na mundialu. "Nie wierzcie w to, co pokazują media"
Podczas mundialu w USA, Meksyku i Kanadzie, Ekstraklasa będzie miała tylko pięciu swoich przedstawicieli - w tym dwóch w reprezentacji Iraku. Jednym z nich, obok Aliego Husseina z Pogoni Szczecin, jest Amir Al-Ammari. Porozmawialiśmy z nim o Iraku, jego historii i nadziejach przed mistrzostwami świata.

Wśród piłkarzy powołanych na mistrzostwa świata z klubów, które w zakończonym niedawno sezonie grały w Ekstraklasie, są: Ali Hussein (Pogoń Szczecin) i Amir Al-Ammari (Cracovia, obaj Irak), Alex Paulsen (Lechia Gdańsk), Steve Kapuadi (Demokratyczna Republika Konga, Widzew Łódź) i Samed Bazdar (Jagiellonia Biaystok, Bośnia i Hercegowina). My rozmawiamy z zawodnikiem Cracovii, który jest jedną z gwiazd swojej kadry.
Ludzie w Iraku wyszli na ulice
Przemysław Langier (Interia Sport): Jak to jest być piłkarzem w Iraku?
Amir Al-Ammari (piłkarz Cracovii i reprezentacji Iraku, uczestnik mistrzostw świata 2026): - Kiedy przychodzisz na nasz stadion narodowy w Basrze, od razu czujesz coś niesamowitego. To bardzo duży obiekt, który żyje na długo przed naszymi meczami. Federacja i władze kraju dostrzegły, jak wielki jest potencjał kibicowski, więc jakiś czas temu ruszła z projektem budowy nowego stadionu w każdym wielkim mieście. Powstają nowe boiska treningowe dla drużyn młodzieżowych. Jakość boisk dla pierwszych drużyn już jest na bardzo wysokim poziomie. Wspomniałem o kibicach. Jakieś dwie godziny przed gwizdkiem na trybunach siedzi już 65-70 tysięcy ludzi. Jest totalne szaleństwo. Doping cały czas, jakbyśmy już grali. To jedni z najlepszych fanów na świecie. Żyją reprezentacją. Grając w kadrze nie jesteś w stanie normalnie przejść ulicą, wszyscy cię rozpoznają, zaczepiają, pozdrawiają. Widzisz to i wiesz, jak wielkim zaszczytem jest gra dla kraju.
Jeśli szaleństwem jest każdy mecz, to co się działo w kraju po awansie na mundial...
- Dla nas jest to pierwsza taka historia od 40 lat. Ludzie wyszli świętować na ulice, co musiało być tym bardziej efektowne, bo w momencie, gdy kończyliśmy baraż, w Bagdadzie była chyba 6 rano. Miasta normalnie są puste, a z tego co widziałem, z domów wyszły setki tysięcy Irakijczyków. Wokół finałowego meczu zrobiono święto narodowe - nikt nie musiał iść do pracy, dzieci miały wolne w szkołach. Podczas meczu z Boliwią w Meksyku (finał interkontynentalnych barażów, Irak wygrał 2:1 - przyp. red.) z trybun wspierało nas chyba około 10 tys. rodaków. Po wygranej cieszyliśmy się wszyscy razem, ale ja nie mogłem zbyt długo. Dwa dni po ostatnim gwizdku miałem już mecz ligowy przeciwko Górnikowi (Al-Ammari w obu tych spotkaniach zagrał po 90 minut - przyp. red.).
Jak długo trwało świętowanie?
- Myślę, że wciąż się nie zakończyło (śmiech). Natomiast wewnątrz naszej drużyny jest już spokój. Zrobiliśmy coś wielkiego dla kraju, ale nie chcemy się tym zadowolić. Do USA jedziemy walczyć o więcej.
Niesamowita popularność
Piłka nożna jest u was w kraju tematem rozmów numer 1?
Tak. W Iraku nie ma drugiego sportu, który byłby na względnie wysokim poziomie, więc nie ma się co dziwić, choć piłka jest numerem jeden znacznie szerzej. Kiedy idziesz ulicą - zawsze usłyszysz o piłce. Gdy nie gra reprezentacja, kibice przeżywają inne mecze. Takie El Clasico ma w Iraku zawsze wysoką oglądalność, a ludzie umawiają się, by oglądać ten mecz wspólnie.
W takim razie po awansie na mundial jesteście pewnie traktowani jak półbogowie.
- To chyba zbyt duże słowo, ale faktycznie - nie sądzę, że ktokolwiek z naszej drużyny byłby w stanie teraz wyjść na spacer i spokojnie pokonać dystans kilkuset metrów. Jesteśmy generacją, która wprowadziła Irak na mistrzostwa świata po 40 latach przerwy, na zawsze wpisaliśmy swoje nazwiska w historię kraju. Ale ja nie chciałbym z tego powodu być traktowany jakoś wyjątkowo. Jestem człowiekiem, jak każdy inny. Nigdy nie będę miał mentalności, by myśleć o sobie, jako o kimś lepszym.
Popularność w Iraku się przydaje?
- Nigdy jej nie wykorzystywałem, choć tak jak powiedziałem - jest ogromna. Grając dla reprezentacji Iraku, twój status jest bardzo wysoki. Możemy czuć się jak gwiazdy Hollywood. W momencie, gdy pierwszy raz wybiegniesz na boisko w koszulce Iraku, tracisz anonimowość i za chwilę odczujesz, że nic już nie jest takie, jak wcześniej.
W takim razie spytam w drugą stronę - to może przeszkadzać?
- Nie traktuję tego w ten sposób. Ludzie po prostu pokazują, że robisz coś bardzo istotnego dla nich. Nie chciałbym tylko jednego - by ktoś zakłócał moje życie prywatne. Na boisku, na treningu, podczas meczu mogę być tym gościem z milionem followersów na Instagramie, ale kiedy przebywam z rodziną jestem zwykłym Amirem. Tym samym, którym byłem zanim zacząłem grać w reprezentacji. Zwykłym, skromnym, przeciętnym facetem.
To w ogóle możliwe w Iraku, gdy się jest piłkarzem?
- Tak. Kiedy idę ulicą ludzie podchodzą, proszą o zdjęcie, zamienią kilka słów. Natomiast jeśli siedzę z rodziną w restauracji - to się raczej nie zdarza. Zazwyczaj szanują naszą przestrzeń. A jeśli czasem ktoś nam to zakłóci, nie jestem zły. Skoro ludzie nas kochają, powinniśmy to odwzajemniać. W Polsce jest nieco inaczej - spokojniej. Nie ma w ogóle problemu, by w Krakowie wyjść na ulicę.
Wciąż się jednak nie mogę nadziwić, że masz milion followersów na Instagramie. To nieosiągalne niemal dla wszystkich polskich piłkarzy - poza czterema-pięcioma.
- Wszystko dlatego, że w Iraku ludzie wierzą w dwie rzeczy - w Boga i w futbol. Ale bez gry w reprezentacji, nigdy nie osiągnąłbym takiego statusu. W kadrze gram od około trzech lat. Przed debiutem nie byłem aż tak popularny, ale po rozegraniu pierwszego meczu zaczęły się dziać niesamowite rzeczy. Na początku followersi rośli powoli - nie tak, że pstryknąłem palcami i nagle było ich milion. Ale później wszystko zaczęło przyspieszać, zwłaszcza po wygraniu Pucharu Zatoki Perskiej (Gulf Cup) dwa lata temu i dobremu występowi w Pucharze Azji. To było coś, czego nie dałoby się zatrzymać.
Irak zmienia się na lepsze
Piłka w Iraku jest traktowana jako szansa na lepsze życie dla młodych ludzi?
- Myślę, że tak, ale nie ograniczałbym tego stwierdzenia tylko do Iraku. Tak to działa na całym świecie - w Europie również. O piłce marzy więcej osób niż o przykładowej pracy przez kilka godzin dziennie. To pasja i jeśli ktoś może z tego utrzymywać najbliższych - nie można się dziwić, że traktuje ją jako szansę na lepsze życie. Bo jeśli chodzi o Irak, jest ona sposobem na zapewnienie dostatku nie tylko sobie, ale całym rodzinom.
Każdy młody chłopak w Iraku chce być piłkarzem?
Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. W Iraku bywam przede wszystkim przy okazji meczów reprezentacji. Nie urodziłem się tam, a w Szwecji. Wychowałem się i dorastałem w Europie. Kiedyś pojechałem, by lepiej poznać mój kraj i faktycznie - jadąc ulicami widziałem mnóstwo dzieci grających w piłkę. Pewnego dnia postanowiłem do nich dołączyć. Niesamowite doświadczenie. To było zwykłe betonowe boisko do gry pięciu na pięciu. Podszedłem i spytałem: chłopaki, mogę zagrać z wami? Widziałem w ich oczach, jak nagle czas się zatrzymał. Wszystkie ich problemy po prostu przestały wtedy istnieć. Graliśmy przez około 20 minut. Cieszyłem się, że oni się cieszą. To jest model, do którego chcę dążyć jako człowiek.
Dorastając w Szwecji, śledziłeś, co się dzieje w Iraku?
- Miałem świadomość, że nie jest dobrze. Wiedziałem, że trwa wojna. Widziałem zdjęcia, które mogły przerażać. Ale będąc w tym wieku, nie rozumiałem wszystkiego. Dziś jest znacznie lepiej. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo Irak rozwinął się w ciągu ostatnich kilku lat. Rosną wspaniałe budynki, pojawia się coraz więcej efektownych centrów handlowych, trwa proces mający doprowadzić Irak do świetlanej przyszłości. Kraj odwiedza coraz więcej turystów i jeśli spojrzysz później na ich relacje w social mediach, bardzo szybko dojdziesz do wniosku, że obraz Iraku kreowany przez różne zagraniczne media, nie ma nic wspólnego z prawdą. To kraj pełen ciepłego serca, wszyscy witają z otwartymi ramionami. Nie zdziw się, jeśli kiedyś ktoś po prostu zaprosi cię do swojego domu, pozwoli spędzić tam noc, i nie będzie chciał niczego w zamian. To sprawiło, że od razu zakochałem się w Iraku. Nawet ludzie, którzy nie mają niczego, są gotowi dać ci wszystko. Pomyślałem wtedy, że ten kraj zasługuje na lepszy los. I od czasu mojej pierwszej wizyty tak się właśnie dzieje.
Co właściwie czułeś, gdy pierwszy raz odwiedziłeś Irak?
- To było w 2018 lub 2019 roku. Pojechałem, by uzyskać paszport. Miałem trochę mieszane odczucia, bo z jednej strony radość, że wreszcie tam jestem, z drugiej widziałem sporo miejsc, w których ludzie żyli w biedzie. Choć jak mówię - to się zmienia. Możesz pomyśleć: OK, facet jest Irakijczykiem, to tak będzie mówić, ale naprawdę - jeśli będziesz kiedyś miał okazję odwiedzić Irak, jestem pewien, że pozytywnie cię zaskoczy. Obraz dzisiejszego Iraku kreowany przez media często odbiega od rzeczywistości. Nie słuchajcie tego. Jedźcie i zobaczcie na własne oczy, wyciągnijcie własne wnioski.
Na mundialu zagracie w USA. Nie uciekniemy w tej rozmowie od polityki i stosunków między waszymi krajami...
- Mimo wszystko wolę uciec. Mogę odpowiedzieć na każde twoje pytanie o Irak, czy drużynę narodową, ale politykę przemilczę. To nie jest moje zadanie i nie mam w tej kwestii nic interesującego do powiedzenia.
W takim razie na koniec zapytam cię o same mistrzostwa. Macie bardzo trudną grupę z Francją, Senegalem i Norwegią. Trudno mi wyobrazić sobie trudniejszą...
- Tak, ludzie nazywają ją grupą śmierci, ale ja nazywam to grupą możliwości. Jeśli nie byłeś na mundialu od 40 lat, to trudno o lepszą okazję, by pokazać się światu. Wiemy, że Norwegia jest lepsza niż my. Wiemy, że Francja jest lepsza niż my. Wiemy, że Senegal jest lepszy niż my. Ale na końcu to piłka - gra się 11 na 11, na tym samym boisku. Świat widział wiele pięknych historii, a my chcemy napisać tam swoją - nie zadowala nas sam fakt, że tam zagramy. Jedziemy, by walczyć i zobaczyć, jak daleko możemy dotrzeć.










![Leon w swoim stylu. Najlepsze akcje z meczu Polska – Francja [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2DXZS2WD6P27-C401.webp)