Goal Morning, Polsko #1. Bilety za 10 tysięcy dolarów, ale "jaki mundial"?
Gdy leci się na wielki turniej dzień przed jego rozpoczęciem, zazwyczaj samolot jest pełen narodowych barw, a o ciszy na pokładzie można zapomnieć. Ale nie tym razem. Miałem wręcz wrażenie, że jestem jedynym pasażerem, którego destynacją jest mundial. Na pytanie, czy Nowy Jork żyje mistrzostwami świata, odpowiedź póki co brzmi: jakimi mistrzostwami? Albo inaczej: po co one komu, gdy jest koszykówka? Nawet, jeśli trzeba za nią zapłacić 10 tys. dolarów.

To jest tekst z serii "Goal Morning, Polsko" - zapisów w mundialowym dzienniku wysłannika Interii.
Problem z wizą
Aby znaleźć się w USA, trzeba było przejść drogę przez mękę. Niby Polskę obowiązuje już ruch bezwizowy, ale medialni doradcy pracujący przy FIFA ostrzegali, że dla własnego bezpieczeństwa warto się jednak o wizę pokusić. Strona, na której wypełnia się wniosek, pamięta jeszcze czasy początków Internetu i ostatnie, co można o niej powiedzieć, to że działa płynnie. Wypełnienie formularza, które powinno zająć 40 minut, przeciąga się do pięciu-sześciu godzin. Można wręcz żartować, że amerykańska administracja robi to specjalnie, by zniechęcić obcokrajowców do pomysłu odwiedzenia Stanów.
Najwidoczniej nie wszyscy wykazali się cierpliwością, bo sam byłem świadkiem, jak w "mojej" kolejce do kontroli paszportowej w Nowym Jorku jedna para prawdopodobnie została zawrócona. W moim przypadku rozmowa była krótka.
- Jaki jest cel wizyty w USA?
- Jestem dziennikarzem, będę pracował przy mistrzostwach świata.
- Jakie mecze pan zobaczy?
- Zaczynam od Brazylia - Maroko, później Norwegia - Irak.
- Pytam, bo zastanawiałem się, czy spotkamy się na stadionie. Ja mam bilety na Francja - Senegal - chwalił się urzędnik podczas kontroli. Wpuścił mnie bez problemu, z uśmiechniętym "welcome" na twarzy.
Urzędnik był jednym ze szczęśliwców, których stać na bilet. FIFA przy ich dystrybucji zdecydowała się tym razem zastosować model dynamicznych cen - świetnie znany z amerykańskiego rynku. Z grubsza polega on na braku stałej ceny, a reagowaniu na zapotrzebowanie. Im wyższe, tym cena bardziej ekskluzywna.
Polak z Nowego Jorku czeka na spadek cen biletów
Z lotniska odebrał mnie Artur Kunasiewicz, założyciel i prezes klubu Stal Mielec Nowy Jork. Do Ameryki wyemigrował już 34 lata temu. Raczej nie narzeka. Jeździ samochodem marki premium, pracuje w finansach przy Wall Street. Widział z bliska mistrzostwa świata w 1994 roku, teraz też chce, ale nawet jego ceny trochę odstraszają.
- Chcemy iść dużą grupą przynajmniej na jeden mecz, tak by wypadało, skoro się mieszka w Nowym Jorku.
- Ile teraz kosztują bilety? - pytam.
- Najtańszy na MetLife Stadium na dziś to 500 dolarów. Na mecz Norwegia - Senegal. Liczymy na to, że spadnie do 300. A cały czas mówimy o wejściówkach na sektory, na których "siedzi się z gołębiami", na samej górze. Wyższa kategoria to 700-800 dolarów. Może trzeba będzie się szarpnąć, choć byliśmy też przed rokiem podczas klubowych mistrzostw świata i na dobę przed meczem bilety poleciały na łeb, na szyję - mówi.
Artur dowozi mnie pod sam hotel na Manhattanie. Hotel to za duże słowo - nawet podczas rezerwacji nie było mowy o wynajmowaniu pokoi, tylko kabin. Moja to około 10-metrowa klitka, jednak nie chcąc zbankrutować przy chęci bycia w centrum Nowego Jorku, rozwiązanie wydaje się optymalne. Do tego widok z okna na 21. piętrze nie jest najgorszy. Ale nawet przy tak szerokim spojrzeniu na Nowy Jork, nie da się dostrzec śladu mistrzostw. Jeśli mija się kibiców w narodowych barwach - głównie Szkotów - to jednostki. Na jednego takiego przypada 20-30 miejscowych w koszulkach New York Knicks. Być może zmieni się to po finałach NBA, jednak póki co to właśnie mecz z San Antonio Spurs o tytuł najlepszej drużyny świata przyciąga największą uwagę. Wracając z biura akredytacyjnego, gdzie odebrałem swoją przepustkę na stadiony, mijałem bary, w których gromadzili się kibice chcący oglądać koszykówkę. Bilety do postawionego w samym sercu Manhattanu Madison Square Garden kosztowały dużo drożej niż te na mundial i z łatwością przebijały 10 tys. dolarów.
Ceny zresztą będą tematem najbliższych tygodni. Pociąg z centrum Nowego Jorku na MetLife Stadium kosztuje 105 dolarów w dwie strony (a i tak obniżono ze 150). Autobus dużo mniej, bo 20, ale jeszcze niedawno cena wynosiła 80 dolarów (zmniejszono po dofinansowaniu ze strony miasta). Kurs w jedną stronę zamówiony przez popularną aplikację przejazdową - 100 dolarów. Ja mam szczęście, bo jestem dziennikarzem, a tym FIFA zapewnia transport na stadion i z powrotem specjalnymi autokarami, ale w pozostałych przypadkach można to skwitować słowami: to nie są mistrzostwa dla wszystkich. Nigdy nie były, ale tym razem pod kątem zamknięcia dla "zwykłych" ludzi, pobite zostały wszelkie granice.












