Amisze i mundial. Odwiedziliśmy wioskę, by sprawdzić, czy o nim wiedzą
Podróżując po USA często można odnieść wrażenie, że zmieniając stan, zmienia się kraj. Ale wewnątrz jednego ze stanów - bez przekraczania jego granic - można wylądować w innym świecie. Takim, w którym nikogo nie obchodzi mundial. Takim, w którym nawet się nie wie, że on się odbywa. W takim, który jest rzut beretem od jednej z aren mistrzostw świata.

Korespondencja z Pensylwanii
Pierwszy znak, że wjeżdżam do innej Ameryki, pojawił się na poboczu. Żółty znak ostrzegł przed powozami konnymi. Później kolejny i następny. Wiedziałem, dokąd zmierzam, ale nie wiedziałem, jak ta inna Ameryka działa w praktyce. Mimo że trudno było nie odnieść wrażenia, że jedzie się pośrodku niczego - ot, przez wieś, w której pasą się krowy i kozy - nawigacja wskazywała, że za kilometr trzeba się przygotować na korek. - Niemożliwe… - pewnie nie byłem jedynym, który tak pomyślał, po czym grzecznie tacy jak ja ustawiali się na samym końcu sznura samochodów. Na przodzie jechała czarna bryczka, którą niespiesznie ciągnął koń.
Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej poruszałem się po kraju organizującym największą piłkarską imprezę świata. Mundial był wszędzie, nawet jeśli amerykańskiej społeczności nie grzał: na stadionach, telebimach, koszulkach kibiców, w atakujących zewsząd reklamach.
W hrabstwie Lancaster po prostu zniknął.
Najwięcej Amiszów w kraju
Hrabstwo Lancaster to największe skupisko Amiszów na świecie. Według szacunków z 2025 roku mieszka ich tu około 45 tysięcy. Żyją pośród pól kukurydzy, gospodarstw, warsztatów i niewielkich sklepów, przez które każdego dnia przewijają się turyści szukający "prawdziwej Ameryki". Znajdą się nawet nieszukani - nie pracują tylko w polach, czy przy stawianiu drewnianych konstrukcji domów. Są mili, otwarci, uśmiechnięci - normalni. Gdy młoda dziewczyna, która dokładnie w takim stroju, w jakim sobie wyobrażacie, stała za kasą w miejscowym mini-markecie spytała, czy może być dłużna centa, poczułem się niemal jak w domu.
W mini-markecie po drodze z Ronks - wsi zamieszkałej przez Amiszów - do Filadelfii musi stawać wielu kierowców jadących do stolicy Pensylwanii. Ja jednak trafiłem tam nieprzypadkowo. Chciałem sprawdzić, czy można mieszkać godzinę drogi od miasta, gdzie w piątek zagra Brazylia, i nie mieć o tym pojęcia.
Amiszowie potrafią sami zaczepić - spytać, jak leci i czy wszystko w porządku. Gdyby nie wychylać się, że jest się dziennikarzem (ponieważ chciałem nagrywać nasze rozmowy, musiałem o tym informować - tak nakazuje i szacunek, i stanowe prawo Pensylwanii), może nawet poklepaliby mnie po plecach. A tak zaczęli nabierać wody w usta, tracili zaufanie. - Bardzo pana przepraszam, że przeszkadzam, ale podróżuję przez USA i staram się poznać różne amerykańskie kultury. Czy możemy porozmawiać? - wykułem regułkę na pamięć, wszak rady w Internecie twierdziły, że inaczej nie ma sensu rozpoczynać rozmowy z Amiszem. Działało, dopóki nie próbowałem namówić na użycie kamery.
Ostatecznie udało mi się porozmawiać z trzema osobami. Każda postawiła te same warunki: bez zdjęć, bez nagrywania i bez nazwiska. Nie chcieli podawać nawet imion, gdy zorientowali się, że pytam nie z czystej ciekawości, lecz dlatego, że zamierzam później opisać te spotkania.
Miałem sporo pytań o mundial, zainteresowanie nim, wiedzę na temat zarobków w piłce, czy z drugiej strony - czego ten świat mógłby nauczyć się od Amiszów - ale te rozmowy kończyły się już po pierwszym pytaniu.
- Wiesz, że w USA odbywają się mistrzostwa świata?
- Nie.
W tym świecie to ja czułem się jak kosmita.
Rzut beretem od centrum zdarzeń
Z miejsc, w których spotykałem Amiszów, na mecz Brazylia - Haiti można dojechać mniej więcej w godzinę. To zresztą jeden z mitów dotyczących Amiszów: że w ogóle nie jeżdżą samochodami. Jeżdżą, tyle że najczęściej jako pasażerowie. W każdej sytuacji, którą widziałem na miejscu, za kierownicą siedziała osoba spoza społeczności. W najbardziej tradycyjnych grupach zakazane jest przede wszystkim posiadanie i prowadzenie własnego auta, niekoniecznie skorzystanie z niego, gdy wymaga tego praca, konieczność wyżywienia rodziny, leczenie czy dalsza podróż.
Podobnie jest z elektrycznością. Mówienie, że "Amisze nie używają prądu", jest zbyt dużym uproszczeniem. Zasady różnią się pomiędzy wspólnotami, a nawet lokalnymi okręgami kościelnymi. Część korzysta z akumulatorów, generatorów, lamp zasilanych bateriami czy paneli słonecznych.
Nie istnieje jeden urząd, który ustalałby zasady dla wszystkich Amiszów. Jedne grupy są bardziej konserwatywne, inne dopuszczają więcej technologii. Nawet telefon nie zawsze jest całkowicie zakazany. Czasem stoi poza domem, w niewielkiej budce współdzielonej przez kilka rodzin, żeby można było wezwać lekarza, weterynarza albo załatwić sprawy związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa - zresztą widok takiej budki przy głównej drodze w Intercourse - miejscu, gdzie stałem w korku - trochę zaskakiwał.
10 tysięcy dolarów?
Nie spodziewałem się u Amiszów wielkiej wiedzy na temat futbolu - przepraszam, soccera - ale byłem ciekaw wyobrażeń. Jeden z poznanych odpowiedział na pytanie o zarobki największych gwiazd. - Pewnie pomiędzy 10 a 20 tysięcy dolarów? Dwaj pozostali nie chcieli nawet próbować zgadywać. Ten świat jest dużo bardziej odległy, niż 60 mil dzielących ich od Filadelfii.
Liczba rośnie, a społeczność w Lancaster pozostaje największą tego rodzaju na świecie. Nie zamknęli się całkowicie. Prowadzą sklepy i zakłady, handlują z ludźmi spoza wspólnoty. Można z nimi rozmawiać. Trzeba jedynie zaakceptować zasady. Ich dystans nie zawsze dotyczy samego kontaktu z obcymi, a intencji.
Wyjeżdżałem z Lancaster tą samą drogą, którą przyjechałem. Samochody znów zwalniały za końskimi powozami. Kierowcy czekali na bezpieczny moment, wyprzedzali i po kilku sekundach znikali za zakrętem. Godzinę dalej przygotowywano stadion na mecz Brazylii. Kibice analizowali skład, ceny biletów, złorzeczyli na decyzje Ancelottiego. Tutaj sprzedaliby mu mleko.






![Liga Narodów: Japonia wygrywa z Belgią w Osace bez straty seta [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2AZFRMVK79OM-C401.webp)




