Goal Morning, Polsko #10. FIFA zaoszczędziła mi 150 dolarów
Na mistrzostwach świata nie ogląda się wielu meczów, dlatego dni takie, jak ten - trzeba celebrować. Trzeci mecz z trybun podczas wyjazdu do USA, drugi raz Brazylia. Ostatnio w ogóle jest dobry czas zwieńczony mieszkaniem na najbardziej niesamowitym osiedlu, na jakim miałem okazję być w życiu. Tak bardzo serialowym, że do teraz nie wiem, czy ono naprawdę istnieje.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii.
Przez ostatnie dwa dni mieszkałem w fenomenalnej okolicy. Jeśli oceniać kryteriami człowieka wychowanego na amerykańskich filmach i serialach - najlepszej na świecie. Drewniane domy, niewielkie ganki, trawniki, samochody zaparkowane na podjazdach i ulice, na których prawie nic się nie dzieje. Brak płotów. Wszystko wyglądało tak znajomo, jakbym nie przyjechał tam pierwszy raz, tylko wrócił po przerwie między sezonami.
To kolejna rzecz, za którą będę tęsknił, jednak gdy trzeba dotrzeć na stadion - nie ma sentymentów. Nauczony doświadczeniami z poprzednich spotkań wiem, że ruszenie trzy godziny przed czasem to zdecydowanie za późno - nawet jeśli "normalnie" jedzie się 30 minut. Strategia się opłaciła, bo faktycznie - pierwszy raz uniknąłem korków, a to, że byłem na stadionie już cztery godziny przed gwizdkiem? Tym lepiej, można chłonąć atmosferę. I rozmawiać z kibicami. Można dodać, że z miejscowymi, mimo iż USA nie grało, ale Haitańczycy w komplecie byli tutejsi. O USA mówili bardzo dobrze, chwalili wielokulturowość, jakość życia, jedzenie. Narzekali na korki.
Tych samochodowych tym razem nie doświadczyłem, ale piesze - jak najbardziej. Przed wejściem dla mediów ustawiła się gigantyczna kolejka. Na mecze Brazylii akredytuje się kilkuset dziennikarzy z całego świata. Organizatorzy najwyraźniej uznali jednak, że do ich obsłużenia wystarczy jedna bramka, gdy kontrola przypomina tę na lotnisku. Plecaki trafiają do prześwietlenia, trzeba przejść przez bramkę i poczekać, aż ochrona upewni się, że aparat fotograficzny rzeczywiście jest aparatem fotograficznym. Ale dobrze - jeśli mam chłonąć mundial, fajnie poczuć się jak kibic, który takich postojów doświadcza za każdym razem.
Ale najpierw musiałem dostać się na parking. Pierwotnie FIFA nie przyznała mi wjazdówki, ale chyba nie czytali tam moich tekstów, bo po złożeniu odwołania, czerwone światło zmieniło się na pożądane. Dzięki temu zaoszczędziłem... 150 dolarów. Tyle kosztowało zostawienie samochodu w miejscu, w którym ja to zrobiłem. To zdecydowanie najbardziej chora cena parkingu, z jaką spotkałem się podczas tej podróży.
Następny świat
Mój pobyt w okolicach Filadelfii właśnie dobiega końca. Jutro ponownie ruszam do innego świata. Tym razem samolotem. Czeka mnie sześć godzin lotu do Los Angeles, gdzie spędzę kilka kolejnych dni. Z trybun obejrzę mecz Belgii z Iranem, ale jak zwykle futbol (soccer?) będzie tylko częścią tej podróży. Chcę sprawdzić, jak mundial wygląda w mieście, które samo jest jednym z największych symboli Ameryki. Pokazać Los Angeles stadionowe, filmowe, bogate, biedne, zakorkowane i wielokulturowe. Podjąć wyzwanie przeżycia tam dnia za 100... może 50 zł. Niech się dzieje.
Będą teksty piłkarskie i takie, w których piłka stanie się jedynie pretekstem. Ale na razie żegnam najbardziej serialową okolicę świata. Zamieniam ją na filmową.










