Jedyna taka sytuacja na mundialu. W innych krajach to by było nie do pomyślenia
Na trybunach stadionu w Los Angeles przeważały okrzyki wspierające reprezentację Iranu. Nie oznaczało to jednak poparcia dla władz w Teheranie. Część irańskich emigrantów kibicowała Nowej Zelandii, niektórzy odwrócili się podczas hymnu, a kilkaset osób protestowało przed obiektem. Dla diaspory nie był to tylko mecz piłkarski. Była to kolejna odsłona sporu o to, kto ma prawo reprezentować Iran.

Korespondencja z USA
Odpowiedź na pytanie, komu kibicowali Irańczycy mieszkający w USA, nie brzmi w żaden sposób. Ona nie istnieje. Iran jest jedynym takim przypadkiem na turnieju.
Od kilku dni, będąc w Stanach, przekonujemy się, jak bardzo może różnić się podejście imigrantów do amerykańskich władz od podejścia przeważającego w ich rodzimych stronach. Rozmawiając z Martą, Meksykanką, w której towarzystwie oglądaliśmy mecz z RPA, dało się w jej głosie usłyszeć wdzęczność za szansę, jaką otrzymała od swojego nowego kraju. Nazwisko Donald Trump wcale jej nie raziło. Podobnie jak Alissona - przypadkiem spotkanego amerykańskiego Brazylijczyka z Nowego Jorku. Dlatego wcale nie dziwi widok Irańczyka, który jest w stanie podać rękę Trumpowi za jego działania na Bliskim Wschodzie - wystarczy, że ma przekonanie, że bombardowani nie byli zwykli ludzie (choć to trochę naiwne), lecz reżimowy rząd zawłaszczający ten kraj. Rząd, od którego uciekało się za wielką wodę. W spojrzeniu tych Irańczyków, reprezentacja też jest drużyną rządową, nie narodową.
Im dalej od granic, tym niechęć do rządu jest większa. Przekonaliśmy się o tym też podczas ostatniego mundialu w Katarze, gdy w tysiącach można było liczyć Irańczyków z przypinką Mahsy Amini - młodej kobiety, która wraz ze swoją śmiercią stała się symbolem walki z reżimem.
W Los Angeles żyje gigantyczna diaspora Irańczyków i to głównie oni pojawili się na kalifornijskim obiekcie. Kiedy Nowa Zelandia strzeliła gola, część widzów irańskiego pochodzenia demonstracyjnie świętowała. Choć trzeba oddać, że kiedy odpowiedział Iran, stadion zareagował jednak znacznie głośniej. To pokazuje rozdarcie serc, którego nie doświadczają fani żadnej z pozostałych 47 ekip.
Iran grał u siebie
Nieprzypadkowo właśnie mecz z Nową Zelandią stał się tak mocno naładowany polityką. Południowa Kalifornia jest domem dla największej społeczności irańskiej poza Iranem. Zachodnia część Los Angeles, szczególnie okolice Westwood, od lat nazywana jest "Tehrangeles". Duża część tamtejszej diaspory powstała po rewolucji islamskiej w 1979 roku. Do Stanów Zjednoczonych wyjeżdżali przeciwnicy nowych władz, przedstawiciele dawnej klasy średniej, artyści, przedsiębiorcy i osoby obawiające się represji. Kolejne fale emigracji napływały w następnych dekadach. Dlatego irańska społeczność w USA nie jest jednolita. Znajdują się w niej monarchiści, liberałowie, zwolennicy różnych ruchów opozycyjnych, ludzie niezaangażowani politycznie oraz osoby nadal utrzymujące bliskie relacje z krajem. Łączy ich irańska tożsamość, ale niekoniecznie stosunek do reprezentacji.
Pierwszą grupę stanowili kibice, którzy przyszli w koszulkach reprezentacji i chcieli odciąć futbol od polityki. Przekonywali, że piłkarze występują dla zwykłych Irańczyków, a nie dla ajatollahów. Dla nich udział w mundialu był jedną z niewielu okazji, by pokazać dumę z kraju bez konieczności identyfikowania się z jego władzami.
Drugą grupę tworzyli przeciwnicy rządu, którzy również weszli na stadion, ale zabrali ze sobą przedrewolucyjne flagi z lwem i słońcem. Część dopingowała piłkarzy, równocześnie protestując przeciwko oficjalnym symbolom państwowym. W ich rozumieniu okrzyk "Iran" nie oznaczał poparcia dla Republiki Islamskiej, lecz dla narodu, historii i ludzi żyjących w kraju.
Trzecia grupa poszła dalej. Jej przedstawiciele twierdzili, że obecna reprezentacja jest zbyt mocno związana z państwem, by można ją było traktować jako neutralną drużynę narodową. Niektórzy zapowiadali więc kibicowanie Nowej Zelandii.
Wojna o flagę
Centralnym symbolem sporu stała się flaga z lwem i słońcem, używana przed rewolucją islamską. Dla dużej części emigracji jest ona znakiem historycznego Iranu i sprzeciwu wobec obecnego systemu. Bywa też kojarzona z ruchem monarchistycznym i zwolennikami Rezy Pahlawiego.

FIFA uznała ją za symbol polityczny i zakazała wnoszenia na stadiony. Kilka godzin przed meczem sąd w Los Angeles odmówił zablokowania tej decyzji. Nie przeszkodziło to jednak dziesiątkom kibiców. Flagi pojawiły się na trybunach, podobnie jak koszulki z wizerunkiem lwa i słońca. Tym razem system kontroli - z perspektywy władz światowej piłki - zawiódł. Nie dziwi nas to, bo kontrole generalnie są rzadsze i lżejsze niż te z poprzedniego mundialu. Do tego - gdy niedawno odwiedziliśmy oficjalną strefę kibica ustawioną przez FIFA w Nowym Jorku - nikt nawet nie zajrzał nam do plecaka.
Podczas oficjalnego hymnu słychać było zarówno oklaski, jak i gwizdy. Niektórzy posiadacze przedrewolucyjnych flag odwrócili się plecami. Irańscy piłkarze śpiewali hymn, a każdy ich gest był natychmiast interpretowany politycznie. W social mediach pojawiły się już wpisy sugerujące, że zawodnicy również nieprzypadkowo stali plecami do swojej diaspory - bez względu, czy to prawda, samo puszczenie takiej interpretacji w świat doskonale pokazuje nastroje.
Przed stadionem zebrało się według Reutersa około 300-500 demonstrantów. Protestujący wznosili hasła przeciwko władzom, prezentowali zdjęcia ofiar represji i deptali oficjalną flagę Republiki Islamskiej. Dochodziło również do słownych starć z kibicami zmierzającymi na mecz. Ochronę musieli wspomóc funkcjonariusze miejscowego biura szeryfa.
Reprezentacja pod presją
Nieufność wobec Team Melli nie narodziła się przy okazji mundialu w USA. Bardzo ważnym punktem odniesienia pozostają protesty po śmierci Mahsy Amini w 2022 roku i ruch "Kobieta, Życie, Wolność".
Część diaspory zarzucała wówczas piłkarzom, że nie wykorzystali odpowiednio ogromnej międzynarodowej platformy, jaką dawały mistrzostwa świata w Katarze. Reprezentanci przed pierwszym spotkaniem nie zaśpiewali hymnu, co zostało odebrane jako gest solidarności z protestującymi. W kolejnych meczach już jednak śpiewali, a część opozycji uznała ich postawę za zbyt zachowawczą.
Sytuacja zawodników nie jest przy tym prosta. Irańscy sportowcy, którzy otwarcie krytykują państwo, muszą liczyć się z konsekwencjami dla siebie i swoich rodzin. Byli reprezentanci byli zatrzymywani, a wypowiedzi piłkarzy w mediach społecznościowych wpływały na ich pozycję w drużynie. Oczekiwanie jednoznacznego buntu oznacza więc dla zawodników ryzyko znacznie większe niż utrata miejsca w składzie.
Sam kapitan Medhi Taremi przed meczem podkreślał, że reprezentacja chce grać dla wszystkich Irańczyków - zarówno mieszkających w kraju, jak i za granicą. Mówił o jednoczeniu ludzi, ale w Los Angeles okazało się, że nawet futbol nie jest już w stanie zasypać powstałych podziałów.
Mundial w cieniu wojny
Dodatkowym kontekstem była wojna Iranu ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Porozumienie mające zakończyć konflikt ogłoszono zaledwie kilkadziesiąt godzin przed pierwszym meczem Irańczyków. Irańska drużyna wcześniej przeniosła swoją bazę z Arizony do Tijuany w Meksyku, a część działaczy federacji nie otrzymała amerykańskich wiz.
Reprezentacja przyjechała więc do kraju, który jeszcze chwilę wcześniej był formalnie jej przeciwnikiem w wojnie. Na stadionie obecny był prezydent FIFA Gianni Infantino, a wydarzenie obserwowano nie tylko jako spotkanie grupowe, lecz także jako polityczny i organizacyjny test dla całego turnieju.
Ostatecznie odpowiedź na pytanie, komu kibicowała irańska diaspora, pozostaje skomplikowana. Dopiero po ewentualnym upadku reżimu wszystko stanie się proste.











