Goal Morning, Polsko #9. Z wizytą w dwóch światach. Aż niemożliwe, że są obok siebie
Genezą wymyślenia cyklu "Goal Morning, Polsko", w którym opisuję moją podróż przez mundial zupełnie z boku, często bez zahaczania o piłkę, leżała w przekonaniu, że nie usiedzę na miejscu. Że zobaczę więcej, że nie odpuszczę okazji, by poznać twarz Ameryki w czasie mistrzostw świata od strony, której nie pokażą w telewizji. Dlatego będąc w Pensylwanii nie mogłem przegapić wizyty w wioskach Amiszów - których tu nie brakuje. Szerzej opisuję to w osobnym tekście. Tutaj będzie trochę inaczej.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii.
Tekst o Amiszach w czasie mistrzostw świata można przeczytać tutaj
Zaczepiłem dziewczynę pracującą na stacji benzynowej. - Powiedz mi najbardziej amerykańską rzecz, jaką jesteś w stanie. - Yyy, dużo Amiszów.
Gdybym nie miał nawigacji i nie wiedziałbym, gdzie jestem, po tej wymianie zdań musiałbym dojść do wniosku, że w Pensylwanii. Choć się z nią nie zgadzam, bo najbardziej amerykańską rzeczą, jaką ja widziałem, są stadiony. Właśnie odwiedziłem swój trzeci w czasie tych mistrzostw. Ten w Filadelfii nie jest nawet w czołówce największych, po czym do człowieka dochodzi, jaki to gigant.
Od Amiszów na stadion
Ale najpierw byłem u Amiszów. Cóż, nie będę krył, że bez piłki by mnie tu nie było. Nie umiałbym bez niej żyć. Natomiast podczas mistrzostw staje się przede wszystkim pretekstem, by zobaczyć coś ekstra.
Ostatni raz podobne wrażenie towarzyszyło mi podczas mistrzostw świata w Brazylii. Odwiedziłem wtedy Complexo do Alemao, ogromny zespół faweli w Rio de Janeiro. To także był osobny świat, znajdujący się zaskakująco blisko miejsc oglądanych przez turystów.
Tam jednak pierwszym uczuciem było przytłoczenie. Przytłaczała bieda. Domy z kartonu. Bracia próbujący namówić do poślubienia ich sióstr, by tylko zapewnić im lepsze życie. W wizycie u Amiszów uderzała natomiast świadomość, że wewnątrz najbardziej rozwiniętego technologicznie państwa świata można stworzyć społeczność, która - mówiąc po "amerykańsku" - don't care. Ma to gdzieś.
Zetknięcie z tą grupą, którą odwiedziłem na potrzeby tekstu o odczuwaniu mundialu przez Amiszów, było wstępem do dalszej części dnia. Z miejsca, w którym aktualnie mieszkam, na stadion w Filadelfii jest tylko pół godziny jazdy. Sądząc po wielkości Ameryki, to tyle, ile się jedzie do sąsiada, więc pojechałem robić też "sportową" część mojej pracy. Nienawidzę konferencji, zdelegalizowałbym je. Coraz więcej piłkarzy i trenerów przychodzi na nie odbębnić obowiązek. Dziennikarze spisują, ale w sumie nie do końca wiadomo po co. Danilo mówił, że nie zagrali dobrze z Marokiem. Wiem, byłem na stadionie. Ludzie też wiedzą, nawet jak nie byli.
Jedyny pozytyw płynący z tej wizyty, to przekonanie, że mundialowa organizacja rozwija się i uczy własnych procedur. Problem pojawił się już przy wjeździe na parking. Przepustka, którą miałem w telefonie (FIFA pierwszy raz poszła z duchem czasu - wszelkie dostępy dodawane są w aplikacji, a nie drukowane w centrach prasowych, jak do tej pory), nie działała. Jak sądzę - przez to, żę FIFA dodała mi wjazdówkę dopiero po reklamacji. Najwyraźniej system nie zdążył jeszcze dowiedzieć się, że mogę wjechać, ale tym razem człowiek okazał się skuteczniejszy od maszyny. Obsługa sprawdziła przepustkę ręcznie, potwierdziła, że wszystko się zgadza, i przywitano mnie gestem "jedź pan i nie zawracaj głowy".
Ostatecznie wszystko się udało. W porównaniu z pierwszymi dniami mistrzostw - gdy ochrona stojąca przy wjeździe na parking medialny nawet nie wiedziała, że to parking medialny - przenieśliśmy się niczym z wioski Amiszów do świata cyfrowego.


![Liga Narodów: Japonia wygrywa z Belgią w Osace bez straty seta [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2AZFRMVK79OM-C401.webp)






