Goal Morning, Polsko. Pokażemy wam mistrzostwa świata od kulis
Wraz z początkiem piłkarskich mistrzostw świata zapraszamy Was na cykl felietonów w formie zapisów w dzienniku wyprawy do USA. Każdy wielki turniej to okazja, by znaleźć się w centrum przedziwnych zdarzeń wynikających czasem po prostu ze zbiegu okoliczności. Dla mnie nadchodzące mistrzostwa są już siódmym wielkim turniejem w zawodzie, choć pierwszym w roli korespondenta Interii. Wprowadźmy się w klimat takich korespondencji.

To nie jest tak, że każdy dzień podczas pobytu na wielkim turnieju przynosi wrażenia, które wspomina się do końca życia, więc cykl "Goal Morning, Polsko" zawierać będzie przede wszystkim zapiski z podróży - co widziałem, gdzie byłem, z kim i po co się spotkałem. Jednocześnie szansa, że wydarzy się coś naprawdę nietypowego jest znacznie większa, niż przy "robieniu" mundialu zza biurka.
O czym będzie "Goal Morning, Polsko"?
Takich historii w przeszłości było sporo. Podczas mundialu w Brazylii zagubiłem się w nocy na dużej stacji benzynowej zbudowej dosłownie pośrodku niczego - gdy autobus na trasie Rio de Janeiro - Sao Paulo zatrzymał się na postoju. Po upływie czasu wyznaczonego przez kierowcę, nie byłem w stanie odnaleźć właściwego pojazdu, bo okazało się, że na tym samym parkingu stoi... kilkadziesiąt identycznych autobusów krajowego przewoźnika.
W Petersburgu - gdzie Polska grała dwa mecze podczas Euro 2020 (rozgrywanych rok później), w drodze na stadion pogryzł mnie sporych rozmarów owczarek. Skończyło się rozerwanymi spodniami, wizytą w rosyjskiej klinice, odwołanymi wakacjami, serią szczepionek przeciw wściekliźnie (przyjętych już po powrocie do Polski), ale i rzeczami pozytywnymi - banknotem 5000 rubli od właściciela psa w ramach rekompensaty (wtedy około 280 zł) oraz lingwistyczną ciekawostką, że "pośladek" po rosyjsku to "jagodica" (informacja wyczytana na wypisie z kliniki).
W Rio miałem niecodzienną możliwość obejrzenia słynnej porażki Brazylii z Niemcami (1:7) w barze w jednej z tamtejszych faweli. Wbrew ponurej sławie takich miejsc, ugoszczono mnie niezwykle miło: wołowiną z grilla oraz zimnym piwem - wystarczyło zadeklarować się, że będę kibicował Canarinhos - w co, swoją drogą, niektórzy nie chcieli uwierzyć ze względu na przekonanie Brazylijczyków, że słowa "Europejczyk" i "Niemiec" znaczą dosłownie to samo. Przekonałem się o tym zresztą kilka dni wcześniej, gdy odwiedziłem inną fawelę, znaną jako Complexo do Alemao (Kompleks Niemca), która swą nazwę zawdzięczała pochodzeniu pierwszego właściciela - który był Polakiem. To tam zetknąłem się z niesłychanym poziomem biedy oraz prośbach miejscowych chłopaków, bym... ożenił się z którąś z ich sióstr i zapewnił im lepsze życie.



Gdy podczas Euro 2020 spóźniłem się na samolot z Petersburga do Kaliningradu i musiałem lecieć kolejnym - tracąc w ten sposób umówiony transport z Kaliningradu do Polski - granicę ostatecznie przekraczałem z grupką Polaków pieszo, jako "mrówka" (czyli osoba przenosząca przez granicę małe, dopuszczone przepisami ilości towarów). W zamian za pomoc zaoferowano mi przejazd od granicy do Gdańska.

W Kiszyniowie - choć to akurat nie działo się podczas wielkiego turnieju, a przed meczem reprezentacji Polski (2013) - zostałem zostawiony w jednym z klubów "pod zastaw", gdy okazało się, że nie mamy wystarczająco gotówki, by zapłacić za swoje rachunki (mocno naciągnięte wbrew widniejącym cenom). Cóż, byłem wtedy najmłodszym z grupki czterech dziennikarzy, a ktoś zostać musiał w chwili, gdy inni poszli do bankomatu (do dziś się zastanawiam, co by się stało, gdyby nie wrócili...).
Na Ukrainie podczas drogi na finał Euro 2012 do Kijowa, przez fragment trasy eskortowali nas policjanci, gdy podczas kontroli drogowej jednemu z doświadczonych kolegów udało im się wmówić, że jesteśmy "ludźmi Platiniego" (akredytacje dziennikarskie potrafiły zdziałać cuda - chcieliśmy tylko uniknąć płacenia mandatu).
W Brazylii byłem przekonany, że zaraz zginę w zamachu terrorystycznym, gdy do biura prasowego na Maracanie - z wyważeniem drzwi - dostały się nagle tłumy mężczyzn. Okazało się na szczęście, że to kilkuset kibiców Chile, którzy byli absolutnie zdeterminowani, by obejrzeć z trybun mecz z Hiszpanią (i wybrali taką drogę).
Kolejna szansa na przygody będzie teraz w USA, ale nawet jeśli nie zdarzy się nic porównywalnego do powyższego, będę starał się w moim cyklu pokazać Czytelnikom Interii te mistrzostwa zupełnie z boku - od strony, której nie widać w transmisji telewizyjnej. Przy okazji prezentując zdjęcia i filmy, byście mogli poczuć, że ten mundial naprawdę się odbywa - choć bez udziału reprezentacji Polski. Chętnych zapraszam do kolejnych "Dzienników z mundialu".








