Ancelotti po klęsce mógł rozwścieczyć Brazylijczyków swoimi słowami
Brazylia miała Carlo Ancelottiego, wielkie nazwiska, kontrakt selekcjonera przedłużony jeszcze przed mundialem aż do 2030 roku i wiarę, że tym razem traumatyczna seria wreszcie zostanie przerwana. Zamiast tego dostała kolejne bolesne rozczarowanie. Po porażce 1:2 z Norwegią w 1/8 finału mundialu selekcjoner Canarinhos nie mówił jednak o katastrofie jako o końcu projektu. Przeciwnie - próbował zamienić klęskę w punkt startowy. Swoimi słowami mógł rozwścieczyć Brazylijczyków, dla których odpadnięcie na poziomie szesnastki drużyn to siarczysty policzek, a nie początek czegoś nowego.

- Oczywiście wszyscy jesteśmy głęboko smutni. Myślę, że nie rozegraliśmy specjalnego mundialu, ale dobry mundial. Uważam też, że dziś zasługiwaliśmy na zwycięstwo. Kiedy przychodzi taki moment, trzeba pomyśleć, że porażka jest początkiem nowej przygody. Musimy dalej się poprawiać, szukać nowych pomysłów. To nie koniec, to początek nowego cyklu - mówił Ancelotti po meczu.
Ancelotti zostaje na lata
Te słowa brzmią o tyle mocniej, że Włoch nie jest selekcjonerem do końca turnieju. Brazylijska federacja jeszcze przed startem mundialu przedłużyła z nim kontrakt do 2030 roku. Miało to być zabezpieczenie stabilizacji, komunikat: nawet jeśli w 2026 roku nie przyjdzie natychmiastowe złoto, projekt ma trwać. Problem w tym, że Brazylia nie odpadła po heroicznym ćwierćfinale czy półfinale. Odpadła już w 1/8 finału. To jej najgorszy wynik na mistrzostwach świata od 1990 roku.
Ancelotti próbował tłumaczyć, że Brazylia przez długi czas miała mecz pod kontrolą. Norwegia częściej utrzymywała się przy piłce, ale zdaniem selekcjonera nie oznaczało to jeszcze paniki. Plan zakładał ostrożność, niższe ustawienie i unikanie sytuacji, w których Erling Haaland zostaje sam na sam z brazylijskimi obrońcami na dużej przestrzeni.
- Wiedzieliśmy, że mogą grać w ten sposób. Próbowali utrzymywać intensywność przez posiadanie piłki. Przez 70 minut mecz był pod kontrolą, ale Haaland ostatecznie zdecydował - stwierdził Ancelotti.
To właśnie Haaland zabił Brazylię w końcówce. Najpierw wygrał walkę w powietrzu z Gabrielem Magalhaesem i trafił na 1:0, później uderzeniem z dystansu podwyższył na 2:0. Neymar odpowiedział rzutem karnym w doliczonym czasie, ale wtedy Brazylia walczyła już tylko z zegarem i własnym chaosem.
Ancelotti bronił też decyzji, które będą w Brazylii rozbierane na części pierwsze. Jedną z nich była rezygnacja z wysokiego pressingu. Druga - zmiany w drugiej połowie, gdy na boisku pojawili się m.in. Endrick i Neymar. Brazylia miała momenty, miała sytuacje, ale nie miała skuteczności. Endrick chwilę po wejściu zmarnował znakomitą okazję, a wcześniej Bruno Guimaraes nie wykorzystał rzutu karnego.
Myślę, że przy tym składzie Brazylia mogła rywalizować. Dziś wydawało mi się, że drużyna kontroluje mecz, mieliśmy okazje. Trudniej było pressować wysoko, bo Norwegia bardzo nisko cofała Odegaarda, a wtedy ryzykiem była szybkość Haalanda w pojedynkach jeden na jednego
Pytany o zmiany, odpowiedział:
- Endrick wszedł, żeby dać więcej głębi. Miał okazję minutę albo dwie później. Żeby mieć jakość w ostatniej tercji, wprowadziliśmy Neymara, a po prawej stronie ustawiliśmy Endricka. Potem zmieniłem Bruno, bo był zmęczony, żeby dać świeże nogi w środku pola.
Największą burzę wywoła jednak rzut karny z pierwszej połowy. Piłkę miał Vinicius Junior, ale ostatecznie uderzał Bruno Guimaraes. Strzelił słabo, a Orjan Nyland obronił. Po meczu Ancelotti wyjaśniał, że decyzja nie była przypadkowa.
- Według analizy Neymar był pierwszym wyborem, potem Raphinha, a potem Bruno. Wybraliśmy go, bo uznaliśmy, że spośród zawodników na boisku jest najlepszą opcją - mówił Włoch.
Wcześniej, tuż po ostatnim gwizdku, przy rozmowie telewizyjnej Ancelottiego zastąpił jego syn i asystent Davide. Ten także bronił wyboru wykonawcy jedenastki.
- To decyzja ustalona wcześniej, jak w każdym meczu. Zawsze decydujemy i komunikujemy zawodnikowi podczas odprawy, kto strzela karnego. To decyzja sztabu. Karne się myli, to się w futbolu zdarza. Dziś zdarzyło się nam - powiedział Davide Ancelotti.
Mocne słowa kapitana
Brazylijczycy mają prawo czuć, że przegrali mecz, którego nie musieli przegrać. Mieli rzut karny, mieli sytuację Endricka, mieli momenty po wejściu Neymara. Ale mundial nie wybacza nieskuteczności. Marquinhos, kapitan reprezentacji, nie uciekał od odpowiedzialności.
- Trzeba wziąć winę na siebie. Ja jako kapitan i starsi zawodnicy musimy ją wziąć, żeby nowe pokolenie mogło spokojnie wejść w kolejny cykl. Nie można przyjechać na mundial po takim cyklu i chcieć tak wiele. Daliśmy dużo, ale zawiedliśmy tam, gdzie trzeba było być skutecznym. Teraz trzeba wyciągnąć lekcję i przeprosić naród brazylijski - mówił obrońca.
To zdanie najlepiej pokazuje skalę problemu. Brazylia nie odpadła tylko z Norwegią. Odpadła z własnymi oczekiwaniami, z chaotycznym czteroletnim cyklem, z presją hexy i z kolejnym europejskim rywalem w fazie pucharowej. W 2030 roku minie już 28 lat od ostatniego tytułu mistrza świata. Najdłuższy okres bez mundialowego złota w historii Canarinhos.
Ancelotti zostaje. Przynajmniej dziś wszystko na to wskazuje. Ale kontrakt do 2030 roku, który przed turniejem był symbolem zaufania, po porażce z Norwegią stał się czymś innym: ciężarem, z którym Włoch musi wejść w następny cykl.
Nie wiem, jak zareaguje kibic. Mogę powiedzieć, co zrobimy my: będziemy dalej pracować dla tej reprezentacji, próbować się poprawiać i szukać nowych pomysłów. Futbol taki jest. Czasem trzeba zarządzać smutkiem porażki. Jestem do tego przyzwyczajony
W Brazylii takie słowa rzadko wystarczają. Tam po porażkach nie czeka się na cykl. Tam pyta się, dlaczego znów nie było pucharu.









