Ancelotti pod większą presją niż prezydent. Brazylia zagra z "sąsiadem"
Brazylia rozpoczyna mundial tam, gdzie za kilka tygodni rozegrany zostanie finał. Na MetLife Stadium w New Jersey pięciokrotni mistrzowie świata zmierzą się z Marokiem - drużyną, która cztery lata temu przestała być piękną ciekawostką, a stała się pełnoprawnym uczestnikiem rozmów o światowej czołówce. Jeszcze jakiś czas temu trudno byłoby w to uwierzyć, ale mówimy o meczu sąsiadów z rankingu FIFA. I właśnie dlatego ten mecz nie wygląda jak typowa rozgrzewka faworyta.

Carlo Ancelotti, dla którego będzie to pierwszy mecz na mundialu w roli selekcjonera, nie próbował budować napięcia ponad miarę. Po ostatnim sprawdzianie z Egiptem powiedział wprost, że najważniejsze decyzje ma już podjęte. - Mam wyjściowy skład na mecz z Marokiem. Mam jasny pomysł - mówił selekcjoner Brazylii. W tym samym wystąpieniu chwalił współpracę Viniciusa Juniora z Raphinhą: - Ta dwójka funkcjonowała bardzo dobrze. Dobrze się łączyli, tworzyliśmy okazje. Ich występ był bardzo udany.
Bramkarz narzuca presję na trenera
To zdanie może być kluczowe dla obrazu Brazylii na starcie turnieju. Wokół reprezentacji jest sporo pytań: o brak Neymara w pełni sił, o obsadę boków obrony, o to, czy Ancelotti zdążył poukładać zespół, który w ostatnich latach przeżywał wyjątkowo niestabilny okres. Ale sam ton Brazylijczyków jest spokojny. Alisson mówił, że wraz z przyjściem Włocha zmieniła się atmosfera wokół kadry. Według bramkarza Ancelotti wniósł "spokój i skupienie na pracy". I dodał obrazowo, że funkcja selekcjonera Brazylii ma "być może większą presję niż bycie prezydentem kraju".
Tyle że po drugiej stronie nie ma już drużyny, która mogłaby się tego wszystkiego obawiać. Maroko mówi językiem zespołu, który zna swoją wartość. Mohamed Ouahbi, następca Walida Regraguiego, podkreślał przed meczem, że rywal pozostaje symbolem światowego futbolu, ale sama mentalność Marokańczyków jest dziś inna. - To wciąż Brazylia i oczywiście bardzo szanujemy przeciwnika, który pozostaje punktem odniesienia dla światowego futbolu, ale Maroko się zmieniło - mówił selekcjoner. - Teraz, nawet jeśli rywal jest z najwyższej półki, podchodzimy do takich meczów inaczej: z szacunkiem, ale z mocnym zamiarem, żeby je wygrać.
Możemy zazdrościć Maroku
Maroko po półfinale mundialu w Katarze stało się zespołem, który rywale analizują z inną uwagą. Ma Achrafa Hakimiego, Sofyana Amrabata, Bono, Brahima Diaza - ich wszystkich możemy zazdrościć z perspektywy reprezentacji Polski - podobnie jak doświadczenia z wielkich meczów i poczucia, że wcześniejszy sukces nie był przypadkiem. Ouahbi mówił, że jego reprezentacja zbiera dziś "owoce pracy wykonywanej od wielu lat", ale zaraz dodawał, że same opinie świata niczego już nie załatwią. - Teraz musimy kontynuować pracę i potwierdzić to na boisku. To tam, i nigdzie indziej, wszystko się rozstrzygnie - podkreślał.
Podobnie brzmiał Amrabat. Pomocnik Maroka przyznawał, że Brazylia od zawsze kojarzy mu się z gwiazdami i piłkarzami o niezwykłej jakości, ale równocześnie jasno wyznaczył granicę między szacunkiem a strachem. - Mamy do nich wielki respekt, ale będziemy gotowi, damy z siebie wszystko i oczywiście spróbujemy wygrać, bo musimy mieć dużą wiarę w siebie i w naszą jakość - mówił. A potem dodał najważniejsze zdanie: - Z całym szacunkiem, ale nie boimy się nikogo. Brazylia nadal będzie faworytem, ale my też jesteśmy dobrzy. Mamy dużo pewności siebie, ale też szacunek i pokorę.
W brazylijskim obozie dobrze wiedzą, że sama siła ofensywna może nie wystarczyć. Raphinha, jeden z zawodników, na których Ancelotti będzie opierał atak, mówił przed startem turnieju nie tylko o golach i asystach, ale przede wszystkim o równowadze. - Ofensywnie mamy naprawdę ogromną siłę, ale sama ofensywa nie wygra mundialu. Mamy tego świadomość. Wiemy, że jeśli defensywnie nie stracimy gola, mamy dużą szansę, żeby coś strzelić - tłumaczył. Przyznawał też, że w turnieju rozgrywanym w krótkim czasie najmniejszy błąd może kosztować bardzo dużo. - To zdradliwa rywalizacja. Mamy mało czasu na pracę i organizację. Staramy się dojść jak najbliżej tego, żeby popełniać jak najmniej błędów.
Dlatego Brazylia - Maroko jest meczem, który już przed pierwszym gwizdkiem dostał dodatkowe znaczenie. Dla Canarinhos to start drogi po odzyskanie pozycji, która w wyobraźni ich kibiców nigdy nie powinna być utracona. Dla Maroka - okazja, by pokazać, że półfinał w Katarze nie był jednorazowym sukcesem, lecz początkiem przynależności do światowej czołówki. Siłą jednych jest to, co mają w składzie. Siłą drugich - brak kompleksów. Z wszystkich meczów fazy grupowej, ten na pewno wygląda na jeden z najciekawszych.











