Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: Bayern lekkim faworytem finału Ligi Mistrzów

Prezes PZPN Zbigniew Boniek powiedział, że "lekkim faworytem" finału piłkarskiej Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Borussią Dortmund 25 maja w Londynie będzie drużyna z Monachium. "Moim zdaniem procentowo wynosi to 55:45" - dodał.

Jest pan jednym z trzech polskich piłkarzy, obok Józefa Młynarczyka i Jerzego Dudka, którzy zagrali w zwycięskim finale Pucharu Europy. Czy po sobotnim meczu na Wembley ta liczba wzrośnie do sześciu?

Zbigniew Boniek: Mam taką nadzieję, bo to znaczyłoby że Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek z Borussii świętowaliby zdobycie trofeum. Bardzo im tego życzę.

Mają na to realną szansę? Na kogo pan stawia?

Reklama

- Lekkim faworytem jest Bayern, z wielu względów. Gdybym miał oceniać procentowo szanse, powiedziałbym 55:45 na korzyść Bawarczyków. Ale pamiętajmy, że to jest tylko jedno spotkanie. Wszystko jest możliwe. Wystarczy jedna kontra, jeden strzał, jakaś odbita piłka i nagle losy meczu się odwracają. Sprawa wyniku pozostaje absolutnie otwarta.

Czy myśli pan, że nasi piłkarze są gotowi psychicznie, aby zostać bohaterami tego spotkania? Może nie wypada pytać, skoro Robert Lewandowski strzelił cztery gole Realowi, ale to jest finał. Tylko jedno spotkanie, najważniejsze w sezonie.

- Nie widzę takiego problemu. Nasi piłkarze są częścią drużyny, która świetnie spisuje się w LM. Nie traktowałbym polskich zawodników jako czegoś odrębnego, tam też są inni klasowi gracze. Patrzę na Borussię przez pryzmat rozumiejącej się drużyny, świetnego niemieckiego klubu.

Nie brakuje opinii, że większa presja będzie ciążyła na Bayernie. Wobec tego zespołu są ogromne oczekiwania, zwłaszcza po rozbiciu Barcelony w półfinale (7-0 w dwumeczu). Wiceprezes PZPN Marek Koźmiński mówił niedawno, że gdyby był piłkarzem, wolałby 25 maja założyć koszulkę Borussii. A pan?

- Gdy grałem z Juventusem w finałach międzynarodowych imprez, zawsze byłem faworytem. Bodaj z pięciu takich meczów wygrałem cztery (Puchar Europy, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy, Puchar Interkontynentalny - przyp. red). Zawsze była presja i musiałem to udźwignąć. Tak należy interpretować rolę faworyta. Trzeba wiedzieć, że jest się mocnym, wyjść na boisko i to potwierdzić. Oczywiście, w dzieciństwie, gdy oglądałem westerny, zawsze byłem za słabszymi Indianami. W futbolu rola tego silniejszego jest ciężka, ale trzeba umieć sobie z tym poradzić.

W maju 1985 roku pana Juventus wygrał w finale Pucharu Europy z Liverpoolem 1-0, a pan wypracował rzut karny, wykorzystany przez Michela Platiniego (obecnego prezydenta UEFA). Przed meczem doszło jednak do tragicznych wydarzeń na trybunach. Wspomina pan czasami tamtą noc?

- Nie chciałbym do tego wracać. Ja w ogóle staram się nie żyć przeszłością, skupiam się na tym, co jest teraz.

O Bayernie mówi się, że w obecnym sezonie przerasta o klasę inne europejskie kluby.

- Dziennikarze są m.in. po to, żeby tworzyć różne mity. Najpierw Bayern musi wygrać finał, wtedy będzie można coś konkretnego powiedzieć. Czy przerasta innych o klasę? A co będzie, jeśli za rok wygra po raz drugi? Jaką wtedy zastosujemy skalę? Zresztą do niedawna media nazywały Barcelonę drużyną dominującą w światowym futbolu. I co? W tym sezonie przegrała z Milanem, męczyła się z Paris Saint Germain i straciła siedem bramek w dwumeczu z Bayernem. W futbolu jest pewna tylko jedna rzecz - weryfikacja na boisku.

Będzie pan 25 maja na finale na Wembley?

- Oczywiście. Zresztą w tym czasie w Londynie obradować będzie Kongres UEFA (wówczas nastąpi m.in. wybór połowy składu Komitetu Wykonawczego), na którym może zapaść kilka ważnych decyzji. Będę tam obecny jako prezes jednej z europejskich federacji, mam także zaproszenie na finał od prezydenta UEFA.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy