Marian Kmita: Cabo Verde golo! Afryka gola
Za nami najciekawsza część Mundialu i różnorakich wniosków jest już sporo. Najbardziej generalny - i to żadne odkrycie - ten turniej gniecie swoim medialnym ciężarem inne wydarzenia na świecie niczym walec. I co ciekawe, a pewnie Gianni Infantino tego nie zakładał, przy okazji realizuje starożytną zasadę olimpijską barona Pierra de Coubertin, że już sam udział w turnieju to zaszczyt i radość. Szczególnie dla drużyn z Afryki.

A dlaczego właśnie z Afryki? Ano dlatego, że Czarny Ląd przebijał się do elity światowego futbolu długo i cierpliwie, przez dekady będąc na łasce i niełasce skomplikowanych systemów kwalifikacji do finałów MŚ wymyślanych przez kolejne władze FIFA. I pewnie nawet sam Jules Rimet rozmyślając prawie sto lat temu, jak i gdzie zorganizować pierwszy światowy czempionat, w najpiękniejszej wizji nie zakładał, że urodzi takiego politycznego i finansowego giganta. Dlatego o organizację turnieju biją się dzisiaj największe potęgi ziemskiego globu a udział w nim to wielki honor, nawet dla drwali z Austrii czy Szwecji, a co dopiero dla uroczych zawodników Republiki Cabo Verde. Na tym tle kolorowe zespoły z Maroka, Egiptu, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej czy właśnie Wysp Zielonego Przylądka to powiew świeżego wiatru w tym do cna skomercjalizowanym futbolowym systemie. Systemie, a właściwie układzie, gdzie na koniec, nawet w epoce VAR-u, i tak musi wygrać ten co ma wygrać.
I aż trudno uwierzyć, że kiedyś, w tak radosnym dla nas WM 1974, gdy drużyna Zairu (współczesna DR Konga) w kompromitującym stylu przegrała trzy mecze z bilansem bramek 0:14, FIFA poważnie zastanawiała się nad sensem dalszego kwalifikowania do finałowego turnieju drużyn z Afryki. Na szczęście już na kolejnym Mundialu w Argentynie, Tunezja napędziła sporo strachu i nam, i Niemcom grając i efektownie, i skutecznie. Do awansu z grupy zabrakło niewiele, tak samo jak Kameruńczykom cztery lata później. Polska młodzież może tego nie pamiętać, ale starsi kibice na pewno utrwalili obraz męki Włochów (późniejszy zwycięzca turnieju) i Polaków (trzecia drużyna MŚ'82) w grupowych meczach z "Nieposkromionymi Lwami ". W 1986 było jeszcze lepiej. Maroko nie tylko efektownie wygrało grupę z Anglią, Polską i Portugalią (!), ale w 1/8 finału minimalnie przegrało z późniejszym wicemistrzem świata - drużyną Niemiec.
Progresja trwała, rosły apetyty i ambicje afrykańskiego futbolu. Po czterech latach, na Mundialu we Włoszech, w ćwierćfinale Anglicy dopiero po dogrywce, po dramatycznym boju pokonali rewelacyjny Kamerun. W konsekwencji tego sukcesu FIFA zdecydowała, że na następnych mistrzostwach w USA miały wystąpić już trzy afrykańskie drużyny. I tak się stało. Zagrały Kamerun, Maroko i Nigeria, ale tylko ta ostatnia zrobiła dobre wrażenie. Wygrała swoją grupę z m.in. Argentyną Diego Maradonny a w 1/8 finału minimalnie przegrała z późniejszym wicemistrzem świata Włochami.
FIFA coraz mocniej stawiała na Afrykę. W 1998 roku we Francji, zagrało już pięciu reprezentantów kontynentu, ale sukcesów nie było ani na tym turnieju, ani na następnych. Nawet w rodzimym RPA 2010 roku do 1/8 finału dotarła tylko Ghana. Tam pokonała po dogrywce USA, ale już w ćwierćfinale uległa w karnych Urugwajowi, zatem całe wrażenie po pierwszym Mundialu w Afryce wypadło tak sobie.
Niewiele lepiej było w Brazylii w 2014, a w następnym turnieju w Rosji kompletna klapa. Z grupy nie wyszła żadna z pięciu afrykańskich drużyn!
W FIFA zaczęto się poważnie martwić. Inwestycja w Afrykę to przecież jeden z filarów globalnych inwestycji światowej federacji a tu po dekadach łożenia środków i organizacyjnej zapobiegliwości coś zaczyna zgrzytać. Trzeba więc było uciec do przodu. Wiedział o tym dobrze Gianni Infantino już w 2016 roku, kiedy zastępował Seppa Blattera na tronie szefa FIFA. Wiedział też, że musi godzić wodę z ogniem, czyli interesy USA (czytaj Donalda Trumpa) z interesami np. Maroka (czytaj króla Muhammada VI) głównych rywali do organizacji Mundialu 2026. Stąd rewolucja rozszerzenia turnieju finałowego do ekstremalnej objętości 48 startujących zespołów oraz gwarancja aż 10 miejsc dla Afryki, mocno krytykowana do dzisiaj przez działaczy UEFA.
W międzyczasie życie przyniosło FIFA poważny atut - rewelacyjny start na Mundialu w Katarze drużyny z Maroka, która jako pierwsza w historii piłkarskich mistrzostw świata drużyna z Afryki walczyła bezpośrednio o medal. Krytyków było coraz mniej, a trwający World Cup 2026, a szczególnie wydarzenia dzisiejszej nocy - symbolicznie - rozwiały wszelkie rozterki dotyczące sensu politycznego wsparcia piłkarskiej Afryki przez FIFA. Bo czy jest coś piękniejszego dla istoty futbolu, niż obraz szczerze zatroskanej miny Leo Messiego, po strzeleniu wyrównującej bramki dla drużyny Zielonego Przylądka w dogrywce z wciąż aktualnymi mistrzami świata?!












