Goal Morning, Polsko #5. Cudownie być wśród Polaków
Podobno jest tak, że w każdym miejscu na świecie można usłyszeć język polski, ale nie wszędzie poza krajem jest tak, że można go usłyszeć na co drugiej ulicy. Moją wizytę w Nowym Jorku wykorzystałem do odwiedzenia niewielkiego miasteczka Garfield w stanie New Jersey, by przekonać się, jak funkcjonuje polska społeczność na obczyźnie.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii
Minęło już sporo lat, odkąd Kazik Staszewski śpiewał "Greenpoint, Greenpoint jest wielki na wieki. Największa atrakcja światowej turystyki. Turyści spędzają tu przeciętnie osiem lat, mimo że jeszcze gdzieś indziej jest piękny świat". Od tego czasu zmieniło się bardzo dużo. W szczytowym momencie 45 proc. mieszkańców nowojorskiego Greepointu deklarowało polskie obywatelstwo, ale później zaczęli przenosić się w inne miejsca. Wielu wylądowało na Staten Island, niektórzy w Queensie, natomiast jeśli mamy mówić o prawdziwym skupisku naszych rodaków w tej części świata, musimy wspomnieć o Garfield.
Najlepiej wśród swoich
Pojechałem tam w niedzielny poranek na zaproszenie tamtejszej Polonii. Pretekst był dobry - są mistrzostwa świata, a tam akurat odbywał się mecz o podobnym ciężarze gatunkowym: Polonia z New Jersey mierzyła się z Polonią z Nowego Jorku. Ci pierwsi mają ostatnio dobrą serię i rokrocznie wygrywają - nie inaczej było teraz (3:2). Natomiast będę szczery - pojechałem do Garfield przede wszystkim, by zobaczyć tęsknotę za Polską. Czy chęć do tworzenia tej społeczności jest jej wyrazem? Tego nie wiem, natomiast imponujące jest, w jaki sposób dba się tam o to, by nie zapominać o kraju. Sama tradycja rozgrywania takiego meczu jest o tyle istotna, że wraz z jego zniknięciem, pewnych inicjatyw może się odechcieć. A taki mecz jest okazją, by się spotkać, porozmawiać, spędzić czas jak z rodziną. Pisanym tekstem nie da się oddać odczucia, które miałem widząc tych wszystkich ludzi razem.
A może piszę tak, bo i mnie potraktowano jak swojego? Najpierw sprawiono, bym czuł się w Garfield jak u siebie, a następnie zaproszono do "polskiego domu" - restauracji należącej do polonijnego klubu Wisła Garfield. Skoro ten cykl jest w założeniu osobisty, dodam tylko, że zjadłem tam pierwszy obiad, odkąd jestem w Nowym Jorku. Brak wcześniejszych jest kompilacją braku czasu (80%) i przerażenia cenami na Manhattanie, gdzie mieszkam (20%). Ale o tym też wkrótce napiszę.
Polonia staje się jednak coraz mniej liczna. Polonijne kluby piłkarskie mają coraz większy problem z zachowaniem wyłącznie polskiej tożsamości. Bo świat się zmienia i Ameryka też się zmienia. Kiedyś amerykański sen dla Polaków oznaczał przede wszystkim awans materialny i ucieczkę od ograniczeń. Wyjazd do USA dawał szansę na zarobki nieporównywalne z tymi w PRL-u czy w Polsce lat 90. Marzeniem było znaleźć pracę, kupić dom, samochód, zapewnić dzieciom lepszy start i wysyłać dolary rodzinie w kraju. Nawet ciężka praca fizyczna była akceptowana, bo pozwalała w kilka lat osiągnąć to, na co w Polsce trzeba byłoby pracować przez dekady.
Dziś ten sen wygląda inaczej. Polska jest bogatsza, granice Europy są otwarte, a różnica poziomu życia między Polską i USA znacznie się zmniejszyła. Ameryka wciąż przyciąga możliwościami kariery, skalą biznesu, prestiżem uczelni i poczuciem, że można zacząć wszystko od nowa. Jednocześnie wysokie koszty mieszkań, opieki zdrowotnej i życia sprawiają, że wyjazd nie zawsze oznacza automatyczny sukces.
Ale Garfield jest jeszcze polskie. Wystarczy przejechać kilka ulic, by przekonać się, że polskość nie jest tutaj jedynie wspomnieniem pozostawionym przez poprzednie pokolenia emigrantów. W witrynach sklepów pojawiają się znajome słowa, w delikatesach można kupić kiełbasę, pierogi, ogórki kiszone i polskie słodycze, a przed kościołem po niedzielnej mszy nadal słychać rozmowy prowadzone po polsku.










