Zero litości w Lidze Mistrzów. Zła seria trwa, to może być pożegnanie
Przygoda Arne Slota z Liverpoolem nieubłaganie zmierza ku końcowi. Po eliminacji z Pucharu Anglii, tym razem giganci z miasta Beatlesów nie poradzili sobie na wyjeździe z Paris Saint-Germain. Francuzi pewnie pokonali dziś swoich rywali. Wynik 2:0 nie odzwierciedla dominacji podopiecznych Luisa Enrique, spokojnie mogli oni strzelić kilka bramek więcej. Ale jeśli podobnie zagrają na Anfield, to tylko kataklizm odbierze im awans do półfinału Ligi Mistrzów.

Dla Liverpoolu dwumecz z PSG jest ostatnią szansą na podtrzymanie nadziei związanej ze zdobyciem w tym sezonie choćby jednego trofeum. "The Reds" przeciętnie spisują się w Premier League, ponadto odpadli już z Pucharu Anglii oraz EFL Cup. Kibiców w czerwonych koszulkach zabolało zwłaszcza wypadniecie za burtę w drugich co do ważności rozgrywek na Wyspach. Manchester City nie miał żadnych litości, gromiąc przeciwników aż 4:0.
Arne Slot posadził dziś na ławce Mohameda Salaha. Jedenastu wybrańców Holendra zaliczyło natomiast kiepski początek. Miejscowi nie potrzebowali nawet kwadransa, by wyjść na prowadzenie. Z formacją defensywną Liverpoolu zabawili się Desire Doue oraz Ousmane Dembele. Starszy z zawodników przedarł się przez dwóch przeciwników i oddał piłkę młodszemu. 20-latek poszukał sobie miejsca w polu karnym, a następnie pewnym strzałem pokonał Giorgio Mamardaszwiliego.
Dobre humory Paryżanom popsuł widok siedzącego na murawie Nuno Mendesa. Portugalczyk ostatecznie dał radę kontynuować spotkanie, ponieważ Luis Enrique nie zdecydował się na zmianę. Wielka ulga wśród kilkudziesięciotysięcznej publiczności zapanowała także tuż przed końcem połowy, gdy Jeremie Frimpong z ostrego kąta uderzył tuż obok słupka. Więcej groźnych akcji ze strony gości już nie było. Za to Paryżanie co rusz ostrzeliwali golkipera gości.
Liverpool zdominowany w Paryżu. Porażka 0:2 to najniższy wymiar kary
Po zmianie stron za głowę regularnie łapał się Ousmane Dembele. Aktualny posiadacz Złotej Piłki zmarnował kilka niemal stuprocentowych sytuacji. A nie od dziś wiadomo, że niewykorzystane okazje lubią się mścić. 8 kwietnia oglądaliśmy jednak zgoła inny scenariusz. Wynik po godzinie gry podwyższył Chwicza Kwaracchelia. Gruzin otrzymał świetne podanie od Joao Nevesa, "położył" bramkarza na murawie i skierował futbolówkę do siatki.
Dziesięć minut później mogło być już 3:0, bo arbiter pokazał na jedenasty metr z powodu rzekomego faulu na Warrenie Zaire-Emerym. Jose Sanchez skorzystał ostatecznie z analizy powtórek, która przyczyniła się do zmiany decyzji. Przy okazji rozjemca anulował żółtą kartkę przyznaną Ibrahimie Konate. Liverpool ponownie odetchnął z ulgą tuż przed doliczonym czasem. Ousmane Dembele tym razem uderzył w słupek po świetnej kontrze rozpoczętej od błędu wspomnianego wyżej Konate.
Widać było wyraźnie, że gospodarzom zależy na trzecim trafieniu. Ostatecznie obeszli się smakiem, ale i tak dwubramkowa zaliczka robi wrażenie.











