"Party in the USA". Wcześniej widział coś takiego tylko w filmach
- Chyba nawet dobrze się stało, że nasza reprezentacja nie pojechała na mundial do Ameryki. Oni lubią zwycięzców. Pamiętam, jak Chicago Fire grało kiedyś na Soldier Field mecz bezpośrednio po spotkaniu reprezentacji kobiet. Po obejrzeniu mistrzyń olimpijskich 60 tysięcy widzów wyszło ze stadionu. Wtedy Chicago nie miało jeszcze sukcesów - mówi nam o futbolu w Ameryce Roman Kosecki, który tam grał i przeżył wiele. Opowiada o tym bez cenzury.

Dariusz Ostafiński, Interia: Polskie Chicago Fire było niczym "amerykański sen". Pamięta pan, jak to się zaczęło?
Roman Kosecki, były reprezentant Polski, zawodnik Chicago Fire: Pamiętam, jak przyleciałem do Stanów i na lotnisku zaczepił mnie wielkiej postury policjant. Zapytał mnie wprost: po co ja tutaj przyleciałem. "Co tu będziesz robił? Grał w futbol?". Zmierzył mnie wzrokiem i dodał: "długo nie pograsz, zabiją cię, za mały jesteś".
A pan?
- Zacząłem tłumaczyć, że idę do Chicago Fire, ale było jeszcze gorzej, bo pomyślał, że będę strażakiem. W końcu się dogadaliśmy, jak użyłem słowa soccer.
Nazwali ich "mistrzami świata"
Rozumiem, że nie został pan na tym lotnisku potraktowany jak Kevin de Bruyne?
- Czyli jak?
Nie kazali panu usiąść na krzesełku i nie sprawdzali podeszwy w butach?
- Nie sprawdzali. Ani wtedy, ani w żadnym innym momencie. A lataliśmy dużo, bo kraj ogromny i inaczej się nie dało. A jeden z tych lotów był niesamowity. Ten z finału z Pasadeny, gdzie usłyszeliśmy: "witamy na pokładzie drużynę Chicago Fire, mistrzów świata w soccerze". Rzuciłem wtedy do Jurka Podbrożnego, że chyba trzeba skończyć karierę, lub co najmniej zamówić drinka i jakoś to uczcić.
Mistrzowie świata, brzmi dumnie.
- Tacy są Amerykanie. Kochają zwycięzców. Pamiętam, jak Chicago Fire grało kiedyś na Soldier Field mecz bezpośrednio po spotkaniu reprezentacji kobiet. Po obejrzeniu mistrzyń olimpijskich 60 tysięcy widzów wyszło ze stadionu. Wtedy Chicago nie miało jeszcze sukcesów. Dobrze, że na trybunach zostało z 20 tysięcy, bo nie wyglądało to tak całkiem głupio.
"Tam chce się żyć". Wspomina amerykańskie party
Wygranie ligi wszystko zmieniło.
- Mam sygnet. Każdy dostał. To jest u nich fajne, że każdy dostaje coś takiego. To pokazuje, że jesteś tam kimś ważnym. Jakbym poleciał na mundial i bym założył taki sygnet, to byłbym gościem. Witaliby mnie na każdym stadionie, całowali sygnet i mówili: panie Romanie, proszę wchodzić (śmiech).
Było was wtedy trzech.
- Piotr Nowak został w Stanach, a Jurek Podbrożny wrócił, czasem się spotykamy i wspominamy. Jest co. Przeżyłem choćby amerykańskie party, które wcześniej znałem tylko z filmów. Wchodzisz do czyjegoś domu i robisz, co chcesz. Choćby skaczesz na golasa do basenu. Jednak zabawa to jedno. Najbardziej przypadło mi do gustu ich podejście do życia. U nas z kimś zagadasz, to powie, że tu go boli, tam strzyka i jeszcze kredyt do spłacenia, a tam tylko "fine, its fine". Po rozmowie z Polakiem człowiek ma dość, a tam chce się żyć.
To już wiem, czemu pan tak namawiał Roberta Lewandowskiego na te Stany.
- Dawno tam nie byłem, ale dobrze się tam żyło. Córka jeździła konno w fajnej stadninie, syn grał w Chicago Pegasus, na meczach bywał Andrzej Gołota, a jeszcze chodziło się na mecze Chicago Bulls z Michaelem Jordanem. Widziałem mecz, gdzie rzucił do kosza niemal równo z syreną. Podobało mi się. Tak samo NHL. Tylko baseballu nie rozumiem. Tam więcej działo się wokół ławki niż na boisku.
Grał w drużynie z obecnym trenerem Kanady
Pan był w Stanach cztery lata po poprzednim mundialu.
- Tak i to były lata błyskawicznego rozwoju MLS. Na mundialu byli jeszcze kibice, którzy myśleli, że jak ktoś strzela nad poprzeczką, to jest bramka, bo zasady myliły im się z amerykańskim futbolem. Szybko się jednak wyedukowali, a gwiazdy, głównie latynosi, podnieśli poziom sportowy. Z czasem MLS stało się ligą dla starszych, ale już znanych piłkarzy. Wszyscy jednak na tym zyskują. W Chicago grałem z Jesse Marschem, obecnym trenerem Kanady.
Szkoda, że Polska nie wywalczyła awansu na mundial.
- Czasem myślę, że chyba nawet dobrze się stało. Oni lubią zwycięzców. Nie wiem, czy by zrozumieli nasze granie. W każdym razie Stany wspominam z sentymentem. Nawet zastanawialiśmy się z żoną, czy tam zostać, ale w Polsce została rodzina, chciałem też mieć swoją szkółkę. Wróciliśmy, ale na zawsze zapamiętam dzieci śpiewające hymn przed pierwszą lekcję i tenże hymn na każdych zawodach. My gadamy tyle o patriotyzmie, a oni to zaszczepiają prostymi metodami. W Amerykanach lubiłem też to, że oni lubią działać, bo my bardziej lubimy gadać o tym, co zrobimy.









![Noskova zatrzymała Kostiuk. Czeszki zagrają o tytuł Wimbledonu [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N167DMD1114G1-C401.webp)


