Goal Morning, Polsko #15. "Włam" na akredytację. Kiedyś to się źle skończy
Gdybym podczas tych mistrzostw codziennie chodził na mecze, prawdopodobnie... nie byłbym w stanie opowiedzieć, jaki naprawdę jest ten mundial. Paradoksalnie najwięcej dowiaduję się o nim w dniach, w których nie przekraczam bram stadionu. Tym razem poznałem ludzi, którzy przelecieli pół świata, choć nie mają biletu na żadne spotkanie. Ja natomiast nie planowałem oglądać meczu, a i tak dostałem się do szatni, tunelu i loży VIP stadionu New York Red Bulls (nie organizuje mistrzostw). Wystarczyła akredytacja zawieszona na szyi oraz szczypta pewności siebie. Kiedyś to się nie skończy dobrze.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii.
Lubię takie dni, jak ten. Nic nie zastąpi obecności na trybunach podczas meczu mistrzostw świata, ale odpuszczenie ma swój urok. Dziś spotkałem ludzi, którzy przelecieli pół globu, choć nie mają biletów na stadion. Piszę o nich w innym tekście na Interii - a teraz wspominam tylko jako punkt zaczepienia do wspomnienia o swojej wycieczce na stadion New York Red Bulls, gdzie zorganizowano strefę kibica.
Złe wybory tworzą dobre historie
Wyruszyłem tam metrem. W Nowym Jorku jest to zwykle najszybszy sposób przemieszczania się, pod warunkiem że wybierze się właściwy kierunek. Ja nie wybrałem. Wsiadłem, nos w telefon, aż gdy stwierdziłem, że czas skontrolować, jak daleko jestem od celu, okazało się, że jakieś 15 km dalej, niż gdy wsiadłem - konkretnie na drugim końcu miasta. Ostatecznie dotarłem. Później niż planowałem, ale - jak się okazało - i tak zdecydowanie za wcześnie. Pomyliłem bowiem nie tylko kierunek metra, ale także godziny otwarcia strefy. Byłem przekonany, że kibice zostaną wpuszczeni przed pierwszymi spotkaniami dnia. Tymczasem wszystko miało ruszyć dopiero przed drugą serią meczów (gdy grały Brazylia ze Szkocją).
Teoretycznie powinienem zobaczyć zamknięte wejście, odbić się od ochrony i zaczekać. Tyle że miałem na szyi akredytację, która - nie zawsze tak to działa, ale tym razem tak było - bywa jak klucz pasujący do różnych zamków. Ewentualnie sprawia, że człowiek staje się niewidzialny. Na stadion wszedłem bez problemu (choć trzeba przyznać - przeszukano mnie dokładnie), więc postanowiłem go zwiedzić.
Szatnie? Otwarte. Tunel prowadzący na boisko? Proszę bardzo. Loża VIP? Również bez problemu. Mijałem kolejnych pracowników, techników i ochroniarzy. Nie chowałem się, nie przemykałem bocznymi korytarzami, po prostu szedłem przed siebie. Nikt mnie nie zatrzymał. Najwyraźniej na imprezach tej skali najskuteczniejszym hasłem dostępu nie jest skomplikowany kod, lecz wystarczająco pewne "dzień dobry". Gdy w pewnym momencie ze strony któregoś pracownika wreszcie padło "nie możesz tu przebywać, masz przepustkę?", nawet nie zdążyłem odpowiedzieć - zobaczył, że jest fifowska zawieszka na szyi, przeprosił, poszedł w swoją stronę.
Dzięki temu mogłem nagrać dla Interii rolkę pokazującą stadion od środka (cały czas polecam Wam nasze media społecznościowe, gdzie można oglądać to, czego nie pokazuje telewizja).
To nie pierwszy raz, gdy turniejowa akredytacja okazuje się potężniejsza, niż wskazywałby na to kawałek plastiku. Podczas Euro 2012 jechaliśmy z kolegami dziennikarzami do Kijowa. W pewnym momencie zatrzymała nas ukraińska milicja - wtedy ta formacja wciąż właśnie tak się nazywała. Pewnie byśmy przyjęli mandat, ale rozmowa o wiszących na szyjach akredytacjach skończyła się spontanicznie rzuconym hasłem "jesteśmy od Platiniego". To wystarczyło - nie tylko nie dostaliśmy mandatu. Milicjanci wsiedli do radiowozu i przez kilkanaście kilometrów eskortowali nas w stronę Kijowa.
Dwa tygodnie w USA sprawiają, że człowiek chyba podświadomie szuka przygód. Dzień wcześniej zabawa w wyzwanie przeżycia dnia za 100 zł w Los Angeles, teraz spacer po wyłączonych strefach. Cóż, trzeba jakoś sobie radzić z nudą, która zawsze się pojawi, gdy na turnieju nie gra Polska.











