Goal Morning, Polsko #11. Najbardziej stresująca sytuacja mistrzostw
Pomysł, by polecieć do Los Angeles, pojawił się dzień przed wylotem. Nie miałem akredytacji na mecz, który miał się tam odbyć, ale FIFA zaskakująco dobrze działa w takich kwestiach - człowiek pisze i dostaje, nawet po terminie. Gorzej, że ja sam nie działam zaskakująco dobrze, przez co do końca turnieju miałbym problem z trafianiem w klawisze komputera.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii.
- Ostatnie wezwanie dla pasażera Przemysława Langiera - jeśli słyszycie coś takiego, oczywiście ze swoim nazwiskiem w wiadomym miejscu - to znaczy, że coś poszło nie tak. Na chwilę przed tym komunikatem biegłem, ale nie do bramki, a w przeciwnym kierunku. Każdy doświadczony pasażer wie, że nazwisko można wywołać raz. Pierwszy komunikat to ostrzeżenie, po którym człowiek dostaje jeszcze przynajmniej trzy minuty. Wystarczyło.
Wiedziałem, że treningi biegowe się przydają - tym razem na lotnisku w Filadelfii. Okulary zgubiłem podczas kontroli bezpieczeństwa. Zorientowałem się dopiero w czasie boardingu - już tak mam, że lubię się wtedy zastanowić, czy wszystko mam. Nie kojarzyłem, bym po kontroli wkładał je z powrotem do plecaka (wyjąłem, bo leżały na komputerze). Nie były tanie, kosztowały 1100 złotych, ale większy problem polegał na tym, że po mniej więcej 20 latach pracy przed komputerem - oraz dziesięciu wcześniejszych spędzonych na graniu w Football Managera - moje oczy bez okularów odmawiają współpracy. Pod względem pracy, mniejszym problemem byłoby zgubienie bagażu (obym nie wracał do tego zdania za kilka odcinków).
Pracownik lotniska znalazł je gdzieś na podłodze. Kolejny sprint. Zdążyłem. Nie polecam.
Los Angeles nie było w planie
To teraz trochę o kulisach pracy na mundialu - właściwie o decyzyjności. Jeszcze dzień wcześniej nie wiedziałem, że polecę do Kalifornii. Wstępną rozpiskę miałem do końca fazy grupowej, ale ze względu na możliwy transfer Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire, odwołałem wszystkie noclegi i zrezygnowałem z rezerwowania lotów. Ceny i tak stoją w miejscu, można to zrobić z dnia na dzień, a jak trzeba będzie lecieć do Chicago - to się poleci bez dodatkowych kosztów. Padło na Los Angeles.
Wychodzę z założenia, że skoro Polska nie gra na tych mistrzostwach, trzeba je pokazywać szerzej - nie tylko od strony boiska. I takie pomysły zaczęły mi się rodzić w głowie. Wyzwanie: czy da się przeżyć cały dzień w Los Angeles, światowej stolicy przepychu, za 100 złotych (powstanie z tego również osobny odcinek "Goal Morning, Polsko"). Tekst: dwie twarze miasta. Pierwszą zna przecież cały świat: Hollywood, wille, palmy, samochody, których ceny przypominają budżety małych klubów piłkarskich. Do tego SoFi Stadium, najdroższy obiekt sportowy na świecie, którego budowa pochłonęła około 5,5 miliarda dolarów. Ale jest też druga: miasto jest pełne osób w kryzysie bezdomności. Jak to się łączy?
Takie kontrasty najlepiej tłumaczą Amerykę, może nawet pozwalają ją zrozumieć.
Chcę też wejść na SoFi Stadium i pokazać go ze środka. Skoro jest najdroższy, sprawdzę, co można dostać za ponad pięć miliardów dolarów.
Ale skoro to mistrzostwa grania w piłkę, to lecę także na mecz Belgia i Iran. Będę się upierał, że pod względem gry może to być jeden z nieoczywistych hitów kolejki. Zrobiło się ciasno w grupie, a obie ekipy mają duży potencjał ofensywny.
Zobacz również:
Nie wiem, jaki jest dzień
Jest też kolejny wymiar tych mistrzostw. Robię już siódmy wielki turniej w życiu - cztery mistrzostwa Europy i trzecie mistrzostwa świata - ale jeszcze nigdy tyle nie podróżowałem (właśnie jestem po przejechaniu 1400 km w pięć dni). Jeszcze nigdy na plan działania nie wpływał ewentualny transfer klubowy w połowie imprezy.
Pisząc ten tekst naprawdę nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia. Podczas mundialu nie operuje się ich nazwami, tylko datami. Za moment przestanę też wiedzieć, która jest godzina. W ciągu dziesięciu dni znajdę się w trzeciej strefie czasowej (czas przyszły - tekst powstaje w samolocie do LA, mamy tu Internet!). Do sześciu godzin różnicy z Polską, dokładam kolejne trzy. Organizm dopiero zacznie rozumieć, kiedy powinien zasypiać, a po trzech dniach ruszę gdzieś dalej. Robert, daj znać, czy do Chicago.
Ale to jest cudowne.
Dopiero przy czymś takim naprawdę czuje się, że ten mundial odbywa się na całym kontynencie. Człowiek nie poznaje jego skali, patrząc na mapę, ale gdy zegarek przestaje mu cokolwiek tłumaczyć, dzień tygodnia traci znaczenie, a decyzja podjęta jednego dnia kończy się sprintem przez lotnisko w następnym.
Na szczęście (już) w okularach.









![Porażka mistrzów świata w Lidze Narodów. Thriller w Osace [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N1ZYY5LL61PF4-C401.webp)
