Mistrzostwa świata w oszukiwaniu. Na każdym kroku robią z nas głupców
FIFA postawiła tezę, że nie ma granic niemoralności, których nie da się przekroczyć, a następnie z niebywałą brawurą ją udowadnia. Dołącza przy tym do ogólnego, pozaboiskowego wizerunku tych mistrzostw świata, gdzie ze świecą szukać kogoś, kto nie stara się zrobić z ciebie - krótko mówiąc - frajera.

Korespondencja z USA
W fenomenalnym "Folwarku zwierzęcym" George'a Orwella, zwierzęta wypisały na płocie zasady, które obowiązują wszystkich mieszkańców. Z czasem świnie zaczęły je zmieniać i tak zasada "żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku" zmieniła się w "żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku z prześcieradłem", a do słów "żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu" dopisano na końcu "w nadmiarze". Wreszcie żelazna reguła "wszystkie zwierzęta są równe", stała się regułą "wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych". Mechanizm był prosty: najpierw była święta zasada, potem wyjątek, potem propaganda, a na końcu zwierzęta miały uwierzyć, że tak było od początku. FIF…, przepraszam, przejęzyczenie, świnia tłumaczyła wszystko językiem rozsądku, bezpieczeństwa i dobra wspólnego, a reszta zwierząt nie miała już siły ani pamięci, żeby skutecznie zaprotestować.
Orwell wydał "Folwark" 81 lat temu, ale jak widać nie wszędzie sposób działania został uznany za przestarzały. Zawieszenie kary za czerwoną kartkę Folarina Baloguna tuż przed meczem z Belgią - gdy selekcjoner tej drużyny Rudi Garcia przygotowywał się na konkretne schematy, nie uwzględniając w nich najlepszego strzelca rywali - tu też odbywa się na podstawie naciągnięcia do granic możliwości regulaminu, przy braku uwzględnienia dla kilku zapisów się tam znajdujących. FIFA - skoro nie anulowała kary wskutek anulowania czerwonej kartki (wtedy by to miało sens, skoro by uznano, że była niesłuszna) - przyznała, że kartka była zasadna, ale w drodze wyjątku piłkarz nie będzie musiał pauzować. Horrendum straszliwe.
Biorąc pod uwagę, że szereg wiarygodnych mediów informuje, iż decyzja nastąpiła po interwencji Donalda Trumpa, można to śmiało dopisać do listy zdarzeń, które sprowadzają wizerunek Gianniego Infantino do roli podnóżka prezydenta USA. Szef FIFA od dawna wygląda przy Trumpie nie jak szef światowej piłki, ale jak człowiek, który z uśmiechem pilnuje, żeby lokator Białego Domu był zadowolony. Jeśli ktoś myślał, że wymyślenie pokojowej nagrody FIFA tylko po to, by przyznać ją Trumpowi, będzie wisienką na torcie, nie docenił służalczości Infantino. Ciekawe, którym zwierzęciem panowie by byli u Orwella.
Nawet UEFA krytykuje
Wcześniej była sprawa Iranu. Reprezentacja miała bazować w Tucson w Arizonie, ale ostatecznie przeniosła się do Tijuany w Meksyku. Tłumaczono to bezpieczeństwem, napięciami, polityką, wizami. FIFA, organizacja od wiecznych sloganów o równości, jedności i neutralności futbolu, zaakceptowała sytuację, w której jedna reprezentacja w turnieju rozgrywanym w trzech krajach musiała funkcjonować na innych zasadach niż reszta. Zamiast walić pięścią w stół, schowała głowę w piasek. Infantino, gdy już przemówił, stwierdził, że ludzie niepotrzebnie się czepiają.
A teraz Balogun. Zawodnik gospodarzy. Czerwona kartka. Automatyczna kara. Telefon Trumpa. Zawieszenie wykonania kary. Zmieniony napis na płocie. I można grać dalej.
Wymowne, że decyzję FIFA skrytykowała nawet UEFA, czyli organizacja, która sama ma sporo za uszami i której naprawdę trudno występować w roli moralnego arbitra. Skoro nawet tam uznano, że FIFA przekroczyła granicę, to znaczy, że sprawa nie jest drobnym kontrowersyjnym werdyktem. To znaczy, że ktoś w Zurychu postanowił potraktować mundialowy regulamin jak menu w restauracji: to bierzemy, tego dziś nie bierzemy, a to proszę zapakować na później.
To już nie jest tylko piłkarski mundial. To są mistrzostwa świata w oszukiwaniu, a to zdarzenie - związane akurat z boiskiem - doskonale wpisuje się w ogólny trend zaproponowany przez USA wszystkim kibicom.
Płać i płacz
Ten mundial od początku jest opakowany jak święto futbolu, ale z bliska coraz częściej wygląda jak festiwal dojenia ludzi. FIFA i organizatorzy mogą mówić o zasadzie dynamicznej ceny, ale nie chodzi o nic więcej niż o wyciągnięcie z kieszeni ludzi wszystkiego, co tam mają - bo skoro przylecieli na drugi koniec świata, to są zmuszeni się temu poddać.
Dynamiczna cena to teoria. Mundialowa praktyka to bilety, których koszt odjeżdża w rejony absurdalne przy 15-procentowej prowizji dla FIFA. To oficjalne platformy, na których ceny rosną do poziomów znanych bardziej z rynku luksusu niż z imprezy, która przez dekady sprzedawała się jako święto zwykłych ludzi. To kibic, który nie kupuje już udziału w mundialu, tylko przepłaca za prawo do bycia w pobliżu biznesowego eksperymentu FIFA.
A potem dowiaduje się, że to dopiero początek.
W dni meczowe ceny przejazdów potrafią osiągać ponad 100 dolarów za dziesięć minut jazdy samochodem na zamówienie. Dokładnie taką cenę wskazywała popularna aplikacja po meczu Paragwaj - Francja w Filadelfii na trzykilometrowym odcinku, którego nie da się przejść pieszo - jak to w USA, jedyna droga prowadziła wielopasmówką. W tym kraju nie istniejesz bez samochodu. Jeśli go masz, wcale nie jest taniej. Ceny parkingów były krytykowane od początku turnieju, ale Filadelfia przebiła wszystko. Przyjeżdżamy pod stadion, patrzymy na tablicę: 180 dolarów.
Dziś znalezienie parkingu poniżej 100 dolarów graniczy z cudem, a z rundy na rundę te ceny rosną. I znów: można to ubrać w język rynku. Można powiedzieć, że jest popyt, więc jest cena. Można wyrecytować wszystkie zaklęcia współczesnego sportowego kapitalizmu. Ale kibic nie potrzebuje doktoratu z ekonomii, żeby zrozumieć, kiedy ktoś robi z niego - przepraszam za wyrażenie - frajera.
Mundial nie może być tani, ale kto powiedział, że w porównaniu z poprzednim musi być kilkanaście razy droższy? Chcesz obejrzeć mecz? Płać dziesięć razy więcej niż w Katarze. Chcesz dojechać? Płać pięćdziesiąt razy więcej (naprawdę - porównujemy 100 dolarów do 2 dolarów). Chcesz zaparkować? Płać już sam nawet nie wiem, ile więcej.
Chcesz, żeby przepisy były równe dla wszystkich? Poczekaj, sprawdzimy, czy nie zadzwonił prezydent USA. Właśnie dlatego sprawa Baloguna jest tak symboliczna. Ona idealnie pasuje do całego turnieju, na którym robi się z ludzi idiotów, w teorii opierając to o regulaminowe możliwości.











